The Orville – „Tomorrow, and Tomorrow, and Tomorrow” – sezon 2, odcinek 13, recenzja

Każdy z odcinków „The Orville” skupia się na jednym z bohaterów. Tym razem w centrum uwagi zostaje postawiona Kelly, która w wyniku zamieszania temporalnego spotyka samą siebie, tylko młodszą i bardziej naiwną. Jaki będzie wynik tej konfrontacji?


Recenzja według Wookiego

Seth nie szczędzi nam miłosnych wątków w tym sezonie. Tym razem na tapecie jest, jakże by inaczej, skomplikowana relacja między kapitanem Mercerem a Kelly. Z powodu interakcji fal grawitacyjnych z testowanym urządzeniem temporalnym doszło do drobnego wypadku. Na Orville’a została przeniesiona kopia z przeszłości osoby, która w momencie uderzenia fali była najbliżej feralnego urządzenia. Akurat los chciał, że była to pierwsza oficer, zatem na pokładzie pojawiła się jej wersja sprzed 7 lat. Dlaczego akurat z tego okresu? Ponieważ akurat w tym momencie myślała o pierwszej randce z Edem, która miała miejsce właśnie 7 lat temu. John wyjaśnił to błahym stwierdzeniem, że nikt nie rozumie mechaniki temporalnej, więc nie widzi w tym nic dziwnego. Ja niestety widzę i jest to dla mnie spory zgrzyt w tym odcinku. Mało naukowe i jakoś do mnie nie trafia rozwiązanie, w którym podróżami w czasie można sterować myślami.

Dalej jest jednak lepiej. Załoga ma wątpliwości co do praw podróży w czasie. Czy młoda Kelly zmieniła bieg historii przybywając na Orville’a, a jeśli tak, to dlaczego nic się nie zmieniło na okręcie? Z drugiej strony dlaczego stara Kelly nie pamięta nic z tych wydarzeń? Przyznam szczerze, że ten motyw bardzo przypadł mi do gustu. Czuło się niezwykłość tego wydarzenia – po raz pierwszy w Unii doszło do podróży w czasie i de facto jeszcze nie wiadomo, jak mechanika temporalna do końca działa. Wątek miłosny też był dosyć ciekawy i porusza problem przeżywania tej samej miłości po raz drugi. Czy to w ogóle możliwe? Czy z bagażem doświadczeń można jeszcze raz zakochać się w dokładnie tej samej osobie, co siedem lat temu? Cieszę się, że nawet w tak wyeksploatowanym temacie w tym sezonie, jak rozterki miłosne, udało się jeszcze podjąć ciekawy problem.

Wyszedł ostatecznie z „Tomorrow, and Tomorrow, and Tomorrow” dosyć solidny, trzymający poziom odcinek, który dosyć ciekawie podejmuje temat podróży w czasie. Sam jestem zaskoczony, że główny wątek, czyli kolejne problemy sercowe na pokładzie tak mnie zainteresował. Dodatkowo na ogromny plus zasługuje ponownie humor. Bortusy na dyskotece to po prostu petarda. Polecam, w szczególności jako terapia po traumie jaką nam zafundował w tym tygodniu Star Trek Discovery.

Recenzja według Śmiecha

Odcinek „Tomorrow, and Tomorrow, and Tomorrow” jest dla mnie kwintesencją prawdziwego science-fiction. Dlaczego? Bo według mnie służy dokładnie do tego, co Seth zrobił w tym tygodniu. Fantastyka naukowa w swojej definicji bierze jakiś element życia (czy też otoczenia), zmienia go, na przykład przez pryzmat futurystyki (to jest element FICTION) i patrzy, jakie będą tego logiczne i spójne konsekwencje (czyli mamy element SCIENCE). To chcieli osiągnąć Lem, Herbert i inni wielcy fantaści. Nauka nie może tutaj istnieć bez fikcji. Jedno nie może istnieć bez drugiego. Jeśli będziemy brali tylko otoczkę, czyli kosmos, rakiety czy lasery, ale skupimy się na rozrywce, gonitwach i wybuchach bez zastanawiania się nad sensem i konsekwencjami, to dostaniemy zwykłą baśń w realiach science-fiction. To tak, jakby ubrać Barbie w skóry i udawać, że to ostra rockmenka. Nie. W swojej istocie to ciągle jest lalka dla dziewczynek pragnących być księżniczkami. To dlatego Gwiezdne Wojny albo Star Trek w wykonaniu J.J. Abramsa i późniejsze (Discovery) to nie jest fantastyka naukowa, ale zwykłe „space opera” – brakuje tam dość istotnego elementu „science”. I powiem wprost: w mojej hierarchii science-fiction cenię o wiele wyżej od oper mydlanych, choćby toczyły się w kosmosie.

