Star Trek Discovery – „Przez ciemną dolinę” – sezon 2, odcinek 12, recenzja

Zbliżamy się do końca sezonu – zostało jeszcze tylko 2 odcinki – i widać coraz wyraźniej, że atmosfera się zagęszcza. 🙂 Co na temat odcinka mają do powiedzenia członkowie Instytutu?

Recenzja według Śmiecha

O matko… To popłynęli. 🙂

W gruncie rzeczy mamy tutaj dwa wątki. Pierwszy z nich dotyczy Borga i tego, jaką pułapkę zastawił na kluczową dla losów wszechświata postać. Nasza bogini musi zostać zasymilowana i jest to kluczowe, by Kontrola mogła uzyskać świadomość (czy też wiedzę ze Sfery, co w sumie na jedno wychodzi). Oczywiście to się nie udaje, bo z macek Borga ratuje ją Spock. Powiem wprost: ponieważ nie lubię postać Michael, więc w tej scenie szczerze kibicowałem Borgowi. 🙂

Bogini jest ważniejsza od wszystkich innych postaci na ekranie i widać to bardzo wyraźnie chociażby w scenie odprawy na początku. Kto wkurzony przerwał kapitanowi okrętu rozmowę o zagrożeniach przy innych członkach załogi? Michael. Co zrobił kapitan Pike? Nic. A co powinien zrobić za podważanie jego autorytetu i łańcucha dowodzenia? Wywalić ją, ukarać, cokolwiek. Kto jako jedyny zauważa zmianę nastroju Tylera, gdy ktoś wspomina o klasztorze? Michael. Itd. Itp. Nawet bohaterowie na ekranie to zauważają (np. w rozmowie z Ashem).

Drugi z wątków opowiada o kapitanie Pike’u, który musi otrzymać kryształ czasu i w tym celu leci na – uwaga! – odosobniony klasztor Klingonów, gdzie zakonnicy są niezależni od władzy Kanclerza i opiekują się kryształami. Idiotyzmów tam co niemiara. Przeorem zakonu jest kilkumiesięczny syn Tylera, który w otoczeniu kryształów zdążył dorosnąć. Kryształy pozwalają manipulować czasem i są tak straszną bronią, że nawet Klingoni boją się ich używać. Nikt nigdy w całej historii nie otrzymał ani nie wykradł kryształu, ale Pike’owi udaje się to bez kłopotów. Pike widzi wizję przyszłości, ale nawet mająć tą wiedzę nie będzie mógł zapobiec wydarzeniom, które zobaczył… I tak dalej, i tak dalej… Wymieniać można sporo, więc koledzy pewnie będą mieli coś swojego do dodania.

Wiecie co? Ten serial to jeden wielki bałagan scenariuszowy i fabularny. Spróbujcie prosto wytłumaczyć fabułę komuś, kto nigdy nie widział ani jednego odcinka Discovery (o pozostałych odsłonach Star Treka nie wspominając). Nie da się. Moje próby streszczenia odcinka są skazane na niepowodzenie, bo dzieje się dużo i bez sensu. Mówiąc szczerze sam się pogubiłem czym są sygnały, które zapoczątkowały całą intrygę, dlaczego było ich siedem i jak się mają do Czerwonego Anioła.

W dodatku wyraźnie widać, że to duchowo nie jest już Star Trek, który z założenia był serialem fantastyczno-naukowym. Kryształy czasu nie są naukowe. Prawie za każdym razem, gdy wcześniej w serialu pojawiał się motyw czasu mówiono o tachionach, czyli hipotetycznych cząstkach naukowych opisanych przez naukowców (w ramach rozrywki umysłowej, ale zawsze). Nie było tam magii, kryształów czasu i przeora w klasztorze, który w pierwszej chwili skojarzył mi się z Elrondem w Rivendell z serii powieści fantasy autorstwa Tolkiena. Sorry, ale Star Trek ma być serialem science-fiction, lecz cholernie mało tu pierwiastka „science”. To co zostało reprezentuje gatunek „space opera„, gdzie wykorzystuje się właśnie elementy baśniowe.

I przekornie powiem: ok. Niech sobie robią taki serial. Tylko niech nie nazywają tego „Star Trekiem”, bo ta marka oznacza coś zupełnie innego.

Zostały dwa odcinki, które obejrzę raczej z obowiązku. Losy postaci przestały mnie obchodzić, bo jak mam polubić wszechmocną boginię, albo postacie rozwijane przez jeden odcinek i zabijane? W nosie mam, co się stanie ze światem przedstawionym, bo wolę poważną fabułę opartą na nauce i zadającą czasami trudne, moralne pytania. Twórcom Discovery udało się zamienić serial, który uważałem za jeden z najlepszych w historii telewizji na coś, do czego mam teraz stosunek ewidentnie nijaki, jako do całości.

