Stranger Things sezon 3, recenzja

Trzecia seria „Stranger Things” przenosi nas do lata 1985 roku, na horyzoncie czuć już słynny amerykański Dzień Niepodległości, czyli 4 lipca. Ogromną zmianą dla Hawkins jest otwarcie ogromnego centrum handlowego StarCourt, które wymiotło praktycznie wszystkie drobne sklepy z głównej ulicy miasteczka. W sklepach pojawiła się nowa Coca-Cola ( co było bardzo znaczącym wydarzeniem dla amerykańskich konsumentów), w kinach leci „Powrót do Przyszłości” a w telewizji króluje „Magnum P.I.”. U naszych bohaterów też dużo się pozmieniało. Dustin wraca z obozu dla geeków „Know Where”, gdzie poznał swoją dziewczynę Suzie. Mike i Eleven nie potrafią ani chwili bez siebie wytrzymać, czym doprowadzają Hoppera do obłędu, Nancy i Johnattan zatrudnili się w lokalnej gazecie, Steve nie dostał się na studia i pracuje w lodziarni w StarCourt wraz z charyzmatyczną Robin, natomiast Joyce nadal nie może się otrząsnąć po stracie Billa. Wszystko toczy się spokojnie i bez pośpiechu, jak na lato na prowincji przystało. Niestety źli komuniści trochę napsocili i wszystko zaczyna się psuć. Will znów zaczął wyczuwać obecność Mind Flayera, Billy znika, a szczury w całym miasteczku zachowują się bardzo osobliwie.

Tak mniej więcej zarysowuje się fabuła na początku trzeciego sezonu. Pierwszy odcinek z resztą okazuje się bardzo spokojny i doskonale wczuwa widza w atmosferę małomiasteczkowego lata. Jeszcze niewiele się tutaj dzieje, jednak mamy doskonałą okazję do nadrobienia informacji na temat wszystkich istotnych dla serialu postaci. Był to chyba najspokojniejszy wstęp do sezonu na przestrzeni całego serialu, jednak ani przez chwilę się nie nudziłem. Fabuła tym razem jest podzielona na cztery a nawet pięć wątków i powiem szczerze, że był to bardzo dobry zabieg. Przez to akcja wydaje się dużo dynamiczniejsza, a na dodatek doskonale wszystkie historie się ze sobą zazębiają. Nie czuć tutaj jakichś sztucznych scenariuszowych zabiegów, żeby jedna grupa bohaterów spotkała się z drugą. Wszystko tutaj działa doskonale niczym zębatki w szwajcarskim zegarku.

Od strony postaci, w trzecim sezonie mamy jedną nową główną postać, wspomniana już Robin, która jest bardzo dobrym uzupełnieniem całej wybuchowej mieszanki, a na dodatek została doskonale wprowadzona i napisana. Ma ona charyzmę, jest charakterystyczna, ma coś do powiedzenia i jej obecność jest istotna dla samej fabuły. Czyli podobnie jak miało to miejsce w przypadku Max w sezonie drugim. Nie ma tutaj nic na siłę, a na dodatek scenarzyści postanowili nas nieźle zaskoczyć ostatecznie na linii relacji Steve-Robin. Spokojnie można powiedzieć, że bez Robin kolejnych sezonów „Stranger Things” sobie nie wyobrażam. Jednak na tym nie koniec zmian na płaszczyźnie postaci. Dużo większy swój udział w historii otrzymała Erica siostra Lucasa, która z roli epizodycznej ewoluowała do kolejnego członka drużyny. Uzależniona od lodów małolata dodała sporo świeżości i była często udanym elementem humorystycznym – dialogi z Dustinem to istne perełki. Podobnie z resztą ze znanym już z poprzedniego sezonu Murray’em, który swoją drogą również dostał więcej czasu antenowego, co było również bardzo dobrym posunięciem. Ponownie świetnie potrafił ocenić relacje między innymi osobami – w tym przypadku Joyce i Hopperem i co najważniejsze w swój oryginalny i dosadny sposób to wyrazić.

Krótko mówiąc serial nadal świetnymi postaciami stoi. Nowe i mniej znane twarze są fantastyczne, a do tego mamy przecież starych i znanych bohaterów. Hopper w tym sezonie przechodzi samego siebie, kiedy próbuje po swojemu ogarnąć związek Jedenastki z Mike’iem – chociażby dla tego małego wątku warto ten sezon zobaczyć. Do tego dochodzą też perypetie z Joyce, a wisienką na torcie są rozmowy z burmistrzem Hawkins, gdzie wychodzi 100% Hoppera w Hopperze. David Harbour jest po prostu stworzony do tej roli. Dustin i Steve również nie zawodzą i dostajemy kolejną porcję świetnych dialogów, a w połączeniu z Robin i Ericą robi się totalnie wybuchowa mieszanka. Bardzo dobrze też sprawdziła się drużyna Mike’a, która w tym sezonie musiała poradzić sobie nie tylko ze złowieszczym Mind Flayerem, ale (co chyba gorsze) też z trudnym okresem dorastania. Jest to bomba wszelakich emocji, tak jak to z resztą u nastolatków bywa. Najmniej ciekawie, jak zawsze z resztą, według mnie wypadał duet Nancy z Jonathanem. Od początku obie te postacie mi najmniej pasują. W poprzednich seriach ich wątek miłosny przeplatany z wydarzeniami związanymi z Upside Down trzymał się jeszcze w ogonie peletonu, tutaj jest nieco słabiej. Wprawdzie mamy tym razem jakąś pierwszą kłótnie i sporo dramatycznej akcji z nimi związanych, jednak wyjątkowo słabiej wypadali na tle coraz ciekawiej prowadzonych innych postaci. Oczywiście, ich wątek jest dla całej historii bardzo ważny, jednak same postacie dla mnie wypadają dużo słabiej niż reszta bohaterów.