Seth w tym odcinku nie zbliżył się niestety do poziomu Lema czy Herberta, ale ewidentnie próbuje zrobić dobrą opowieść według najlepszych przepisów. Wziął sobie świat, dodał do niego możliwość podróży w czasie i popatrzył, jakie będą tego logiczne konsekwencje. Czy osoba, która ma możliwość spotkania samej siebie z przeszłości, spróbuje naprawić swoje błędy? Czy naiwność i idealizm młodości są silniejsze od doświadczenia i wiedzy? Jak zachowywać się będą Moclanie na parkiecie ziemskiej dyskoteki? Na te pytania może odpowiedzieć tylko solidna fantastyka naukowa.

Scenarzyści poszli momentami na skróty – przyznaję. Nie wszystko zostało do końca wyjaśnione, na przykład wspomniany przez Wookiego powód, dla którego na pokładzie Orvilla pojawiła się akurat Kelly i to akurat w wersji sprzed 7 lat. Dodajmy do tego dziwnie nierealną perukę aktorki w scenach, w których grała młodszą wersję Kelly, czy też zaskakującą łatwość, z jaką statek ukrył się przed o wiele bardziej zaawansowanymi okrętami Keylonów. Nie mniej jednak cała reszta, czyli próby naprawienia błędów przeszłości oraz proces poznawania siebie i mozolnego dochodzenia do pewnych wniosków były dla mnie świetne. Widać fazy, przez jakie przechodzili bohaterowie: od zaskoczenia, przez zagubienie, nadzieję, odrodzoną fascynację, aż po bolesną nauczkę, że motto starożytnych o niemożności wejścia dwa razy do tej samej rzeki coś w sobie ma. Bomba! To właśnie po to stworzono fantastykę naukową: żeby w sytuacji niemożliwej do zaistnienia w naszym realnym świecie móc poznawać samych siebie. No i żeby zobaczyć tańczących Moclan.

Żeby za bardzo się już nie rozwodzić powiem krótko: kapitalne podstawy tego odcinka i jego założenia są na tyle świetne, że jestem gotów bez mrugnięcia okiem wybaczyć pewną naiwność wykonania i rozrywkowe podejście. W końcu to czterdziesto-paru minutowy odcinek serialu rozrywkowego. Nie mniej jednak meritum tego epizodu (i kilku innych) sprawia, że tęsknię za kolejnymi spotkaniami z załogą Orville.

Niech w końcu ogłoszą kontynuację i to, że trzeci i kolejne sezony będą produkowane!!!

Recenzja według Mavisa

Nie ma się co oszukiwać, w ostatnim czasie (dzięki technologii) dość szybko wymieniamy się (w znaczeniu: my, członkowie PIFKA) swoimi spostrzeżeniami, bo też staramy się oglądać serial w tym samym momencie (dosłownie). Dlatego z góry wiemy kto na co zwróci uwagę w swojej części recenzji. Tak więc dodam swoje trzy grosze.

Postacie to sedno tego serialu (i innych znakomitych), dlatego przy tak dobrze skomponowanej fabule jestem w stanie zapomnieć o drobnych niedociągnięciach (typu dlaczego Kelly sprzed 7 lat). Po prostu pozytywów jest o wiele więcej, niż negatywów. Bo jako widz rozumiem, że scenarzyści muszą dokonać pewnych uproszczeń, aby stworzyć ciekawy i spójny odcinek. Tak więc pominąłem perukę młodej Kelly, ale co ciekawe, zwróciłem uwagę na jej szczupłość. Dla mnie w mundurze aktorka wygląda naturalnie, a w tym odcinku eksperci od efektów i makijażu chyba przeszarżowali, bo w młodszej odsłonie wyglądała bardzo chudo, wręcz za chudo. Co jeszcze? Zabójczy w swojej scenie byli Bortusy. Kurcze, nie wiem jak to Seth zrobił, ale ta rasa jest idealna do pokazywania przeróżnych rzeczy… Majstersztyk. Dodam tylko, że serial zaakcentował (przynajmniej w moim pojmowaniu) dwa fakty, które mogą mieć wpływ na dalszą fabułę: scenę gdy młoda Kelly spogląda na komunikator oraz to, że na końcu odcinka młoda Kelly nie chce kontynuować znajomości z Edem. Dlatego nie mogę doczekać się następnego i zarazem ostatniego w tym sezonie odcinka. Nie wiem jak pogodzę to z Pyrkonem, ale nie mogę się doczekać!



Jak oceniam odcinek? Naprawdę macie jeszcze jakieś wątpliwości? Może to już sprawdzona formuła, ale jestem pewien, że to jest to, pod czym Gene Roddenberry by się podpisał.