Czekam na Orville’a, który choć prześmiewczy i momentami wpadający w pastisz i infantylność, to jednak skupiający się na bohaterach, ludziach i moralności.

Recenzja według Mavisa

Zacznę od tego, że jest mi coraz trudniej wyszukiwać w tym serialu pozytywnych rzeczy. I to, co dla innych seriali jest standardem, czy wręcz błahostką, w przypadku Discovery jest czymś wybitnym i wartym wspomnienia, jako pozytyw. Tak więc w tym odcinku podobał mi się dylemat Pika. Stanął przed decyzją zapieczętowania swojej przyszłości. Mógł zabrać kryształ czasu i stać się kaleką, albo wyjść z pustymi rękoma i pozostać w pełni sprawnym. Podejrzewam, że Kapitan nie tylko widział obraz, ale cieleśnie doświadczył bólu związanego z katastrofą. Dlatego sądzę, że było to bardzo traumatyczne wydarzenie i dlatego się rozkleił, płakał i chcąc dojść do siebie niczym mantra rozpoczął monolog od wymienienia kim jest. Dla mnie to była świetna scena dla tej postaci.

Jednak aby nie było różowo trzeba sobie przypomnieć, że jest to Discovery. Tu po prostu scenarzyści nie mogli zrobić tego prawidłowo. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że Bartas o tym mówił na naszym spotkaniu, dlatego tą część przypisuje jego słowom. „Jaki wybór miał Pike?” Odpowiedź jest dość prosta: „nie miał wyboru”, bo trzeba sobie przypomnieć, po co tu się zjawił. No tak. Borg i zniszczenie całego organicznego życia we Wszechświecie. Podsumujmy: Pike miał do wyboru: wsiąść kryształ czasu, stać się kaleką oraz nie dopuścić unicestwienia istot żywych, albo wyjść z pustymi rękoma, nie być kaleką… i za moment zginąć wraz z resztą ludzkości. Tak faktycznie miał dylemat nie do rozwiązania.

Swoją drogą wizja „wózka” inwalidzkiego jest w tym serialu kolejną niekonsekwencją. Otóż trzeba sobie przypomnieć androidkę (wiem, że jest cyborgiem, ale trzymam się wcześniej nadanych określeń na postacie, gdyż serial nie zrobił tego prawidłowo). Airiam prawdopodobnie była równie zmasakrowana i została „uleczona”, przez przebudowę w androida (albo cyborga, jeśli miała jeszcze ludzkie organy). Dlaczego Pike nie mógł też być uratowany w ten sposób? W jednej sytuacji pokazują, że technologia może dużo, w innej, że dla fabuły trzeba o tym zapomnieć.

Wspomnę jeszcze, że Pseudoklingoni naprawdę zasługują na miano „Pseudo”. Najpierw boją się Wolkan, bo „oni (Wolkanie) strzelają pierwsi”, teraz „wojownicza” rasa oświadcza, że jakaś broń jest tak niebezpieczna, że ich przeraża… Wymoczki jedne, a nie rasa wojowników

Jeśli chodzi o wątek Borga, to zapamiętałem jedno z tego odcinka: wystarczy mieć paralizator i Borg się rozsypuje. Proste prawda? Już nawet nie wnikam w jaki sposób cudowna Burnham miała tyle siły, aby mocować się z Borgiem.

Na zakończenie zsunąłem się z krzesła. Mając napęd grzybkowy i mogąc uciec na drugi koniec galaktyki Burnham podejmuje decyzję o zniszczeniu statku. Żeby nie było, że się pomyliłem! To Burnham podejmuje decyzję, Pike a tylko zatwierdza wydany rozkaz.

Jak oceniam odcinek ? Nie mogę się doczekać końca serialu (jego kasacji ma się rozumieć).

Na koniec parę przypuszczeń:

  • Teraz, gdy mają kryształ czasu, Burnham wejdzie do skafandra.
  • Borg zostanie przeniesiony w przeszłość do kwadrantu Delta i tam się rozwinie, szukając doskonałości (w kształcie sfery).
  • Obstawiam, iż krótkometrażowy trek „Calipso” pokazuje co się stanie niedługo. Wiedza ze sfery, która już pokazała, że się broni przed skasowaniem tworząc zapory ogniowe zyska świadomość i
    udoskonali się podczas oczekiwania. Dlaczego ma czekać w jakiejś mgławicy tysiąc lat? Wystarczy sobie przypomnieć Matkę Burnham, która jest zakotwiczona 950 lat w przyszłości, bez skafandra…. Ciekawe co ją uratuje?
  • Na koniec problem z implantami. Prawdopodobnie po spotkaniu z Borgiem Federacja zakaże ich stosowania.