The Orville – „Sanctuary” – sezon 2, odcinek 12, recenzja

Załoga Orville odkrywa tajemnicę sprzymierzonych z nimi Moclan, która ujawniona może doprowadzić do rozpadu przymierza i narazić wszystkich w obliczu ataku Keylonów. Warto też zauważyć, że w tworzeniu odcinka pomogło aż pięciu gości z oryginalnej obsady starego, dobrego Star Treka. Reżyserem był tutaj po raz kolejny Jonathan Frakes, scenarzystą Joe Menosky, a na ekranie gości Marina Sirtis, Tony Todd oraz Murray Abraham.


Recenzja według Śmiecha

Co tu dużo mówić… Seanse „The Orville” są zdecydowanie przyjemniejszym doświadczeniem, niż oglądanie „Discovery”. Widać bardzo dokładnie, że twórcy mają zupełnie inne podejście do kreowanych postaci, sposobów rozwinięcia fabuły i emocji, które chcą wzbudzić w widzach.

„The Orville” stawia na prostotę i w każdym odcinku skupia się na pojedynczej sprawie, czasami tylko dodając dla rozluźnienia wątki poboczne. W tym przypadku poznajemy tajemnicę związaną ze społeczeństwem Moclan, którzy jako gatunek – jak wiemy – składa się tylko z osobników płci męskiej. No dobrze… Bardzo rzadko rodzi się samica, ale jest to traktowane jako odmienność i wada biologiczna, prawie jak niechciana mutacja. No właśnie… Okazuje się, że takie przypadki wcale nie są takie rzadkie, jak przedstawia to się oficjalnie. Załoga Orville trafia na planetę zamieszkałą przez uciekinierki, które nie chcą poddać się zabiegowi „poprawiania” płci i których jest dość znaczna ilość. Pojawia się problem, bo ujawnienie tej informacji naraża na szwank sojusz między Unią i Moclanami. Ci drudzy z jednej strony dążą do pozbycia się kobiet w swoim społeczeństwie (co oczywiście nie jest zgodne z przekonaniami, na których opiera się Unia), ale z drugiej dostarczają Unii broń, która jest bardzo potrzebna w perspektywie wojny z Keylonami. Lekko nie jest, bo admiralicja musi zdecydować o tym, co jest ważniejsze. Przekonania i wolność jednostki i grupy, czy też sojusz w obliczu wojny.

I to jest prawdziwe Science-Fiction. Pod przykrywką rozrywki i wizualnie efektownych i futurystycznych wizji świata kryją się pytania, z którymi już się mierzymy, albo z którymi będziemy się mierzyć w niedalekiej przyszłości. Star Trek też kiedyś taki był. (A że już nie jest, to inna sprawa.) Czasami pytania są banalne, czasem podane w wesoły i komediowy sposób. Ale zawsze dotyczą człowieka.

Tutaj też scenariusz skupia się na postaciach i robi to wyśmienicie. Każdy z bohaterów jest wyrazisty i doskonale wiadomo, jaką motywacją się kieruje. Bortus poznał ludzi i zrozumiał, że kobiety wcale nie są tak podrzędne, jak głosi oficjalna propaganda Moclan. Klyden z kolei jest pełny uprzedzeń, nieufny i seksistowski, choć być może wynika to z jego historii. O ile pamiętam chyba sam jest naturalizowanym mężczyzną, ale mogę się mylić. Topa to młodzik, który w zasadzie powtarza tylko to, co usłyszy od dorosłych. I tak dalej, i tak dalej.

Podoba mi się też to, że w dyskusjach między postaciami każda ze stron świetnie argumentuje swoje racje i punktuje rozmówców. Podoba mi się zwątpienie admiralicji. Świetna była kłótnia Bortusa i Klydena przy Kelly, gdy ten drugi zaczął rozmowę ignorując przecież wysoko postawioną w hierarchii okrętu kobietę. Czad!

Jeśli miałbym znaleźć jakieś zastrzeżenia, to nie podoba mi się postać kapitana Mercera, który od czasów nieudanego romansu ze szpiegiem Krillów albo mało pojawia się na ekranie, albo jest chodzącą ostoją spokoju, doświadczenia i dobrych pomysłów. Dla dobra rozwoju tej postaci przydałoby się przypomnieć kilka jego wad, czy wpadek.

