Star Trek Discovery – „Smutek rozstania jest bardzo miły, cz.2” – sezon 2, odcinek 14, recenzja

To koniec! Nareszcie dobrnęliśmy do ostatniego odcinka Star Trek Discovery. Niezależnie od efektu końcowego, jest co świętować 😀

Recenzja według Wookiego

Ależ to była męka… Nawet nie wiem od czego zacząć… Jako że jestem tym razem pierwszy, może zacznijmy tradycyjnie od omówienia fabuły odcinka, a potem to już jakoś poleci. 😛 Zatem nareszcie dochodzi do konfrontacji Sekcji 31 z Discovery i Enterprisem. Oczywiście twórcy postanowili mieć w głębokim poważaniu wszystko poza wizualnymi pierdoletami, więc już na początku odcinka walimy z grubej rury. Otóż nagle okręty Gwiezdnej Floty są wyposażone w setki (nie, nie przesadzam) promów kosmicznych i myśliwców [!sic], które chmarą otaczają okręty. Wygląda to może fajnie, ale nie ma chyba bardziej idiotycznego i nietrekowego podejścia do bitwy. Skąd wzięły się te wszystkie małe statki i kto nimi steruje? Pilotów tylu nagle też jest na Disco i Entku? Czy autor scenariusza w ogóle zastanowił się nad tym, czy może scenariusza już w ogóle nie było i spece od efektów specjalnych przejęli produkcję? W sumie to by wiele wyjaśniało w tym sezonie. 😛

Równocześnie ekipa inżynierów składa skafander dla Boskiej Michaliny. Widzimy na przykład sekwencję, gdzie replikowane są poszczególne jego części. Pytanie tylko po jakiego grzyba? Dlaczego nie zaprogramowano replikator, aby od razy cały kostium stworzył? Co więcej: po jego stworzeniu jeszcze gdzieś dramatycznie go przenoszą… Nie można było tego ogarnąć logistycznie lepiej? W międzyczasie oczywiście rozpoczyna się bitwa. Na przeciw Disco i Entka staje Leyland z trzydziestoma okrętami. Co ciekawe według załogi mostka, bodajże Georgiou, to Gwiezdna Flota ma przewagę bo ma więcej statków… Tak, takie słowa padają. Ponieważ mają magiczną chmarę jakichś robaczków w postaci promów i myśliwców, dlatego mają przewagę nad 30 normalnej wielkości okrętami, które z założenia są bardziej zaawansowane technologicznie. Jak tutaj nie wybuchnąć śmiechem? Ja na przykład wybuchłem i turlałem się ze śmiechu kilka dobrych minut. Jednak Leyland poważnie przyjął te przechwałki i zaczął generować swoje robaczki – z kadłubów statków Sekcji 31 zaczęły wylatywać małe pojazdy, prawdopodobnie drony. Dzięki temu dostajemy wspaniałą wizualnie bitwę kosmiczną, gdzie robaczki napierdzielają się z robaczkami, jest dużo wybuchów, piu piu, pif paf, a ogromne okręty stoją w miejscu bez żadnych manewrów, mimo wykrzykiwania takich absurdalnych rozkazów przez Pike’a jak „unik podwójna alfa„. Oprócz bezsensowności samych scen batalistycznych, jest z tym dużo większy problem. Mianowicie zmiana paradygmatu bitwy nie tylko w całym uniwersum Star Treka (przecież Discovery ma w dupie kanon i 50 lat historii), jednak widzieliśmy kilka bitew w samym Disco, gdzie wyglądały one całkowicie inaczej. To znaczy okręty nie były lotniskowcami dla mniejszych jednostek, a walczyły tylko i wyłącznie duże statki. Cała idea bitew w Star Treku opierała się na osłonach, których takie małe myśliwce, a tym bardziej promy i tak nie są wstanie w żaden sposób uszkodzić. Dlatego w bitwach w Star Teku nie występują tak małe jednostki, a jedynie potężne okręty. Wszystko to przypomina walki morskie, a nie powietrzne. Ale oczywiście kogo to obchodzi, Michalina potrzebuje bardziej dramatycznych scen używania skafandra, tak żeby dużo działo się w tle i zagrażało bezpośrednio biednej Bogini, więc zróbmy bitwę kompletnie bez sensu i zupełnie inaczej, nikt nie zauważy.

