„Iron Sky. Inwazja” – recenzja filmu

Przy okazji spotkania majowego wybraliśmy się całą ekipą na seans „Iron Sky. Inwazja”. Dlaczego na to? Cóż… Jeden z klubowiczów jest prawie fanatycznym wielbicielem Timo Vuorensoli, który jest reżyserem filmu i z którym udało nam się spotkać na Pyrkonie w 2017 roku. Trzeba też dodać, że pierwsza część filmu była całkiem udana i mamy o niej dobre zdanie. Postanowiliśmy zatem zaryzykować wbrew ostrzeżeniom niektórych znajomych, którzy podobno wychodzili z nudów w połowie seansu…

Recenzja według Śmiecha

Pierwsza część filmu miała swój urok i choć oglądałem ją dość dawno temu, to do dziś pamiętam specyficzne poczucie humoru, samoświadomość i dystans do siebie oraz niesztampowy temat. Ewidentnie film był robiony dla jaj i z miłości do kinematografii. To było czuć… Pamiętacie np. scenę, w której Korea Północna przyznaje się do tajnego projektu kosmicznego? 🙂 Pierwszy „Iron Sky” mógł faktycznie w niektórych kręgach otrzymać status kultowego.

Tym bardziej zaskakiwało to, że dość trudno było nam znaleźć kino, w którym wyświetlana byłaby część druga. Multikino, w którym zwyczajowo się pojawiamy, nie podpisało umowy z dystrybutorem i musieliśmy wyjątkowo przenieść się do CinemaCity. Ok, to jeszcze nie problem. Tylko dlaczego przed seansem nie było oprócz nas prawie nikogo w sali? Skąd tak mała frekwencja? 8 osób na sali mogącej swobodnie pomieścić kilkaset widzów to porażka.

Bartas też nie poprawiał nastroju. Ciągle powtarzał, że jego znajomy (jednocześnie będący fanem pierwszej części „Iron Sky”) oglądał dwójkę i tak bardzo mu się nie podobała, że wyszedł w połowie. Powiedziałem jednak sobie, że się nie dam i swoją opinię wyrobię dopiero po seansie. Zaczął się film…

Widok na salę kinową kilka minut przed seansem. Jak widać frekwencja była oszałamiająca.

…i mam już swoje zdanie, którego nie da się wyrazić bez spoilerów. W zasadzie będzie to jeden wielki spoiler, zatem czujcie się ostrzeżeni.

Pierwsza część trzymała się w zasadzie jednej pokręconej tezy: naziści zrobili sobie bazę na Księżycu i w wszystkie wątki kręciły się wokół tej myśli. W dwójce Timo Vuorensola i reszta twórców poszli na całość i jeden zwariowany pomysł im już nie wystarczył. Prawdopodobnie miało być szybciej, lepiej i intensywniej, więc wrzucili drugą zwariowaną ideę. Potem trzecią. I czwartą. I kolejną. Oglądając film miałem wrażenie, że przygotowanie scenariusza polegało na przekrzykiwaniu się, kto będzie miał bardziej pojechane pomysły, po czym Timo zaakceptował je wszystkie.

Czego tu nie ma…? Dowiadujemy się, że większość znanych postaci, które miały wpływ na historię, to w rzeczywistości przedstawiciele pozaziemskiej rasy przypominającej Reptilian, którzy tak na prawdę chcą podbić naszą planetę. Prezydent Stanów Zjednoczonych, premier Margaret Thatcher, szef Facebooka Mark Zuckenberg, Czyngis-chan, papież Urban II (ten od wypraw krzyżowych), towarzysz Mao Zadong, Stalin, Hitler i wielu innych, to w rzeczywistości nie są ludzie. Piszę „są”, albowiem według fabuły filmu wszystkie te postaci żyją sobie spokojnie w ukryciu.

