Star Trek Discovery – „Smutek rozstania jest bardzo miły” – sezon 2, odcinek 13, recenzja

Przedostatni w drugim sezonie odcinek Star Trek Discovery opowiada o przygotowaniach do ostatecznej walki ze zborgowaną Sekcją 31 i pożegnaniem głównej bohaterki. Trzeba zauważyć, że odcinek wzbudził dość jednoznaczne odczucia wszystkich członków Instytutu…


Recenzja według Śmiecha

To był na prawdę genialny odcinek. Zupełnie inny od wcześniejszych, jakby stał się cud. Ładunek emocjonalny przekazany przez aktorów jest niesamowity, a dylematy moralne i cierpienie postaci pokazane w oskarowy sposób…

Ech… Kogo ja chcę oszukać…?

Odcinek ewidentnie można podzielić na dwie części. Załodze okrętu zagrażają zasymilowane przez sztuczną inteligencję statki Sekcji 31, więc załoga chce pozbyć się problemu niszcząc własny okręt i temu jest poświęcona pierwsza połowa odcinka. Niestety – jak zwykle – całość po prostu nie trzyma się kupy. Już nawet nie wspominam o tym, że Sekcja 31 jest kierowana przez sztuczną inteligencję, która nie jest w ogóle świadoma, bo dopiero chce uzyskać świadomość i do tego potrzebuje wiedzy. Rozumiecie? AI pragnie wiedzy, ale nie jest świadoma. 🙂 Rozmyślnie pomijam inne fabularne dziury z poprzednich odcinków, bo tego nazbierało się zbyt wiele, ale twórcy zamiast je wyjaśniać idą w zaparte i produkują kolejne idiotyzmy.

Skąd w okolicy Discovery wziął się Enterprise? Jakim cudem pojawił się na miejscu przed okrętami Sekcji 31, skoro w poprzednim odcinku nie było o nim mowy, a bohaterowie nie ruszyli się z miejsca? Dlaczego do ewakuacji załogi z Discovery użyto trapów, zamiast skorzystać z teleportera? Nie było szybciej? Podobno zależy im na czasie, skoro okręty Sekcji 31 miały być na miejscu lada chwila. Dlaczego do pomocy w zasilaniu kryształu czasu poproszono o pomoc jakąś genialną królową z nieznanej planety, skoro ta królowa nigdy wcześniej się nie ujawniała, a w dodatku nie ufa obcym? Po jednej – w dodatku kretyńskiej – kwestii Tilly? Poza tym bohaterowie o czymś mówią na ekranie, ale potem dzieje się coś zupełnie innego i tak jest w tym przypadku. Skryta królowa w ogóle nie pokazuje nieufności i z miejsca udostępnia swoją wiedzę i doświadczenie, by skonstruować super-genialne urządzenie dające energię równą wybuchowi supernowej… Przypominam, że chodzi o taką ilość energii, która według jakiego tam kanonu zmiotła z przestrzeni całą cywilizację Romulan w pełnometrażowym filmie z 2009 roku.

Nie sposób nie wspomnieć o naszej bogini, która znowu pokazuje, jaka to jest niezastąpiona, genialna i w ogóle. Kto w rozmowie z kapitanem jednym stwierdzeniem „jestem pewna” rozwiewa wszystkie jego wątpliwości? Kto zatrzymuje kapitana przed wystrzeleniem kolejnym torped w kierunku Discovery, gdy informacje z kosmicznej Wikipedii przejęły kontrolę nad statkiem i w odruchu samoobrony podniosły osłony statku? (sic!) Kto wpada na pomysł, by Discovery wysłać w odległą przyszłość? Kto jako jedyna osoba we wszechświecie może wykonać misję, założyć skafander i w tą przyszłość odlecieć? No kto? I kogo z odległej planety przybywają pożegnać przybrani rodzice, którzy kajają się za swoje błędy, proszą o wybaczenie i ani myślą spotkać się ze swoim biologicznym synem?

Jeśli to nie jest „Marysia Zuzanna” w najgorszym wydaniu, to ja nie wiem, jaka inna postać mogłaby zostać ochrzczona tym bardzo pejoratywnym mianem. Nic, tylko dać jej Pokojową Nagrodę Nobla, Wolkański Order Odwagi i Trafmandoriańską Nagrodę Mężczyzny Roku.