Ogromną siłą „Stranger Things” są też niewątpliwie nawiązania do popkultury, dzięki którym serial staje się bardzo wiarygodny, ale też uderza w nostalgiczną nutę widzów. Nie mogło zatem zabraknąć ich i w najnowszej odsłonie.Najbardziej oczywiste są rzecz jasna filmy, które pojawiają się w kinie w StarCourt. Mamy tutaj wspomniany wcześniej „Powrót do przyszłości”, który z reszta później Steve i Robin w bardzo zabawny sposób rozkminiają. Pierwszy odcinek rozpoczyna się natomiast od seansu kultowego „Dnia żywych trupów” George’a Romero. Jednak ciekawsze są nawiązania bezpośrednio wplecione w fabułę trzeciego sezonu. Najbardziej uderzające są dwa. Po pierwsze „Terminator” i rosyjski odpowiednik Arnolda Schwarzeneggera, który przez całą serię ściga Hoppera niczym pierwowzór w filmie Jamesa Camerona. Co ciekawe, nawet jeden z bohaterów zapytany przez szeryfa, kim jest napakowany gościu, który go ściga, odpowiedział właśnie prześmiewczo, że to Arnie. No i sam aktor został dobrany tak, aby faktycznie jak najbardziej słynnego Austriaka przypominał. Efekt jest bardzo dobry, a z dostrzeżeniem nawiązania nikt raczej nie powinien mieć problemu.

Drugą ważną inspiracją braci Duffer były horrory science-fiction a w szczególności „Obcy”, „Inwazja porywaczy ciał” oraz „Coś”. Wszystkie one dotyczą głównego wątku Mind Flayera i również nie pozostawiają złudzeń, skąd twórcy czerpali inspirację. Pozyskiwanie nowych nosicieli przypomina infekowanie przez facehuggera, zarażeni mogą pozostać nierozpoznani i starają się wtopić w resztę społeczności, natomiast w ostateczności przeobrażają się w abominację o bliżej nieokreślonej formie rodem z „The Thing”. Jednak mnie cieszyły najbardziej te mniejsze nawiązania jak chociażby pseudonimy wywoławcze przez krótkofalówki, gdzie pojawia się nazwa Griswaldowie, dlatego, że akurat bohaterowie poruszali się w kombiaku z drewnianymi bocznymi panelami rodem z komedii z Chevy Chasem. Podobało mi się również nawiązanie do produkcji Kevina Smitha „Mall rats” – tak nazywał się jeden z odcinków, który z resztą mocno przypominał w treści pierwowzór. Natomiast wisienką na torcie jest motyw z „Neverending story”, który związany jest z Dustinem i jak można się domyślać po prostu rozbraja na łopatki.

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze o samej historii, bo to przecież ona zawsze spajała wszystkie te rewelacyjne aspekty „Stranger Things”. Przyznam, że przed premierą serialu, miałem obawy, że to właśnie na tym polu bracia Duffer polegną. To już trzeci sezon, poprzeczka zawieszona coraz wyżej, na samej świeżości pomysłu już grać nie można, bo widza to znudzi, zatem zadanie było trudne. Jednak moje obawy były całkowicie niepotrzebne. Zbudowanie tym razem aż tylu wątków i wplecenie w fabułę motywu Związku Radzieckiego zrobiło robotę. Do tego, ewolucja motywu Mind Flayera z poprzedniego sezonu również trzymała się kupy. Co tu dużo mówić, scenariusz był bardzo dobrze napisany, a efektem tego był fakt, że zostałem całkowicie w historię wciągnięty. Nie jest to oczywiście aż taki efekt jak w pierwszym sezonie, bo tak to się pewnie nie da, jednak w mojej opinii, trzecia seria była jednak ciekawsza od drugiej. Prawdopodobnie jest to zasługą większej ilości wątków oraz wprowadzeniem czegoś nowego, czyli zagrożenia ze strony komunistów. Do tego dochodzi zakończenie, zaskakujące, pełne emocji i ostatecznie słodko-gorzkie, które według mnie dużo lepiej prezentuje się z tym co dostaliśmy na koniec drugiego sezonu. Co jednak najważniejsze, mimo takiego, a nie innego zakończenia, nie wyobrażam sobie, aby czwarty sezon miał nie powstać, a scena po napisach jeszcze podsyca apetyt, z którym pewnie przez kolejne półtora roku trzeba będzie sobie jakoś poradzić :-).

Długo musieliśmy czekać na kolejna odsłonę tej flagowej produkcji Netflixa, jednak to czekanie w pełni opłacało się. Dostaliśmy kawał bardzo dobrego, klimatycznego, geekowskiego serialu. Historia ponownie mnie wciągnęła, a szczerze oceniam ją na nawet lepszą niż w sezonie poprzednim. „Stranger Things” ponownie czaruje scenariuszem, reżyserią, muzyką i poziomem technicznym realizacji. Ale co najważniejsze, fenomenalnie gra na naszych emocjach. Potrafi rozbawić, wzruszyć, przestraszyć, a wszystko to opakowane jest w wiarygodny i przepysznie doprawiony małomiasteczkowy amerykański świat lat osiemdziesiątych. Wciąż podtrzymuje moje zdanie, że „Stranger Things” to pozycja obowiązkowa i jest to raczej spokojny kandydat do mojego tegorocznego top 5 najlepszych seriali roku.

Wszystkie grafiki pochodzą z serwisu imdb.com