„Avengers: Endgame” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

Już jest. Najbardziej wyczekiwany film tego roku, kulminacja i podsumowanie ponad 10 lat MCU. Czy członkowie Instytutu są zadowloeni z rozwiązań pokazanych w tym filmie? Czy może się zawiedli? Po odpowiedź zapraszam niżej.

Recenzja według Bartasa

No cóż, poprzednia część (Infinity War) wysoko zawiesiła poprzeczkę. Świetna akcja, dialogi, fabuła, choć nie bez głupotek. Endgame miał więc spory problem. Jak zaskoczyć widza? Jak sprawić by doznania były jeszcze bardziej „epickie”? Zapewne zastanawiacie się jak ja oceniam tę produkcje? Jako, że jestem świeżo po obejrzeniu, werdykt może być tylko jeden – 10/10. To co zrobili twórcy jest wręcz niesamowite. Podzielenie tego filmu na 4 akty gdzie w pierwszym mamy niejako epilog poprzedniej części, w drugim widzimy zmęczonych i załamanych herosów, którzy rozpaczają po stracie przyjaciół jest genialne. Daje nam to poczucie więzi z nimi i z tymi utraconymi. Wręcz czujemy ich złość gdy atakują przestępców w myśl zasady „to wy powinniście zniknąć”. Zaś potem, gdy film wkracza w decydującą fazę, to moi drodzy przygotujcie się na jazdę bez trzymanki. Akcja rusza do przodu i aż do niesamowitej kulminacji trzyma w napięciu. Tak teoria o podróży w czasie się potwierdziła, a to daje nam absolutną radość z oglądania i nawiązywania do poprzednich części, znów odwiedzamy Nowy Jork podczas ataku Chitauri, Thor spotyka własną matkę, a reszta leci w kosmos. Trzy godziny? Dajcie mi sześć! 🙂 Nawet nie wiem kiedy zleciał ten czas. Bracia Russo zrobili coś niesamowitego. Ta gra na nostalgii,wręcz idealna kulminacja tych wszystkich filmów MCU, o których pisałem w zeszłym roku, wraz z niesamowitą dawką humoru. Wielki szacunek dla tego co zrobili z postaciami takimi jak Thor czy Hulk. A relacja Tony’ego i Rogersa – no cóż, powiem wam, że dochodzi też tutaj do pewnej kulminacji. Do tego ostateczna bitwa, która, jest genialna w swojej wielkości i „epickości”. Ilość bohaterów w niej uczestnicząca robi wrażenie, a każdy z nich dostał swoje 5 minut na ekranie. Jestem pewien, że nie jednemu z was ciarki przejdą po plecach, gdy zacznie się bitwa a Kapitan Ameryka wreszcie powie kultowe słowa „Avengers Assemble!!” Oczywiście film nie ustrzegł się też błędów logicznych, czy pewnego rodzaju głupot (jak mawia mój znajomy – fuck phsysics) jednak wynikają one nie tyle ze względu na głupotę scenarzystów czy ich lenistwo. Raczej z chęci zaskoczenia widza i tzw fanserwis. Naprawdę wszystkie wątki zawarte do tej pory w MCU znajdują swój punkt odniesienia w tej produkcji. Wspomnę tylko o akcji w windzie i haśle „Hail Hydra”, czy nawet nawiązanie do tańca z Peggy Carter. Gdy zaś dochodzimy do momentu poświęcenia Iron Mana powtarzającego swoje słowa z pierwszej części to widz ma poczucie jakby sam zginął. Sama końcówka jest naprawdę mocna i wzruszająca i wbrew pozorom bardzo optymistyczna. Nie wiem jakie są dalsze plany na MCU, ale jedno jest pewne – nic już nie będzie takie samo. Jestem przekonany, że jeszcze długo będziemy musieli poczekać na coś równie wielkiego, czego wyrazem będzie wynik tego filmu w box office.

P.S. Jeśli nie jesteście takim fanem Marvela/MCU jak ja to śmiało odejmijcie od oceny 2 punkty. Dla was, heretycy, film będzie solidny, ale może was nie chwycić za serducho.

P.S.2 Nie czekajcie na scenę po napisach. Nie ma jej ale i tak jak film się skończy będziecie mieli jak to mawiał klasyk whiskas zamiast mózgu 🙂

P.S.3 Jest Stan Lee, jedzie samochodem i daje dobrą radę 😛