The Orville – „The Road Not Taken” – sezon 2, odcinek 14, recenzja

To już koniec przygód dzielnej załogi Orvilla. Niestety ciągle nie ma oficjalnej informacji o tworzeniu trzeciego sezonu, więc póki co pozostaje nam cieszenie się ostatnim odcinkiem drugiego sezonu, w którym Kelly próbuje naprawić konsekwencje pewnej decyzji. Zapraszamy do (odrobinę spóźnionej z powodu Pyrkonu) recenzji.


Recenzja według Mavisa

Na ekranie widzimy dwie osoby przemierzające lodowy krajobraz. Nie wiemy kim są, gdyż noszą maski i nic do siebie nie mówią. Celem postaci okazuje się mała placówka Unii, skąd zabierają przenośny replikator (który wygląda jak mikrofalówka) i wtem pojawiają się Keyloni! Co ciekawe ich głowy mogą oderwać się od tułowia i lecieć, przez co stają się jeszcze bardziej mobilni i niebezpieczni.

O tak, pewna mała decyzja spowodowała wiele zmian w historii, którą znamy od pierwszego odcinka. Kelly będąca świadoma zmian, które spowodowała, zbiera obsadę mostka i próbuje naprawić ciąg wydażeń. I oto drugi sezon kończy się analizą relacji Eda i Kelly.

Tak się robi podróże w czasie. Ostatni odcinek wyraźnie naprowadził widzów na ten wątek i tak naprawdę twórcy mogli zrobić wszystko. Do przewidzenia był fakt, że bez duetu Kapitana i Pierwszej Keyloni pokonają Unię, której niedobitki próbują przeżyć. W miarę kompletowania załogi mostka dowiadujemy się jakie losy spotkały poszczególnych załogantów. Ba! Do odnalezienia jest też sam statek – Orville.

W odcinku spodobały mi się na dwa smaczki. Pierwszy, który sobie uświadomiłem pisząc poprzedni akapit to fakt, że scena, gdy Yaphit jako odźwierny przesłuchuje przybyłych gości jest chyba nawiązaniem do Powrotu Jedi, gdzie dwa droidy chcą dostać się do pałacu Jabby. Drugim smaczkiem jest pojawienie się Admirała. Tą postacią mógł być każdy, jednak twórcy postarali się, aby zaskoczyć widza.

Odcinek bardzo mi się podobał. To była świetnie opowiedziana przygoda. Fabuła, postacie, bardzo dobre efekty specjalne – wszystko to się komponuje w logiczną całość, która jest świetnym zakończeniem drugiego sezonu.

Jak oceniam odcinek? Solidny i dobry.

Ploteczki: nie ma jeszcze potwierdzenia trzeciego sezonu ze względu na fuzję Foxa z Disney`em. Pewne nieoficjalne źródła wskazują jednak, że pojawi się oficjalne potwierdzenie, że „The Orville” dostanie zielone światło na kolejne trzy sezony.

Recenzja według Śmiecha

Nie ukrywam, że uwielbiam motyw podróży w czasie. Lubię go tak bardzo, że nawet kiedyś wyszła z tego prelekcja na Polconie w 2015 roku (ech… dawne dzieje). 😉 Teoretycznie więc powinienem wysoko cenić ten konkretny odcinek, problem jednak w tym, że „coś tu nie gra”.

Zrobić historię o podróżach w czasie jest niezwykle trudno, a ja w trakcie oglądania lub czytania takich opowieści zawsze podświadomie zaczynam się zastanawiać nad logiką zmian temporalnych. Jak rozwiązano to tutaj? Cóż… Najprostsza odpowiedź brzmi: tak jak cały serial, czyli solidnie i z nostalgią, ale czasami na skróty.

Całość nie jest jakoś wybitnie kreatywna i nie niesie ze sobą powiewu świeżości, czy genialności twórców, ale jednak ogląda się to dość przyjemnie. Nie będę się wgryzał w szczegóły fabuły, bo Mavis zrobił to już przede mną, więc w skrócie opiszę tylko wrażenia.