No właśnie, skafander i Michała… Po całej sekwencji składania skafandra, gdzie mamy absurdalne sceny typu miłosne rozkminy Stametsa i Colberta, czy kolejne pożegnania w momencie, kiedy podobno wszyscy się spieszą, w końcu kryształ czasu został połączony z kostiumem, a Michalina może ruszyć w swoją misję… Zatem czas na wspomnianą scenę dynamicznego omijania wraków, walczących myśliwców i wybuchów, by kompletnie zmienić tempo i jeszcze raz przeżyć wszystkie sygnały czerwonego anioła. W tym samym czasie dochodzi do bardzo dramatycznego wydarzenia na Enterprise. W okręt wbija się torpeda fotonowa. Jest to okazja do kolejnych kretyńskich posunięć scenarzystów. Torpeda okazuje się mieć też zapalnik czasowy, który po prostu się uruchomił i po prostu jest kilka minut na jej rozbrojenie. Klisza goni kliszę. Zgadnijcie kto idzie rozbroić torpedę? Admirał Cornwell. Najwyższy rangą oficer, admirał i – przypomnijmy – psycholog idzie rozbrajać ładunek antymaterii. Prawdopodobnie Enterprise nie posada żadnych inżynierów na pokładzie, bo wszyscy pilotują te przeklęte promy. Fenomenalne posunięcie. Jednak to nie koniec. Ostatecznie pani admirał poświęca się w chyba najdurniejszej scenie odcinka. Zamyka drzwi od środka pomieszczenia, w którym pocisk się znajduje (bo tylko w taki sposób można to oczywiście zrobić), aby uratować kapitana Pike’a, który po chwili poszedł jej pomóc (tak, dowódca statku, podczas bitwy również poszedł rozbrajać bomby). Zatem wypieprzyło pół okrętu, ale drzwi 3 metry od torpedy już nie. Niestety dzielna admirał zginęła, a biedny kapitan musiał na to patrzeć. Głupio, ale za to jak dramatycznie. Mistrzostwo.

A bitwa trwa w najlepsze! Dołączają Klangoni z kanclerz na czele. Co więcej, nieżyjący według wiedzy Klangonów Tyler-Voq jest na mostku razem z L’rell. Co tu się odwala? Nie mam pojęcia, ale spoko jest jeszcze lepiej. Pojawia się też flota Kelpian, której przewodzi… siostra Saru. W jaki sposób prymitywna cywilizacja ogarnęła w dwa, maksymalnie cztery tygodnie chaos na swojej planecie, rozwiązała problem Ba’ulów oraz obsługę floty na poziomie zawodowym? Ja nie wiem i raczej scenarzyści też nie się nad tym nie zastanawiali, ważne, że sygnały Czerwonego Anioła nagle mają sens, a przynajmniej według twórców… Idźmy jednak jeszcze dalej i zadajmy jedno ważne pytanie. Skoro dali rade zjawić się nawet Kelpianie, gdzie do cholery jest flota Federacji? A no tak, boje transmisyjne nie działają. Sarek wprawdzie dotarł do Disco więc równie dobrze, to on mógł dać znać Federacji o całej ciężkiej sytuacji okrętu, ale nie czepiajmy się, to ma tylko ładnie i co ważniejsze dramatycznie wyglądać.

