Star Trek TOS: The Deadly Years – recenzja (odcinek 2×11)

W tym odcinku parę osób z załogi natrafia na tajemnicze promieniowanie, które powoduje szybkie starzenie. Podobny motyw mieliśmy w serialu Stargate SG-1, ale tu jest odrobinę lepiej. O ile bowiem sam wątek promieniowania jest dość prosty i niespecjalnie ciekawy, to jednak siła tego epizodu tkwi w procesie starzenia, a dokładnie z tym co starość może z nami zrobić. Gdy widzimy Kirka, który zapomina o tym co przed chwilą powiedział, jest nam go autentycznie żal. Potem gdy Stocker wręcz zmusza Spocka do procesu czy Kirk może dowodzić żal nam z kolei Spocka. Sam zaś proces, to pokaz zarówno lojalności załogi, jak i zagubienia Kirka. Nie ukrywam, że pokazana w ten sposób starość jest trochę przerażająca. Gdyby zaś nie fakt, że serial powstawał w latach 60, to odcinek mocno by oberwał za pójście na łatwiznę w kwestii wyjaśnienia poradzenia sobie z promieniowaniem. Otóż żeby się nie starzeć wystarczy się przestraszyć. Podczas strachu bowiem organizm wytwarza adrenalinę, która niszczy promieniowanie. Ciekawym faktem jest, że ta zasada działa też na Wolkan, którzy emocji nie odczuwają (a strach jest niby potrzebny). Zastanawia mnie też fakt, że po adrenalinie choroba się cofa w trybie szybkim do stanu sprzed napromieniowania. Mógłbym zapytać w jaki sposób postarzone komórki się odmładzają i dlaczego zatrzymują się akurat w tym momencie. No ale tak jak mówiłem to szalone lata 60. 🙂 Wtedy nikt nie pytał, a i pewnie sam pomysł był wyjątkowo świeży. Dla ścisłości dodam, że oczywiście pojawia się kolejna ukochana Kirka, bo bez tego odcinek byłby niepełny. Zasadniczo dość ciekawy odcinek, który warto obejrzeć mimo pewnych dziwnych kwestii.

Star Trek TOS: Mirror, Mirror – recenzja (odcinek 2×10)

Jak w każdym szanującym się sci-fi, również w Star treku musi się pojawić motyw alternatywnych światów. Tutaj mamy do czynienia z legendarnym i słynnym „mirrorverse”  gdzie historia potoczyła się trochę inaczej. Widzieliśmy początki Imperium Terran w serialu „Enterprise” tam jednak widz, został niejako wrzucony w ten zupełnie inny świat. Tutaj poznajemy obyczaje tego innego wymiaru oczami Kirka, oraz części załogi, która przypadkiem, podczas teleportacji trafili nie na swój statek ale właśnie ten drugi „Enterprise”. Wyobraźmy sobie świat w, którym nie ma Federacji tylko ludzkie imperium gdzie króluje przemoc i nienawiść. Trzeba przyznać, że scenarzyści się tutaj postarali. Świetnie wykreowali ten kompletnie odmienny świat a wrażenie to potęguje fakt, że mirrorowy Kirk zamierza zabić istoty z którymi przed chwilą „nasz” James negocjował. Fajnie też zobaczyć niegrzeczną załogę, wyznającą zasadę, że jedyny sposób awansu to nóż w plecy przełożonego.  Oczywiście zły Kirk również działa na kobiety jak magnes, dodatkowo posiada tajemnicze urządzenie, które pozwala mu likwidować wrogów na  odległość.  W tym wszystkim odnajdujemy brodatego Spocka któremu nasz Kirk zaszczepia ideały Federacji. Świetny, ciekawy i wciągający odcinek. Polecam, tym bardziej, że czekają nas jeszcze kolejne odsłony w tym brutalnym świecie.

Star Trek TOS: The Apple– recenzja (odcinek 2×09)

Klasyczny odcinek TOSa, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Mamy tu klasyczny pomysł. Załoga trafia na rajską planetę. Odkrywają, że jest tam inteligencja. Tubylcy są stłamszeni przez tajemnicze „coś”. Kirk ratuje tubylców. Niestety nie znajdziemy tu nic co pomogłoby temu odcinkowi nie być startrekową kliszą. Trochę zabawny jest Chekov z opowieściami o mateczce Rasiji ale to trochę mało. Ciekawiej już wyglądają tubylcy którzy są niejako odzwierciedleniem Adama i Ewy, są całkowicie niewinni, nie znają przemocy ani prokreacji (tu też oczywiście swoje trzy grosze musiał dorzucić James T. Kirk). Jest to nawet ciekawe tak samo jak całkowite oddanie Vaalowi oraz zatrzymanie ich procesu starzenia. Pojawia się natomiast pytanie (kolejny raz) dlaczego Kirk wraz z załogą ratuję ten lud? Przecież obowiązuje ich słynna pierwsza dyrektywa, najświętsze prawo Federacji mówiące o nieingerencji w cywilizacje przedwarpowe. Niestety scenarzyści znowu na to nie zważają i dają nam zwykły, przeciętny odcinek. Niekoniecznie zasługuje na obejrzenie.