Troszkę szkoda, że twórcy postanowili tak szybko odkryć karty i w zasadzie zaraz po prologu widzowie dowiadują się, że pokazywane na ekranie sceny nie dzieją się w tej samej linii czasowej, co reszta serialu. Bardzo szybko, może nawet za szybko okazuje się, że jest to historia alternatywna, która powstała w wyniku jednej podjętej w poprzednim odcinku przez Kelly decyzji. Troszkę szkoda, bo gdyby dłużej potrzymać widzów w niepewności i zagęścić atmosferę, to na pewno wyszłoby to fabule na plus.

Za to ogromnie ucieszył mnie powrót na ekran Halston Sage jako Alary Kitan. Jej króciutkie cameo przypomniało dość mocno to, że twórcy znakomicie radzą sobie z kreowaniem postaci. Każdy z załogantów i osób na ekranie ma inny charakter i jakiś swój wyróżnik. W przypadku Alary była to dziwna mieszanka naiwności, nieopierzenia i uporu. Z jednej strony delikatna, ale potrafiąca być twardą. Zastępująca ją w drugim sezonie Jessica Szohr w roli Tally Keyali stworzyła zupełnie inną postać, bardziej pewną siebie, wycofaną i jakby bardziej doświadczoną. Widok Alary nie dość, że przywołał spory uśmiech na mojej gębie (to była jedna z ulubionych postaci), to jeszcze przypomniał, jak dobrze scenarzyści znają się na robocie (w porównaniu na przykład do innego, równolegle przez nas recenzowanego serialu fantastycznego).

No i wreszcie sam motyw podróży w czasie oraz reszę fabuły… Jakby to powiedzieć…? Było ok. Szczerze mówiąc trudno mi znaleźć jakieś wybitne wady, czy zalety podejścia, które zastosowali scenarzyści. Problem jednak w tym, że podczas oglądania odcinka nie czułem zagrożenia dla bohaterów, ich emocji, czy upływającego czasu, które by ich goniło w związku z Keylonami, czy koniecznością podróży. Chyba troszkę brakowało mi dramaturgii.

To ostatni odcinek, więc nie sposób podsumować całej serii, której słowem klucz jest chyba nostalgia. Seth i ekipa nie kryją się za bardzo z tym, że uwielbiają Star Treka z najlepszego okresu lat 90-tych, a sam „The Orville” stylistyką i podejściem do fantastyki naukowej i rozrywki mogłyby z powodzeniem być kontynuacją „Star Trek: The Next Generation” albo „Voyagera”. Niemały w tym udział ma też gościnny udział osób związanych wtedy z produkcja ST, jak Penny Johnson, Jonathan Frakes i wielu innych. I cóż… Ponieważ tamte produkcje uważam za jedne z najlepszych w historii telewizji, więc muszę przyznać, że Seth MacFarlane mnie złapał.

Co nie oznacza, że „The Orville” nie ma wad – bo ma. W porównaniu do innych dzisiejszych produkcji może wydawać się archaiczny, szczególnie ze swoim proceduralnym podejściem do historii często zamykających się w jednym odcinku, czy ewidentnie stylizowanej na lata 90-te realizacji (oświetlenie, ruch kamerą, kompozycja ujęć). Widzów wychowanych na produkcjach z ostatnich kilku lat („Gra o tron”, „House of cards”, „Lost”) takie podejście może odrzucać i podejrzewam, że to pewnie jest jedna z przyczyn, dla której poza grupką oddanych fanów (najczęściej kochających też klasyczne Treki) serial nie zdobył jakiejś większej popularności. A szkoda.

Mnie się podobało. Uważam „The Orville” za solidny serial, opierający się na wyśmienicie skrojonych postaciach, w dodatku wymieszany z ogromną dawką nostalgii. Humor, który krytykowałem w pierwszych odcinkach jakby się ucywilizował i na końcu nie osiągał już żartów poziomu toalety. W dodatku ukryte pod przykrywką rozrywki odniesienia do dzisiejszego świata i pytania moralne – choćby momentami naiwne – to jednak dokładnie to, czego oczekuję od fantastyki naukowej i co zdecydowanie przekładam nad samą rozrywkę i bezsensowne pościgi i wybuchy.

A tymczasem ciągle cicho o produkcji trzeciego sezonu…