Kolejne debilizmy związane są z kulminacją, czyli desantem Leylanda na pokład Discovery. Wiadomo, że to musiało nastąpić prędzej czy później. Osłony Disco opadają, a Kontrola przenosi się na statek, aby w końcu położyć łapy na Wikipedii. Ponieważ, jak już wspomniałem, reżyserii ten serial nie ma, a władzę przejęli specjaliści od efektów specjalnych, to na starcie dostajemy długą sekwencję walki wręcz i kopię sceny z brakiem grawitacji a’la Incepcja albo Expanse, która kompletnie, ale to kompletnie nic nie wnosi do tematu, ale jak zajebiście wygląda. Co jednak najistotniejsze załoga Disco ma plan jak załatwić Leylanda. Otóż uwaga, uwaga: przeniosła Wikipedię do konsoli napędu grzybkowego… Tak, dwa poprzednie odcinki danych tych przenosić się nie dało, stąd cały ten ambaras w tym odcinku, jednak tym razem z niewiadomych przyczyn im się udało i to bardzo szybko i bez problemów… Niekompetencja scenarzystów osiągnęła w tym momencie swój szczyt, super bo akurat podczas punktu kulminacyjnego całego sezonu. Specjaliści pełną gębą. Jednak idźmy dalej… Ostatecznie Kontrola zostaje pokonana, zatem zagrożenie w zasadzie całkowicie mija, ale ale… Michalina i Discovery i tak przenoszą się 950 lat w przyszłość.

Na koniec dostajemy wspaniałe, według producenta Alexa Kurtzmana rozwiązanie wszystkich nieścisłości z kanonem Star Treka. Otóż cały Discovery staje się Top Secret Confidential. Tak… to jest rozwiązanie wszystkiego. Dlatego nikt nie mówi o Michalinie za czasów Kirka, nawet jego przyjaciel najbliższy Spock w prywatnej rozmowie, dlatego Klingoni nie używają napędu grzybowego (dlaczego? bo Federacja im zabroniła rozwijania niezależnie tej technologii, a może to też zbyt potężna broń), dlatego nikt z rodziny, znajomych, nauczycieli, przyjaciół itp. żadnego z członków Disco nie drąży tematu i nawet przypadkowo nie puścił pary z ust, nie zostawił śladu. Jest już spoko, bo przecież w końcu Spock zgolił brodę i założył niebieski mundur i jest na Enterprise, więc wszystko już jest super-duper. Nie macie pojęcia, jak mnie to wkurw… ekhm….bardzo zdenerwowało. Miałem ochotę rzucić monitorem ze wściekłości. Co to do jasnej cholery ma być? To brak szacunku, zrozumienia, kompetencji i wyraz bezgranicznej indolencji. Ci ludzie od dwóch sezonów plują i obrzucają fekaliami moje ukochane uniwersum i w ten sposób to naprawili? To jak uratowanie komuś życia poprzez zaprzestania kopania go. Brakuje mi słów odpowiednio obelżywych, aby zwymyślać wszystkich, którzy brali udział w procesie twórczym do tego ścierwa! A co gorsza, właśnie zaczęły się zdjęcia do Picarda. 🙁 Nie wiem, czy bez psychotropów będę w stanie to przeżyć.

Podsumowując, cały serial to wielkie gówno. Jeden z najgorzej napisanych i wyreżyserowanych produkcji jakie miałem okazję zobaczyć. Czy drugi sezon jest lepszy? To zależy. Na pewno trzon fabularny wydaje się ciekawszy. Jednak gorzej z wykonaniem. Całość sprawia wrażenie, jakby powstawała bez scenariusza i reżyserii. Aktorzy są przeważnie mierni, natomiast ciekawe, nowe postacie są kompletnie niewykorzystane, z kapitanem Pike na czele. Poza naszą Mary Sue nie udało się poznać żadnej postaci na tyle, by ich los mnie przejmował. Ba! Nie potrafię nadal wymienić nazwisk i stopni załogi mostka. Michael jest denerwująca, nieznośna i źle zagrana, nie można jej na ekranie ścierpieć. Luki logiczne są tak ogromne, że nawet największy entuzjasta tego serialu musi przyznać mi rację. Żeby nie być gołosłownym kilka przykładów: Pike był za dobry, by walczyć na wojnie, Klangoni nie używali kryształowy czasu podczas wojny, bo to za potężna broń, sztuczna inteligencja nie jest sztuczną inteligencją, bo brakuje jej Wikipedii, zmartwychwstanie Colberta, które nie dość że jest kuriozalne, to jeszcze nic ale to nic nie wniosło do fabuły serialu, McGyver Saru wpina rzeczy w dziury w podłodze, i tak dalej, i tak dalej. Jest to po prostu masakra, a póki co piszę tutaj o serialu jako takim. Bo patrząc przez pryzmat Star Treka i zaorania jego kanonu jest dużo dużo gorzej. Pod tym względnym jestem już totalnie zdruzgotany. Plusy? Ładnie wygląda – scena ostatecznej podróży w czasie Michały i Discovery robiła wrażenie. Na tym koniec. Cieszę się jednak, że chociaż Borga zostawili w spokoju i Kontrola jednak nie okazała się być jego protoplastą. Drugim plusem jest to, że Bogini i jej apostołowie spierniczyli w przyszłość, tam już tak bardzo orać kanonu nie będą mogli. Pytanie jednak po co komu kolejny sezon tego ścierwa, tym bardziej że równolegle leci prawdziwy spadkobierca Star Treka czyli The Orville? Ja nie mam pojęcia.