Star Trek TOS: The Changeling – recenzja (odcinek 2×08)

Jeden z najlepszych odcinków TOSa. Mówię to bez ironii czy sarkazmu, z którego jestem znany. Mamy tu tajemniczą sondę, która niszczy węglowe jednostki życia jako nieefektywne. Jak się okazuje jest to ziemska sonda (Nomad), która spotkała się z jakąś cywilizacją robotów i zdobyła olbrzymią moc oraz misję zniszczenia węglowych form życia. Oszczędza Enterprise, ponieważ myli Kirka ze swoim twórcą. Oczywiście mimo strachu kapitan ratuje załogę i cały świat. Co ciekawe: logiką, która jest raczej domeną Spocka. Dlaczego uważam go za jeden z najlepszych odcinków TOSa? Otóż moim zdaniem kładzie on podwaliny pod historie, które będziemy oglądać w innych seriach. Podobny motyw będzie bowiem w pierwszym filmie kinowym, a wątek jednej z najsłynniejszych ras w Star reku, czyli Borg, jest dość podobny. Mam wrażenie, że tak jak nieoficjalnym rozwinięciem wątku Trelane z odcinka „The Squire of Gothos” jest Q, tak tutaj Borg oraz V’ger są pomysłami, które czerpią inspirację z tego odcinka. Pomijając tę zależność sam epizod jest niezwykle ciekawy zwłaszcza poprzez pokazanie zagrożenia, jakie nosi sztuczna inteligencja. Ogląda się to naprawdę dobrze. Zwłaszcza, że rzadko zdarza się w tej serii przeciwnik, którego Kirk nie może przechytrzyć pocałunkiem i seksapilem, tylko rozumem.  Tutaj zresztą widzimy ciekawą sytuację. Otóż po pierwszym sezonie Wiliam Shatner grający Kirka uznał, że Nimoy (Spock) ma zbyt dużo mądrych kwestii, przez co jego postać wychodzi na mniej inteligentną. Pokłosiem tego jest właśnie ten odcinek, gdzie w scenie pokazywania „logicznej sprzeczności” z Nomadą rozmawia Kirk, a powinien to zrobić Spock. Mimo to zachęcam do oglądania, naprawdę świetny odcinek.

Star Trek TOS: Wolf in the Fold– recenzja (odcinek 2×07)

Tym razem scenarzystów trochę poniosła ułańska fantazja. Zaczyna się to całkiem ciekawie: załoga ma wychodne i trafiają na jedną z rozrywkowych planet. Tam Scotty idzie na spacer z miejscową pięknością, a w następnej scenie dama jest martwa, a wszystkie podejrzenia wskazują na Scottiego. Podobna sytuacja zdarza się jeszcze dwa razy i ciągle głównym podejrzanym jest główny inżynier Enterprise. Muszę przyznać, że fabuła jest tu poprowadzona bardzo ciekawie. Niczym w prawdziwym kryminale są pokazywane nam pewne wątki, zastanawiamy się kto tak naprawdę zabija. I tu dochodzimy do największego zarzutu i jak wspomniałem wyżej fantazji scenarzystów. Otóż wpadli na pomysł, żeby mordercą została tajemnicza istota, która istnieje co najmniej 300 lat. Wydaję się wam, że ostro grają? Wyobraźcie sobie, że to ta istota była niejakim Kubą Rozpruwaczem, a potem wraz z kosmiczną ekspansją uciekła w kosmos. Normalnie padłem. 🙂 Dodajmy do tego, że istota żywi się strachem i mamy klasyczny, dziwny, TOSowy pomysł. Rozbawiło mnie też, że aby pokonać istotę doktor zaaplikował załodze środek uspokajający po którym załoganci wyglądali na (delikatnie mówiąc) naćpanych. Jednak odcinek oglądało mi się przyjemnie i ze spokojem mogę go polecić jako nietypowy, gwiezdny kryminał.