Ok, dość o pierwszej, dość intensywnej połowie odcinka. Po tej dawce atrakcji akcja zwalnia, a my dostajemy kilkanaście minut pożegnań głównej bohaterki z resztą załogi. I z rodzicami, którzy jakimś cudem pojawili się na statku szybciej, niż Sekcja 31. I z Tilly. I znowu z resztą załogi. A potem z Tylerem. A jakby tego było mało, to bezpośrednio po tym pokazano na scenie kolejne pożegnania, tym razem załogi, która pisze listy do bliskich. I wreszcie żegna się z załogą kapitan Pike…

Nosz k****** m***ć! Przez chyba 20 minut pokazują nam żałość i ból rozstania z postaciami, których nie lubię! To przedłużające się, nudne jak flaki z olejem, niepotrzebne sceny! W dodatku nikt ze scenarzystów czy twórców nie pomyślał, że przecież coś podobnego mieliśmy zaledwie trzy odcinki temu, gdy Michasia poświęcała się dla reszty w pułapce na Czerwonego Anioła. Tam też wszyscy się z nią żegnali!

Jedyny plus tego odcinka to nadzieja, że może tym razem faktycznie Michasię szlag trafi i nie trzeba jej będzie więcej oglądać.

I tym optymistycznym akcentem idę się powiesić. Żegnajcie Czytelnicy. Żegnajcie Koledzy z Instytutu. Żegnaj piesku. Żegnaj kotku. Żegnaj komputerze. Żegnaj kubku. Żegnaj długopisie. Żegnaj szczoteczko do zębów. Żegnaj…

Recenzja według Mavisa

Moje wrażenia po odcinku? Muszę udać się do psychiatry i poprosić o jakieś leki, bo już psychicznie nie wyrabiam. Nie mam zielonego pojęcia, czy scenarzyści zakładali posiadanie przez widzów wielkiego kartonu chusteczek higienicznych, którym widzowie by wycierali łzy, czy też mieli jakiś inny genialny plan. Tak jak wspominał Śmiecho, mamy kolejny odcinek z przedłużającymi się pożegnaniami, mamy również prawie identyczną scenę pocałunku Asha i Michaliny. Do drinking game, trzeba dopisać kolejne założenia. Pijemy zawsze wtedy, gdy:

  • za każdym razem kiedy Michalina rozpoczyna monolog opisujący sytuację,
  • za każdym razem kiedy wydaje rozkaz (załodze lub kapitanowi).

Mam też nieustające wrażenie (o czym pisałem już wcześniej), że scenarzyści pojedynczego odcinka mają do dyspozycji tylko streszczenie poprzednich odcinków, przez co rzeczy ustalone wcześniej są zapominane…

Ostatni epizod zakończył się cliffhangerem, gdzie oczekiwaliśmy przybycia ponad trzydziestu statków Sekcji 31. W tym odcinku dowiadujemy się, że cała panika rozpoczęła się pełną godzinę przed przybyciem wroga. Całą godzinę… cały odcinek! W tym czasie przylatuje Enterprise. Ba! Nawet Sarek, który ciągle kieruje myśli w stronę Michaliny, zdąża zauważyć nadchodzące niebezpieczeństwo i przybyć w celu pożegnania. Ma się rozumieć, że podczas pożegnania przeprasza Boginię tego serialu za swoje zachowanie… W końcu to Ona ma tylko i wyłączenie monopol na rację. Jest tak idealną Osobą, że każdy może się z Nią identyfikować (sarkazm, jeśli ktoś nie zauważył).

Następnie mamy całą sekwencję ewakuacji statku. I gdy autodestrukcja nie wypala, a torpedy są neutralizowane przez osłony, nagle podjęta zostaje decyzja o powrocie i pstryk! W następnej scenie wszyscy są już na Discovery. Po co umieścić ładunek wybuchowy niezależny od sieci komunikacyjnej statku? A co tam, lepiej wrócić na statek, który jak widać jest coraz bardziej opanowywany przez coraz bardziej świadomą sztuczną inteligencję (tą z wiedzą Wikipedii, nie przez Kontrolę). A propos: czy ktoś jeszcze pamięta, że do pamięci statku została przegrana pamięć androidki z jej życia, jak i kopia androidki opanowanej przez Kontrolę?

Następnie oba statki postanawiają udać się na planetę królowej. Ręce mi opadły gdy Enterprise użył do tego zwykłego warp, a Disco skoczył przy pomocy napędu grzybkowego, dzięki czemu musiał czekać z dwadzieścia minut na przylot Pike’a. Już nawet nie chce mi się powtarzać, że mając grzybki Discovery może ciągle uciekać przed Sekcją, a nawet skoczyć do rejonu, gdzie Sekcja będzie lecieć w ich kierunku nawet siedemdziesiąt lat z maksymalnym warp, o ile będzie wiedziała dokąd lecieć. A czy pamiętacie jeszcze, że za każdym razem, kiedy statek używa napędu grzybkowego, to niszczy część wielkiej uniwersalnej sieci plechy? A kto by się przejmował, przecież nie scenarzyści…