Recenzja Według Śmiecha

Wookie tym razem był szybszy i niewiele zostawił do ponarzekania. 🙂 Dla mnie po raz kolejny seans okazał się fajnym przeżyciem tylko dzięki kolegom i im złośliwym komentarzom w trakcie oglądania. Gdyby nie oni, nie miałbym żadnych pozytywnych wspomnień.

Bo – nie oszukujmy się – fabularnie i realizatorsko produkcja leży. Wookie wymienił sporo dziur fabularnych i chyba nie ma kogoś, kto się z nim nie zgadza. Ja od siebie wspomnę tylko o jednej, którą kolega powyżej wymienił, ale której nie opisał. Śmierć/wyłączenie Leylanda i Kontroli. Jakież to było głupie i niekonsekwentne… Wyraźnie pokazano, że wyłączenie jednego tylko klocka w całej sztucznej inteligencji, czyli LeylanDrona, spowodowało zatrzymanie się i wyłączenie wszystkich okrętów będących pod kontrolą AI. Jakie z tego wnioski? Cóż… Jest kilka:

  1. Sztuczna Inteligencja jest głupia, skoro wysyła w ręce ludzi, z którymi walczy najważniejszy element swojej struktury. Nie wysyła się admiralicji, modułu zarządzania, czy też serca i mózgu do walki. Wysyła się drony, mięso armatnie i tych, których można zastąpić! A tu proszę…
  2. Skoro LeylanDron został zabity, a Kontrola wyłączona, to po jaką cholerę w ogóle Boska uciekała razem z Discovery? Przed czym dała nogę i w obliczu wroga olała bój, skoro zagrożenie zostało pokonane?

Absolutnym minimum do tego, żeby wczuć się w klimat dowolnej produkcji kinowej, książkowej czy telewizyjnej jest spójność scenariusza. Sceny i wydarzenia zaprzeczające samym sobie najzwyklej w świecie wytrącają z równowagi, bo wtedy zaczynam się zastanawiać nad kretynizmami, zamiast po prostu oglądać serial.

Wookie o tym nie pisał, ale dla mnie osobiście dużym problemem Discovery jest realizacja techniczna. Mam na myśli zarówno ten ostatni odcinek, jak i całość. Wychodzę z założenia, że czas antenowy jest cenny, więc każdy ruch kamery, każde światło i każda kwestia muszą czemuś służyć. Z pozoru nieważne dialogi powinny pokazywać motywację i charakter bohaterów, ruch kamerą i oświetlenie powinny oddawać nastrój chwili, itd. Do tego dodajmy przejrzystość scen – widz musi wiedzieć co ogląda, kto do kogo strzela, kto wygrywa.

