Pyrkon 2019 – relacja według Śmiecha

Największy polski festiwal fantastyki (przez niektórych ze względów historycznych ciągle nazywany konwentem), czyli Pyrkon już za nami. Nie mogło tam zabraknąć naszej PIFKOwej wystawy modeli okrętów, rozmów i dyskusji ze znajomymi i nieznajomymi pozytywnie zakręconymi ludźmi, jak również konkursów i prelekcji. Co zapamiętamy z Pyrkonu 2019?

Dla nas wszystkich Pyrkon zaczyna się już w czwartek, bo trzeba przecież przygotować stoisko, modele i wystawę. To, co zaskoczyło mnie trochę w tym roku, to ilość miejsca, które zajęliśmy. Nieskromnie powiem (choć akurat w tym konkretnym aspekcie działania klubu mam niewielki wkład), że faktycznie widać, ze co roku jest więcej modeli i coraz większą przestrzeń zajmują. To tyle, jeśli chodzi o niezasłużone pochwały i przypisywanie sobie cudzych zasług. 😉

Przyszedł piątek, a z nim pierwsze pyrkonowe atrakcje. Największą z nich było niewątpliwie spotkanie z Christopherem Judgem, czyli aktorem znanym głównie z roli Teal’ca z serialu „Gwiezdne Wrota”. Spora część piątkowego popołudnia poświęcona była na odstanie w kolejce najpierw po autograf, a potem do wspólnego zdjęcia, ale chyba było warto. Z jednej strony dzięki temu, że mamy fajne pamiątki, a po drugie dlatego, że były to jedne z pierwszych atrakcji pyrkonowych i oczekiwanie w kolejce z innymi konwentowiczami pozwoliło mi dość szybko wczuć się w klimat imprezy. Bo tylko na takich imprezach można sobie od serca i szczerze pogadać, pośmiać i podrażnić znanych (O’Campa!, Gringo!) i nieznanych, ale równie zakręconych jak my narwańców. 🙂

Christopher Judge, czyli filmowy Teal’c i my. Dumni. 😉

Zaskakująco dużą część piątkowego wieczoru spędziłem w hali 5, gdzie mieściła się w tym roku kraina wystawców. Przyznam, że początkowo moją motywacją było kupno pamiątek dla zostawionych w domu dzieciaków, ale gdy zacząłem oglądać to, co oferowano na ogromnej ilości stoisk, to wsiąkłem. Na długo. Bardzo. Ilość figurek, komiksów, planszówek, koszulek, unikalnych wyrobów ręcznych i innych bibelocików była oszałamiająca. Trzeba przyznać, że szczególnie ręczne wyroby robiły spore wrażenie i muszę mocno pochwalić rękodzielników. Ostatecznie skończyło się na prawie dwóch godzinach wałęsania się po hali i kupnem polecanej przez Wookiego „Terraformacji Marsa„. Patrząc z perspektywy kilku dni po Pyrkonie, gdy już udało mi się zagrać z synami w tą grę stwierdzam, że zakup był bardzo udany.

Inna sprawa, ze ominęła mnie przez to prelekcja „Gwiezdne Wrota w pigułce”i trochę żałuję. Koledzy z Instytutu za to na niej byli, ale niestety nie chcą się o niej wypowiadać publicznie. 😉

Prawdziwy Mistrz (a nawet MISZCZ!) przy pracy.

Piątek skończył się bardzo późno poza terenem festiwalu, gdzie przy zacnych trunkach przez kilka godzin plotkowaliśmy i śmialiśmy się ze znajomymi, których widzimy w zasadzie raz w roku przy okazji Pyrkonu, a których bardzo lubimy i cenimy. 🙂 I powiem szczerze: te znajomości są dla mnie bardzo ważna częścią konwentu.

Sobota stała pod znakiem konkursów. Zaczęło się wystrzałowo, bo razem z Wookiem wzięliśmy udział w wiedzówce na temat serialu „The Expanse”. Wiadomo, że pytania były różne i dużo zależało od szczęścia, ale tego akurat wtedy nam nie brakowało. Mieliśmy go aż nadto, bo nawet gdy strzelaliśmy odpowiedzi okazywało się, że trafialiśmy w sedno 🙂 W każdym razie udało nam się zgarnąć pierwszą nagrodę, co bardzo polepszyło humory i nastawiało optymistycznie przed kolejnymi, sobotnimi atrakcjami…

Panu należą się brawa, za zaszczepianie w córce miłości do fantastyki. Ciri była przesłodka!