W tym odcinku mamy potrójny „Deus ex machina” (czy to pojęcie ma w ogóle liczbę mnogą?), bo aby naładować Kryształ Czasu (1), użyją przepływu czarnej materii (2), wyciągniętej z uniwersalnej grzybni (3). Dzięki połączeniu tych mocy powstanie Kapitan Planeta… yyyy… nie ten serial. 😉 Chciałem napisać: naładowany Kamień Czasu z nieograniczoną mocą i pamięcią (czy to się liczy jako czwarty Deus ex machina?). Tak! Cała energia nie będzie pochodzić z supernowej, tylko z grzybni, ale spokojnie, odrodzi się po dwunastu godzinach. Tym razem sama, nie będzie trzeba „zapylać” grzybnią kolejnego księżyca. Na pewno stworzenia zamieszkujące grzybnie nie będą miały nic przeciwko temu.

Kolejnym wątkiem, który mieści się w pięciu minutach czasu, aby przedstawić wszystkie wątki tego odcinka (+ 40 minut pożegnań), to plan budowy skafandra, którego nie zobaczymy w całym tym odcinku. Na dodatek załoga, a raczej powłoki ludzkie niezdolne do logicznego myślenia, powielają projekt skafandra czasowego z uwzględnieniem przypisania go do jednego słusznego DNA Michaliny (bo oczywiście skafander jest pierwotnie przypisany do DNA jej matki, ale przecież DNA mitochondriów tych dwóch postaci jest ten sam, przez co można się pomylić, więc jednak wychodzi na Michalinę). Tak jest powiedziane w serialu i tego się trzymam.

Ktoś widział Spoka? Nie? Tak? Czy to ma jeszcze znaczenie? Przeprosił siostrę, po tym jak szukano go przez trzy czwarte sezonu, to jest już niepotrzebny.

Najgorsze jest to, że jest to odcinek napisany przez nowego producenta serialu, a mianowicie przez Michelle Paradise. Jej aktywność w serialu można rozpoznać po tym, że widz powinien sięgać po paczkę chusteczek i ocierać łzy. Nie sądziłem, że to powiem, ale „Alex wracaj! Jesteś beznadziejny, ale przynajmniej wiedziałeś jaka jest grupa docelowa tego serialu!” Tak, moi mili, ta pani jest odpowiedzialna za obecny stan i ma poprowadzić cały trzeci sezon, o ile to wszystko nie jeb….. eeeee to jest… obierze niewłaściwy tor. Miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć pierwsze siedem z piętnastu minut (więcej nie dałem rady) wywiadu z nią w „meeting room” (można oglądać to w Polsce przez mordo-książkę). Owa pani przeżywała jakby ekscytacje, rozczulając się nad kobiecymi postaciami. Przykładowo o Pierwszej Oficer Enterpise’a rozwodziła się dobre dwie minuty, a przecież postać pojawiła się w całym odcinku na ok. jedną minutę. Co mnie najbardziej zniszczyło, to stwierdzenie, że cały sezon planowano na trzynaście odcinków. Gdy studio przyznało czas na dodatkowy czternasty odcinek postanowiono podzielić ostatni scenariusz na dwa odcinki! Nie wierzę, po prostu jestem zdruzgotany… Rozumiem przegadane epizody, gdzie trzeba podreperować budżet, ale takie odcinki mimo wszystko miały jakąś fabułę. Tu mamy prawie godzinę, która została zmarnowana. Miałem problem tydzień temu, gdy poprzedni seans zakwalifikowałem poniżej mułu, pod dnem. Tym razem poziom tego, co zobaczyłem przebił chyba jądro Ziemi z drugiej strony.

Jeśli chodzi o „powrót” do kanonu, to twórcy już taki wykopali pod sobą dołek, że tego już nie da się wyrównać. Bo jak np. chcą naprawić stanowisko Kanclerza u Pseudoklingonów? Jeśli chodzi o „naprawione” sprawy, to egzekucja jest kuriozalna. W odcinku zostaje ustalone, iż definitywnie Flota rezygnuje z komunikacji holograficznej (czy jest jakiś sens abym przypominał, że przy okazji ostatniego spotkania z Pierwszym Enterprise’a, już raz o tym mówili, motywując usterkami w systemach statku). Oczywiście pada tylko jedno zdanie, a argument jest następujący, aby Borg nie był już wstanie podszywać się pod admiralicję. Na tym etapie to już nie ma sensu, gdyż jak wiemy, Borg już fizycznie asymiluje ludzi. Dlatego cały ten zabieg jest w tym momencie bezsensowny.

Jak oceniam ten odcinek? Żegnaj włosku 99991, żegnaj włosku 99992, żegnaj włosku…