Co jeszcze? Okazuje się też, że wnętrze Ziemi jest puste i kwitnące życiem, oraz że jest to schronienie Reptilian. W dodatku są tam dinozaury, a Hitler ujeżdża tyranozaura. I mają Świętego Grala, który jest źródłem nieskończonej energii. A tą energią można sprawiać, że ludzie będą mieli moce. I że we wnętrzu Ziemi jest ukryty ogromny statek kosmiczny. Widzimy też Putina tańczącego nad planami podbicia świata. I tak dalej…

Mam nadzieję, że widać już, co chcę przekazać. Gdyby do filmu wprowadzono tylko jedną, góra dwie takie rewelacje, to jeszcze dałoby radę to wszystko przetrawić. Problem jednak w tym, że filmie – który nawiasem rzecz biorąc trwa godzinę i 20 minut – jest tego przesyt i nie jest możliwym, by nad czymkolwiek na chwilę się zastanowić. Dodatkowo mam spore zastrzeżenia do tego, że każdy tych świetnych pomysłów ze względu na ich ilość jest potraktowany po macoszemu i nie jest wykorzystywany w pełni.

Weźmy jako przykład pustą w środku Ziemię. Bohaterowie w pewnym momencie do niej trafiają, zgarniają to co potrzebują, biją się, uciekają, po czym akcja przenosi się w kosmos i potem fabuła w żaden sposób nie nawiązuje już do tej pustej Ziemi. Jest, bo jest. Nie wyciągnięto z jej istnienia żadnych konsekwencji dla bohaterów i sam fakt istnienia pustej przestrzeni nie wpływa zasadniczo na fabułę i nie ma absolutnie żadnych konsekwencji dla przedstawionego tam świata. W zasadzie mogłaby to być każda głęboka jaskinia, a fabuła nie zmieniłaby się ani na jotę.

Podobnie Hitler jeżdżący na tyranozaurze. Świetny pomysł prawda? A byłby jeszcze lepszy, gdyby tyranozaur strzelał z oczu laserami! 🙂 Żartuję. 🙂 Dążę do tego, że Hitler na dinozaurze wygląda świetnie, ale nic z tego nie wynika. Zamiast T-Rexa mogłoby to być każde dowolne inne groźne zwierzę lub maszyna. Scenarzyści (a zatem i fabuła) mają w nosie to, że jest to wymarłe 65 milionów lat temu stworzenie. Gdyby podmienić T-Rexa na chociażby tygrysa, czy inna panterę, to nic w historii by się nie zmieniło. Fabuła dalej byłaby spójna w dokładnie tym samym stopniu. Julia spokojnie mogła by pokonać to zwierzę w kilkanaście sekund od pojawienia się na ekranie tak, jak to miało miejsce z dinozaurem.

I to jest właśnie mój największy zarzut. Nie jest to film w sensie opowiadanej historii. To po prostu pokaz świetnie wyglądających scenek, które ktoś jakby na siłę starał się połączyć jakąś tam fabułą, która – nie oszukujmy się – jest jednak mniej ważna, niż ilość zajebistości na minutę. Całość miała potencjał, ale co z tego?

Podczas drogi do domu po seansie Mavis uświadomił mi coś, czego nie zauważyłem w kinie. Czy zdawaliście sobie sprawę, że postać Malcolma, czyli osiłka nie do zdarcia, to nawiązanie do Star Treka i starej tradycji zabijania bohaterów w czerwonych mundurach? Malcolm nosił czerwony golf i jego perypetie miały być żartem dla wtajemniczonych. Nie zwróciłem na to uwagi, choć Treka znam na wylot i bardzo sobie cenię. To też pokazuje inny kłopot z całym filmem, bo „Iron Sky” opiera się dość mocno na bardzo hermetycznym humorze, który zrozumieją nieliczni. Nie poszedłbym do kina na ten film z żoną, dziećmi, czy ojcem, choć wszyscy lubią komedie i kino SF. Nie zrozumieją części dowcipów, na przykład całej sekwencji modlitwy do Jobsa, czy właśnie nawiązań do innych produkcji fantastyczno-naukowych.

Szkoda. Mogło być tak dobrze…

Recenzja według Wookiego

Podobnie jak Śmiecho szedłem na film z dobrym nastawieniem, mimo że wszystkie instynkty jak i Bartas mówili, że idziemy na totalny chłam. Sytuacji nie poprawiała sytuacja problematycznej dostępności filmu w kinach. Jednak jeśli chodzi o mnie bardzo pozytywnie się zaskoczyłem. Na szczęście od strony fabuły jest to bezpośrednia kontynuacja pierwszej części, co z trailerów niestety nie wynikało. Przed obejrzeniem filmu żyłem w przekonaniu, że cała akcja toczy się w prehistorycznych czasach, wiecie dinozaury, jaszczuroludzie, a co za tym idzie związek z bardzo cenioną przeze mnie pierwszą częścią będzie minimalny.