Generalnie uważam odcinek za bardzo dobry, z pewnością powyżej średniej. Chodzi tu nie tylko o scenariusz i fabule, ale również technikalia i realizację. Jak zwykle muszę pochwalić czytelność ujęć, chociażby w scenie strzelaniny w mgławicy, czy rozróby na planecie. Wszystko było wyraźne, widać było kto strzela, a kto obrywa. Uwielbiam to.

Oczywiście miłym i nostalgicznym dodatkiem jest widok trójki trekowych aktorów, których wymieniono we wstępniaku do recenzji. Wpływ twórców Star Treka nie ogranicza się tylko do aktorów, bo przecież w fotelu reżysera zasiadł Jonthan Frakes, a scenariusz przygotował Joe Menosky, który na swoim koncie ma scenariusze do ponad trzydziestu odcinków TNG, DS9 i VOY z lat 90-tych. To dlatego czuć to znajomy klimat, a trekowi wyjadacze poczują się na pokładzie USS Orville jak w domu.

Recenzja według Wookiego

Ależ to był rewelacyjny odcinek. Pokazuje doskonale jak można tworzyć porządny serial science-fiction korzystając ze sprawdzonych rozwiązań. Mamy tutaj dobre nawiązanie do poprzednich odcinków, a dokładnie do „About a Girl”, znowu rozwijane jest samo uniwersum – wiemy już jak wygląda rada Unii Planetarnej i z ilu mniej więcej członków się składa. Przede wszystkim jednak podejmuje bardzo ważne problemy. Z jednej strony mamy wielka politykę i traktowanie idei w międzynarodowej dyplomacji – czy Unia ma zachować wartości, czy cennego sojusznika? Z drugiej problemy jednostki, czyli dwa sprzeczne podejścia do wychowania swojego syna przez Bortusa i Klydena. Jeden jest nowoczesny, kosmopolitycznie nastawiony do świata i to te wartości chciałby przekazać potomkowi, drugi chciałby aby Topa cenił tradycje i historię swojego narodu. Tak jak wspomina Śmiecho, obie strony można tutaj zrozumieć i cały odcinek wręcz się chłonie jednym tchem, aby zobaczyć jak cała sprawa się potoczy.

Nie zgodzię się z moim przedmówcą w kwestii Mercera. Dla mnie w tym odcinku wypadł dobrze. Fakt, że tym razem widzimy go jako poważnego kapitana unijnej floty, a nie żartownisia czy nieudacznika, jednak według mnie nie koliduje to z tym co do tej pory na ekranie zobaczyliśmy. Niejednokrotnie w kwestii wartości Unii Ed silnie wyrażał swoje zdanie i zachowywał się zgodnie z duchem tej organizacji – jak chociażby cały wątek z Krillami – najpierw próba mimo wszystko uratowania dzieci na wrogim okręcie, a później wyciągnięcie ręki i podjęcie wysiłku do poprawy stosunków między Unią a Krillami. W to wszystko wpisuje się dla mnie zabieganie o zachowanie się rady Unii właśnie zgodnie z wartościami, bo jak sam wspomina: czego będą bronić tą potężną bronią, jeśli wyzbędą się swoich wartości? Według mnie to akurat jedna z najlepszych scen odcinka.

Pomijając już świetną fabułę, warto też docenić wszelkie występy gościnne, o których już napisał Śmiecho. Staremu fanowi Star Treka zawsze będzie się mordka śmiała jak zobaczy swoich starych dobrych znajomych w serialu tak bardzo duchem nawiązującym do dzieła Gene’a Roddenberry’ego. Co więcej, stało się to też swoista atrakcją serialu i staram się na przód nie czytać na temat obsady odcinka, aby mile zaskoczyć się gościnnymi występami kolejnych aktorów znanych ze Star Treka lub innych klasyków science-fiction.

Osobiście jestem tym odcinkiem niezwykle zachwycony. Cenię, że nawiązuje do wcześniejszych wydarzeń z uniwersum, które były niezwykle ważne dla bohaterów. Cieszę się również, że wciąż kolejne ważne problemy podejmowane są w „Orville’u”, to umiejscawia go w czołówce współczesnych seriali science-fiction – za to między innymi uwielbiam Star Treka (nie mylić ze ścierwem zwanym Discovery). Żal jedynie, że tego dobra zostało tylko dwa odcinki w tym sezonie.