…z których część nie wypaliła. Bogusława Polcha nie było (znowu!), bo nie pozwalał mu na to stan zdrowia. Szkoda. Oczywiście Panu Bogusławowi życzymy powrotu do jak najlepszej formy. Po południu planowaliśmy wziąć odział w konkursie wiedzy na temat MCU, ale chętnych było za dużo, sala za mała i ostatecznie nawet nie udało się wejść do sali. Ostatecznie trafiłem do bloku naukowego, na prelekcję pod tytułem „Czy każdy może zbudować łazika marsjańskiego?” i nie do końca jestem z niej zadowolony. Spodziewałem się informacji o eksploracji Marsa za pomocą łazików, a tymczasem wykład poświęcony był maszynom budowanym przez zespoły z różnych uczelni na świecie w konkursie „University Rover Challenge” i przedstawionym przez członków jednej z takich drużyn. Owszem, dla inżynierów i mechatroników temat mógł być szalenie wciągający, ale suma summarum to jednak nie było dla mnie.

W oczekiwaniu na największą atrakcję dnia, czyli konkurs „Ryjówki” przysiadłem na chwilę na panelu z Christopherem Judgem, na którym aktor odpowiadał na pytania z publiczności. Musze przyznać, że facet ma spore poczucie humoru, dystans do siebie i potrafi wygrzebać z pamięci sporo ciekawostek na temat produkcji, w których brał udział. Zapamiętam chociażby, że Richard Dean Anderson nie pamiętał tego, że razem spotkali się już wcześniej na planie MacGyvera, opowieści Judga o różnicach między aktorstwem serialowym i gro-komputerowym, jak również to, że nie rozróżnia naszego polskiego „nie!” od rosyjskiego „niet!”. 🙂

Oni tylko wydają się groźni. To fajne chłopaki są. 🙂

Ostatecznie trafiłem z resztą Instytutu na organizowanym przez Noxa i Jako konkursie wiedzy wszechfilmowej. Jak zwykle co roku muszę w tym momencie pochwalić inwencję twórczą, humor i wiedzę kolegów. Pokręcone kategorie, niestandardowe pytania, humor, wiedza filmowa, no i oczywiście profesjonalizm w przygotowaniu to ich znak rozpoznawczy. „Ryjówka” to dla nas zawsze pozycja obowiązkowa na każdym konwencie, na którym na siebie wpadamy. 🙂 Tym razem plan był prosty: bierzemy udział, odpowiadamy na jak największą ilość pytań i kończymy na podium. Szło dobrze, tylko trochę mało poprawnych odpowiedzi oddaliśmy. 🙂 Ostatecznie odpadliśmy gdzieś w połowie, ale i tak uważam, że było warto. Ostrzegam jednak, że za rok tak łatwo się nie poddamy!

Klimaty faunowe i czaru nocy letniej w najbardziej zatłoczonej sali na Pyrkonie.

Poranek ostatniego dnia Pyrkonu, czyli niedzieli, po raz kolejny zacząłem od konkursu, ale tym razem jako widz. „Westeroscy Milionerzy” interesowali mnie nie ze względu na treść, bo nie uważam się za speca od „Gry o Tron”, ale bardziej ze względu na formę. W końcu nie w każdym konkursie można zadzwonić do Hodora po pomoc (dla niewtajemniczonych: ta postać wymawia tylko jedno słowo). Muszę przyznać, że konkurs miał tylko jedną wadę: mogło w nim wziąć udział tylko troje uczestników, ale poza tym całość była bardzo ciekawa. Uczestnik miał za zadanie odpowiedzieć na kilkanaście pytań, z czego cztery pierwsze ewidentnie były robione dla beki, a dopiero późniejsze robiły się wymagające. Muszę pochwalić prowadzących za ciekawy pomysł i umiejętność panowania nad widzami, szczególnie wtedy, gdy uczestnik konkursu brał koło ratunkowe w postaci podpowiedzi publiczności. 🙂

Niestety nie mogę pochwalić panowania nad publicznością prelegentki opowiadającej pół godziny później o „Star Treku dla początkujących”. Akurat ten temat jest mi bardzo bliski, dlatego trochę żal mi było po pierwsze dość encyklopedycznego podejścia do tematu (wymienianie ilości odcinków w każdej serii tylko dla podania samej liczby), dziwnych sformułowań w stylu „wszyscy kochają kapitana Pike’a” czy „serial został stworzony do oglądania” i wreszcie braku panowania nad publicznością, szczególnie wtedy, gdy jeden z widzów wdał się z prowadzącą w dyskusję. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki, by Julia nabrała trochę więcej szlifów i w następnej edycji poszło jej już lepiej.