Star Trek TOS: The Doomsday Machine – recenzja (odcinek 2×06)

Enterprise odbiera sygnał alarmowy ze statku Constellation. Gdy przybywa na miejsce, znajduję tylko szczątki statku oraz pozostałości planet. Z uszkodzonego statku Federacji ściągają jego kapitana a w skutek niefortunnego zbiegu okoliczności Kirk i Scotty zostają uwięzieni na zniszczonym statku, podczas gdy były kapitan Constellation, przejmuje Enterprise i rusza w pościg. To mógłby być świetny odcinek. Mamy tu motyw Ahaba, czyli kapitana Matta chcącego za wszelką cenę dorwać niszczyciela swojego statku. No i świetny i wciągający motyw niszczycielskiej maszyny, stworzonej przez wymarłą cywilizację, a obecnie działającą na autopilocie i niszczącą planety oraz napotkane statki. Z kolei tutaj jest mój największy zarzut. Zamiast skupić się na tym według mnie fascynującym motywie, woleli opisać nam szaleńczą walkę w imię zemsty. Nie mówię, że jest to nudne czy nieciekawe, ale sto razy bardziej wolałbym poznać historię tej cywilizacji niż po raz kolejny patrzeć na to samo. Innym ciekawym elementem w tym odcinku jest zachowanie Spocka. Jego zimne opanowanie i absolutne stosowanie się do regulaminu zostało tutaj bardzo dobrze uwypuklone zwłaszcza w konfrontacji z McCoyem. Sama zaś maszyna zagłady wygląda ciekawie, zwłaszcza jak na tamte czasy. Trochę przypomina mi takiego kosmicznego czerwia z Diuny 🙂 Ogólnie jest to całkiem nie najgorszy odcinek, który ze spokojem mogę polecić.

Star Trek TOS: Amok Time – recenzja (odcinek 2×05)

Odcinek legenda. Niestety trochę się zestarzała i nie mówię tutaj o warstwie wizualnej, tylko niestety fabularnej. Dowiadujemy się z tego epizodu jak rozmnażają się Wolkanie. Co prawda jeśli śledzicie serię wraz ze mną to mieliśmy już trop tego w serialu „Enterprise”, jednak to właśnie tutaj wymyślono to po raz pierwszy. Otóż okazuję się, że nasi spiczastousi przyjaciele mogą współżyć raz na siedem lat. Co gorsza jeśli nie dojdzie do kontaktu fizycznego, to męscy osobnicy wpadają w szał. W związku z tym Enterprise kieruje się na ojczystą planetę Spocka, tam zaś okazuję się, że jego wybranka ma nieco inne plany i prowokuję walkę oszalałego Spocka z kapitanem Kirkiem. Jaki mam zarzut do tego odcinka? Przede wszystkim zachowanie Wolkan jest wręcz niesamowicie śmieszne. Ich stroje które wyglądają na jakąś cywilizację z trzeciego świata i totalnie prymitywne rytuały kłują w oczy. To w końcu jest jedna z najpotężniejszych ras galaktyki!! Sprowadzenie ich do roli jakichś tubylców jest nieciekawe. Z kolei za wymyślenie tego całego motywu z pon-farr czyli zachowania się Wolkan co 7 lat – genialne!! Chociaż zważywszy, że Wolkanie są z nami od początku istnienia Federacji ciekawe, że nikt nigdy się nie zainteresował, że co 7 lat każdy Wolkanin znika na jakiś czas. No ale sam odcinek całkiem ciekawy. Poszerza naszą wiedzę o uniwersum i rozwija tę niesamowicie interesującą rasę. Niestety odcinek nierówny, ale mimo to uważam, że warto go obejrzeć

Star Trek TOS: Who Mourns for Adonais? – recenzja (odcinek 2×04)