Od strony humoru, bo nie ma co się oszukiwać, o to w tym filmie chodziło, jest dobrze ale też rewelacji nie ma. Podkreślę jednak, że jest to opinia bardzo subiektywna. Tak jak pisze Śmiecho, żarty są bardzo specyficzne i bardzo abstrakcyjne, co akurat doskonale trafia w mój gust. Fakt, że sala kinowa była pusta, maksymalnie 8-10 osób, ale często było tak, że wyłącznie ja się głośno śmiałem. Zatem podejrzewam wręcz, że dla większości może nie być to aż tak śmieszna produkcja. Ja natomiast jestem zachwycony niektórymi rozwiązaniami jak chociażby religia Jobistów. Był to pomysł genialny i nawet żałuję, że to wokół tej koncepcji nie zbudowano całego filmu. Natomiast faktyczna fabuła, która opiera na wątku reptilian i pustej Ziemi wypadł średnio. Są momenty niezłe, są momenty żenujące wręcz, a przeważnie jest średnio i tutaj w pełni w zasadzie zgadzam się ze Śmiechem.

Od strony technicznej za to byłem bardzo pozytywne zaskoczony. To, że efekty specjalne będą super, można było się spodziewać, bo zarówno „Iron Sky” jak i jeszcze fanowski „Star Wreck” stały na wysokim poziomie, więc tutaj nie mogło być inaczej. Poza dziwne wyrenderowanym miastem wewnątrz Ziemi, wszystko wyglądało bardzo atrakcyjnie i profesjonalnie niczym z hollywoodzkich blockbusterów. Zwróciłem jednak uwagę też na ciekawe prowadzenie kamery w niektórych scenach – Timo nie bał się eksperymentować i wyszło to bardzo dobrze. Aktorsko jest też przyzwoicie. Głowna bohaterka w prawdzie mi do końca nie leżała, ale nie ze względu na aktorstwo a raczej ze względu na to jak została ona napisana. Malcolm natomiast to jest perełka. Najgorzej w tym wszystkim wypada postać rosyjskiego mechanika, który niestety jest marny pod każdym względem, Nie dość że napisany bez pomysłu, to zagrany również bez polotu. Ja rozumiem, ze fajnie w filmie komediowym bawić się stereotypami narodowości, ale trzeba to umieć podać widzowi. Tutaj coś kompletnie nie zatrybiło.

Jeśli już mowa o scenariuszu, to jak można się już domyślać najsłabszy element „Iron Sky Inwazji”. Czuć tutaj, że film był tworzony dosyć długo, koncepcja się zmieniała pewnie niejednokrotnie, stąd ostatecznie dostajemy bardzo nierówny materiał. Pomysły są, potencjał jest, jednak zabrakło doszlifowania i wypolerowania. Zabrakło też męskich decyzji w wywalaniu nadmiaru koncepcji. Na przykład sceny walki z Hitlerem ujeżdżającym dinozaura czy „ostatniej wieczerzy” nie wnoszą w zasadzie kompletnie nic do historii a wydają się nadmiarowe i co tu dużo mówić żenujące.

Jak zatem ostatecznie oceniam drugi film w uniwersum Iron Sky? Ja wyszedłem z kina zadowolony. Ogólnie bawiłem się dobrze, ale na pewno nikomu nie polecę tej produkcji. Na pewno jest to pozycja słabsza od części pierwszej, nieco mniej śmieszny, jednak nadal mający coś w sobie, co powodowało u mnie salwy śmiechu. Oceniam też ten film nieco pobłażliwiej ze względu na kategorię niskiego budżetu i filmu niezależnego. Idąc dalej, fakt, że udało się sfinansować z cowdfundingu drugą część filmu, który trafił do dystrybucji kinowej należny uznać za spory sukces, tym bardziej, że w planach jest zarówno kolejny sequel jak i spin-of. Dla mnie to solidne 6/10, w szczególności za Jobistów oraz Malcolma, ale rozumiem też dlaczego niektórzy mogą ocenić dużo dużo niżej.