Najpiękniejszy okręt w historii Star Treka. Basta!

Kolejny punkt programu, to konkurs wiedzy o MCU zrealizowany w coś na kształt Familiady. Prowadzący mieli pewien pomysł, tylko niestety zawiodło wykonanie. Przygotowano urządzenie z dwoma przyciskami i lampką, a plan zakładał zadawanie pytań dwóm uczestnikom tak, by ten, kto pierwszy naciśnie swój guzik mógł odpowiedzieć. Całość miała mieć formę drabinki turniejowej, w której po każdym pytaniu ktoś przechodził do kolejnej tury. Szybko jednak pojawiły się problemy i – tu ogromny przytyk do prowadzących – zmienianie zasad w trakcie trwania konkursu. Najpierw przy ogromnej ilości chętnych do wzięcia udziału w konkursie prowadzący zamienili konkurs indywidualny w drużynowy. Oznaczało to jednak zamieszanie, bo drużyny traciły czas na konsultacje. Gdy drużyny zaczęły stosować taktykę „najpierw wciskamy guzik, a potem się zastanawiamy” wprowadzono zasadę, że w takiej sytuacji za brak odpowiedzi lub złą odpowiedź przechodzi przeciwnik. Innymi słowy ktoś, kto nic nie wiedział, ale siedział cicho i nie naciskał guzika mógł przejść dalej. Wtedy drużyny przestały wciskać przyciski w ogóle, być może również dlatego, że trafiono na serię trudniejszych pytań. W tej sytuacji dwie drużyny zaczęły dość długo zajmować czas i blokować grę innym, więc prowadzący wprowadzili zasadę, że po którymś pytaniu, na które nikt nie odpowie wylatują obie drużyny. Wszystko działało do momentu, w którym ktoś uświadomił sobie, że wyrzucając obu konkurentów zakłóca się drabinkę, więc po raz kolejny zmieniono zasady, tym obsadzając brakujące miejsca w drabince bodajże losowymi drużynami… Ten cały bałagan wystarczył, by zrezygnować w udziału w konkursie i po prostu wyjść.

Ostatnią pyrkonową atrakcją była prelekcja „Wehikuły czasu w popkulturze”, ale to też nie był idealny wykład. Prowadzącym muszę oddać honor: byli bardzo sympatyczni i pełni entuzjazmu, ale zawiodły technikalia. Część prelekcji opierała się na filmikach, a trudno je oglądać, gdy ma się tylko wizję bez fonii. Przynajmniej przykłady były ciekawe. Nie zdawałem sobie sprawy, że swój wehikuł do podroży temporalnych miał też Reksio… Po wykładzie zaczęło się robić późno, więc nadszedł czas, by wrócić na stoisko, zacząć się pakować i wracać co codziennej normalności.

Czy to ptak? Czy to samolot?

Czy był to udany Pyrkon? Tak i nie. Dlaczego nie? Na przykład nie wszystkie punkty programu były trafione (bywa), nie do końca dopisała aura (nie mamy na to wpływu), ale przede wszystkim mam niejasne wrażenia, że twarda fantastyka naukowa – którą najbardziej lubię – jest w odwrocie, a prym wiodą animacja dalekowschodnia, furries, gry komputerowe i fantasy. Za stary tez jestem na niektóre konwentowe zwyczaje, których jako wapniak nie rozumiem, jak na przykład „darmowe przytulanie”. 🙂

Co jednak zapamiętam na plus, to jak co roku spotkania z ludźmi, których cenię i lubię, a których w zasadzie widuję tylko co roku. Nie byłbym wstanie ich wszystkich wymienić, ale bez Mistrza Staszka, Agi (która dzielnie uczyła mnie rzeźbić figurkę), Delty, Gringo, Aldony i wielu innych to nie było by tak fantastyczne święto geekozy. Z tego roku na pewno zapamiętam też atrakcje związane z Christopherem Judgem. Ostatecznie więc wyszło chyba na plus. 🙂

I tym optymistycznym akcentem pozostaje czekać na kolejny rok!

Za cholerę nie wiem kto to, ale świetnie wygląda. 😉