No i się doczekaliśmy. Przed nami jeden z najsłynniejszych złych odcinków serialu. Mamy tutaj całą paradę atrakcji. Zacznijmy od tego, że Enerprise zostaje złapany na orbicie pewnej planety przez… wielką zieloną rękę. Następnie część załogi zostaje przeniesiona na planetę gdzie spotyka niejakiego Apolla. Tak dobrze kojarzycie to odkładnie ten sam gość który występuję w mitach greckich. Oznajmia on naszym podróżnikom, że kiedyś wraz z Zeusem i resztą ferajny rozbili się na naszej planecie i zostali uznani za bogów. Zdaje sobie sprawę, że podobny motyw mamy chociażby w serii Stargate ale tutaj jest to o wiele bardziej problematyczne. Po pierwsze, powstaje pytanie dlaczego wynieśli się oni z naszej planety. Po drugie dlaczego kosmici mieliby się ubierać tak jak w starożytnej grecji? Można oczywiście wysnuć wniosek odwrotny. To grecy zaczęli się tak ubierać pod wpływem swych bogów. Jednak jakoś ciężko mi uwierzyć w wysoko rozwiniętą cywilizację której przedstawiciele ubierają się w białe prześcieradło. Rzecz jasna zakończenie całej sprawy jest też nieciekawe i lekko głupie. Apollo zostaje zmuszony do zbyt wielu działań na raz oraz zdekoncentrowany przez co staję się łatwą ofiarą. Dodatkowo scenarzyści wprowadzili nową postać kobiecą do której płomiennym uczuciem zapłonął Scotty. Rzecz jasna nie ujrzymy jej już w żadnym epizodzie. Niestety jest to odcinek nie udany z gatunku tak złych, że aż wartych obejrzenia 😉 Polecam koneserom sci-fi jako, że odcinek doczekał się wielu parodii i mnóstwa odniesień a więc podobnie jak znany nam z pierwszego sezonu odcinek z Gornem wywarł spory wpływ na popkulturę.

Star Trek TOS: Friday’s Child – recenzja (odcinek 2×03)

Kolejny odcinek, w którym coś poszło nie tak. Zaczyna się bardzo dobrze. Poznajemy nową rasę (Capellan), którzy stosują ideologię „tylko najsilniejsi przetrwają”, a złamanie ich zasad równa się wyrokowi śmierci. Tam właśnie ląduje Kirk z misją zakupu pewnego cennego surowca. Na miejscu robi się jeszcze ciekawiej. Pojawiają się bowiem Klingoni z identycznym zamiarem, co przedstawiciele Federacji. Potem mamy wewnętrzny konflikt wśród tubylców, Kirk ze świtą ucieka przy okazji ratując ciężarną żonę byłego wodza i tu następuję załamanie fabuły. Od tego momentu akcja ciągnie się… dłuży… następują dziwne, niesmaczne wręcz dzisiaj sceny policzkowania ciężarnej przez McCoya. Końcówka z faktem, że nasz drogi doktor zostaje uznany za ojca dziecka jest lekko zabawna, jednak dowie się o tym tylko ten kto nie obudzi się wystarczająco szybko. Sam fakt pojawienia się Klingonów jest bardzo ciekawy i świetnie pokazuje konflikt ideologiczny pomiędzy Federacją a Imperium Klingońskim. Jednak to trochę za mało. Chciałoby się rzec: kolejny odcinek z niewykorzystanym potencjałem. To co jest tutaj najciekawsze, to wydarzenia dziejące się na Enterprise. Tam bowiem dowództwo przejął Scotty i trzeba przyznać, że radzi sobie całkiem przyzwoicie. Jednak jak już wcześniej wspomniałem odcinek jest zwyczajnie nudny i ciężki do przebrnięcia. Zdecydowanie nie polecam.

Star Trek TOS: Metamorphosis – recenzja (odcinek 2×02)

Drugi odcinek tego sezonu to totalna rehabilitacja za poprzedni epizod. Tym razem dostajemy świetną, interesującą historię przy okazji poszerzającą naszą wiedzę o uniwersum. Kirk i Spock odnajdują bowiem legendarnego człowieka a mianowicie samego Cochrane’a. Tego samego którego poznaliśmy w serialu „Enterprise” – twórcę napędu WARP. Pojawia się tutaj co prawda pewna nieścisłość, mianowicie Kirk twierdzi, że Cochrane pochodzi z Alfa Centauri i jest bohaterem całej galaktyki. No cóż tak to już bywa w TOSie, że część faktów nijak się ma do tego co się dzieje w innych seriach. Wracając do epizodu to mamy tutaj Cochrane’a oraz dziwną gazową istotę która go odmłodziła oraz się w nim zakochała. Dalej mamy już standard. Kirk najpierw próbuje tę istotę zniszczyć a potem przegadać. No cóż taki urok tego serialu, że co w drugim odcinku słyszymy peany na cześć ludzkości oraz naszych uczuć. Rzecz jasna miłość zwycięża i gazowa istota zmienia się w człowieka i zostaje z Cochrane na tajemniczej planecie. Ogląda się to całkiem dobrze, odcinek poszerza naszą wiedzę o uniwersum a w porównaniu do poprzedniego odcinka to istny majstersztyk. Tak więc zapraszam do oglądania i wysłuchania kolejnej przemowy Jamesa T. Kirka.