Star Trek TOS: The Doomsday Machine – recenzja (odcinek 2×06)

Enterprise odbiera sygnał alarmowy ze statku Constellation. Gdy przybywa na miejsce, znajduję tylko szczątki statku oraz pozostałości planet. Z uszkodzonego statku Federacji ściągają jego kapitana a w skutek niefortunnego zbiegu okoliczności Kirk i Scotty zostają uwięzieni na zniszczonym statku, podczas gdy były kapitan Constellation, przejmuje Enterprise i rusza w pościg. To mógłby być świetny odcinek. Mamy tu motyw Ahaba, czyli kapitana Matta chcącego za wszelką cenę dorwać niszczyciela swojego statku. No i świetny i wciągający motyw niszczycielskiej maszyny, stworzonej przez wymarłą cywilizację, a obecnie działającą na autopilocie i niszczącą planety oraz napotkane statki. Z kolei tutaj jest mój największy zarzut. Zamiast skupić się na tym według mnie fascynującym motywie, woleli opisać nam szaleńczą walkę w imię zemsty. Nie mówię, że jest to nudne czy nieciekawe, ale sto razy bardziej wolałbym poznać historię tej cywilizacji niż po raz kolejny patrzeć na to samo. Innym ciekawym elementem w tym odcinku jest zachowanie Spocka. Jego zimne opanowanie i absolutne stosowanie się do regulaminu zostało tutaj bardzo dobrze uwypuklone zwłaszcza w konfrontacji z McCoyem. Sama zaś maszyna zagłady wygląda ciekawie, zwłaszcza jak na tamte czasy. Trochę przypomina mi takiego kosmicznego czerwia z Diuny 🙂 Ogólnie jest to całkiem nie najgorszy odcinek, który ze spokojem mogę polecić.