Tymczasem w Discovery nie wyglądało to wcale najlepiej. Kolega powyżej wspomniał już o niekonsekwentnie prowadzonym klimacie, który raz jest nafaszerowany wybuchami i napięciem, by po chwili zatrzymać się dla pokazania żałości i uczuć bohaterów. Ot! Taka huśtawka nastrojów. Od siebie dodam jeszcze niezrozumiałe obracanie kamerą. Mam na myśli sytuację, w której na początku ujęcia kamera jest obrócona pod dziwnym kątem (np. do góry nogami), by potem w trakcie ujęcia obrócić się do normalnej pozycji. Taki zabieg ma najczęściej wzbudzić w widzach poczucie zagubienia i niepewności – czyli uczuć, które w tym momencie odczuwa w teorii bohater. Ok, tylko jak mam odczytać taki kręciołek podczas normalnej rozmowy przyjaciół na korytarzu, albo w trakcie odprawy lub narady? Kamera powinna być wtedy bardzo stabilna, by podkreślać zdecydowanie i pewność podczas wydawania rozkazów, albo żeby pokazać stałość przyjaźni. Cóż… Ktoś tu ewidentnie nie uważał na zajęciach z kinematografii. (Żeby była jasność: nie jestem filmowcem. Jednak kinematografia to takie moje małe hobby i chyba zrozumiałem, na czym polega praca reżysera, jak bardzo jest trudna i na jak małe detale należy zwracać uwagę, by przekazać jakąś myśl.)

Na tym chyba czas skończyć. Nie chce mi się wracać do Discovery, a ponieważ za nowy serial o kapitanie Picardzie zabiera się ta sama ekipa, więc nie mam też najlepszych przewidywań, co do zbliżającej się nowej produkcji, której akcja będzie się dziać w moim do niedawna ulubionym uniwersum…

P.S. Tak się zastanawiam… Po co w ogóle bronić Discovery? 🙂 Przecież w zeszłym odcinku okręt został przejęty przez wiedzę ze Sfery i sam podniósł osłony, żeby obronić się przed torpedami. 🙂 Nie mogli go zostawić samego, żeby bronił się przed Sekcją 31?

Recenzja Według Mavisa

Jestem zdruzgotany poziomem tego serialu. W rozmowach z pozostałymi członkami PIFKA stwierdziłem parokrotnie, że jest gorszy od serialu Terra Nova, tam przynajmniej nieścisłości nie zdarzały się tak często jak tutaj. Nie wiem za co zapłacono scenarzystom i producentom, ale to jest jedna wielka kpina, która nie trzyma się nawet własnych reguł. W jaki sposób ostatni odcinek ma uwzględnić kanon czy seriale na oryginalnej, nie zmienionej o 25 procent licencji ?

  • Wygląd Klingonów: jeżeli ktoś jeszcze pamięta, to ST: Enterprise naprawił niespójność miedzy samym sobą, TOSem i TNG. Wszystko grało do czasu Disco, które dodatkowo wprowadziło „Matkę” zamiast „Kanclerza”, brak poczucia czym jest honor, Kryształy Czasu, i strach przed Wolkanami, którzy strzelali pierwsi.
  • Wolkanie, którzy strzelają pierwsi, bo to logiczne, a ich zlanie jaźni działa na odległość.
  • Tajemnica poliszynela – wszyscy wiedzą o Disco, o Michalinie, a nikt nie mówi na jej temat z druga osobą. Spock na końcu odcinka odnotowuje w dzienniku pokładowym tęsknotę za przybraną siostrą (nikt tego nie słucha?), a w przyszłości, na osobności, nie mówi tego swojemu najlepszemu przyjacielowi – Kirkowi. Cała cywilizacja nie ma mówić o Michalinie i Disco, choć wszyscy wiedzieli o Bitwie w Układzie Binarnym, o udziale Disco w Wojnie z Klingonami, o pierwszym buncie Burnham na Schezhou, o przywróceniu jej do służby (z S02E01 – w auli). Rodzina, znajomi, Klingoni i inne osoby które poznały tę osobę… Po za tym w jaki sposób można wymagać tego od cywili? Przecież cywile nie są zobligowani do przestrzegania wszystkich zapisów Floty.
  • Wielkość okrętów – Enterprise z Disco jest wielkości statku klasy Galaxy. W oryginalnej serii miał niespełna 300 metrów długości; zaś tu wydaje się bliski wymiarom Disko czyli 750 metrów długości (choć niektóre źródła wskazują na 450 m).
  • Podbicie przez Klingonów 80% terytorium Federacji i żadnej wzmianki o tym wydarzeniu w przyszłości.
  • W bazie danych istnieją schematy Disco oraz skafandra czasowego.

Mówiąc krótko kretynizmów jest niezmierzanie wiele, w sumie to można stworzyć całą litanie.

Widać, że w tym odcinku nie ma czasu na nic, bo cała ostatnia godzina została poświęcona pożegnaniom, tu budowa skafandra dzieje się po czasie, lot głównej bohaterki bezsensowny (mogła być pasażerem wahadłowca Spocka i byłaby niewykryta). Pierdylion promów (ładnie wygląda, ale to nie jest Star Trek). Jak matka
Burnham nakierowała sferę na Disco, skoro nie mogła się porozumiewać? Dlaczego Pike,
Burnham i ta nowa inżynier Jett nie podzielili się swoimi wizjami z resztą załogi? Dlaczego Admirał PrześpijSięzLorca nie miała żadnych narzędzi przy rozbrajaniu torpedy? Dlaczego była tylko jedna torpeda tego rodzaju? Jak to ma naprawić Kanon? Ten serial robi idiotów z widzów… Ba! Co rusz wręcz przemawia: „Aaaa zrobimy tak, bo przecież fani to IDIOCI, się nie zorientują„. Ja sam stwierdzam, że jeśli ktoś ma odrobinę rozumu, to uzna ten serial za szmirę.

Ten serial jest niewykorzystaną okazją, zwłaszcza gdy producenci stwierdzają, że trzeci sezon będzie tak oddalony w czasie, że nie będzie mieszał w kanonie. Nie mogli tego zrobić od razu? Umieścić akcję w 28. wieku? Tak, czeka nas trzeci sezon Discovery w kwadracie Beta, tam gdzie był ten kościółek z drugiego odcinka, jakby ktoś nie zajarzył.

Podsumowując: widać, że scenarzyści nie wiedzieli co robią. Wciskane były widzowi liczne frazy: nowoczesny serial, rozbudowana osobowość załogi mostka, sezonowa fabuła… Wwszystko to zostało zastąpione idiotyzmami i Boginią serialu, do której można się modlić i bez której nic nie może na statku się stać.

Warto też zaznaczyć, iż scenarzyści kompletnie nie wykorzystali postaci przybyłych wraz z Enterpisem. Chodzi mi o Pike’a i Pierwszą. oraz Spocka, którzy byli, bo byli. Wielkie szukanie Spocka… Po co? I tak już sygnały były znane z jego wizji z dzieciństwa, Spock już nie dodał nic od siebie. Pierwsza? Przyznaję zjadła hamburgera i powiedziała dlaczego Flota rezygnuje z hologramów. Wszystko po to, aby odcinek dalej użyć innego powodu nie korzystanie z hologramów. Pike? Marionetka, która nic nie zrobi bez zgody Burnham. Kwestionowanie przełożonego? No co wy, przecież to Bogini Najświętsza, Nieomylna, ŻygaćSięChce.

Scenarzyści polegli na kolejnym polu: niespójność między odcinkami (nie będę powtarzał wywodów z poprzednich recenzji), nie wykorzystanie potencjału odcinków (czytaj ostatni nawias), postaci (to samo), sytuacji (to samo), wydarzeń (to samo), czasu ekranowego (czytaj ostatni odcinek). Wiecie co? Ten serial obok „Terra Novy” powinien być analizowany przez uczelnie na kierunkach kinematograficznych, scenopisarzy, autorów książek, lub filozofii, bo to co tu się odpierdala (przepraszam za dosadne słownictwo) jest niepojęte.

Jak oceniam odcinek/serial? Naprawdę jeszcze macie jakiekolwiek wątpliwości?

PS. Symultanicznie (cała załoga PIFKO) spadła z krzesła przy kwestii inzynier, że „nie będą łamać praw fizyki”…