Star Trek Discovery – „Wieczna nieskończona podróż” – sezon 2, odcinek 11, recenzja

Wydawało się, że Kontrola, czyli sztuczna inteligencja stworzona przez sztab Gwiezdnej Floty razem z Sekcją 31 została pokonana, ale scenarzyści zaskakują nas po raz kolejny. SI ma się dobrze i knuje. 🙂 W międzyczasie główna bohaterka spotyka dawno niewidzianą matkę, a scenarzyści raczą nas genezą powstania rasy Borg. Tyle ogólnego opisu fabuły, a teraz czas na nasz komentarz.

Recenzja według Śmiecha

Mówiąc wprost nie jestem zadowolony z tego odcinka. Ok, sama czynność oglądania sprawiała mi sporą przyjemność, ponieważ razem z resztą Pifkowiczów zrobiliśmy sobie wspólny zdalny seans. 🙂 Każdy z nas siedział wygodnie we własnym domu, ale udało nam się zrobić telekonferencję po sieci i mogliśmy na bieżąco komentować to, co widzieliśmy na ekranie. Generalnie polecam. 🙂 Ubaw po pachy.

Niestety odcinek sam w sobie to kolejny „popis” scenarzystów, a raczej ich niekompetencji, lenistwa i braku przygotowania, jak również bałaganu, który wprowadzają do fabuły.

Główną rewelacją tego odcinka jest pokazanie genezy Borga. Tak. Tego samego Borga, który od czasów TNG był jedną z najbardziej przerażających i fascynujących ras w uniwersum Star Treka. Asymilującego napotkane wartościowe rasy do kolektywu współdzielącego jedną jaźń, bez emocji i współczucia, adaptującego się do wszystkich napotykanych zagrożeń.

Wiecie dlaczego Borg był taki fascynujący? Bo otaczała go tajemnica, a jego pochodzenie ginęło w mrokach dziejów. Samo zastanawianie się skąd jest i w jaki sposób stal się tym, czym był w czasach TNG i Voyagera wciągało i powodowało, że człowiek wsiąkał w to, co pokazywano na ekranie. Twórcy Treka w latach 80tych i 90tych potrafili uchylić rąbek tajemnicy, jednocześnie sugerując, że pod spodek jest o wiele więcej. A tu? A tu dostaliśmy wszystko na tacy, prosto w twarz, bez żadnych niedomówień. Tym samym Borg stracił całą intrygującą aurę, a twórcom Discovery udało się uśmiercić kolejny element świata przedstawionego, za który kochałem wcześniejsze Star Treki.

I niech nikt nie mówi, że to nie Borg, że przecież Borg ewoluował w kwadrancie Delta na setki lat przed Federacją Zjednoczonych Planet. I co z tego? „Struggle is pointless” to dokładnie to samo, co „Resistance is futile„, a sceny asymilacji Leylanda wyglądały identycznie, jak asymilacja Picarda, czy załogantów Enterprise w filmie „First Contact”. To jest Borg. Koniec.

A jak trafi setki lat wstecz do kwadrantu Delta? To proste. Twórcy mają doskonałe narzędzie, by zmieniać fabułę w dowolny sposób: podróże w czasie. Taki wątek może być użyty w oskarowy sposób, ale może tez być wymówką dla lenistwa i rozwiązań typu „Mama-Burnham ex machina”. Niestety scenarzyści wydają się iść raczej tą prostszą ścieżką i co chwilę wyskakują niczym Filip z konopi z czymś, co przeczy innym wydarzeniom pokazywanym na ekranie. Wrzucą Leylanda do jakiegoś wiru czasowego, wymarzą przy okazji pamięć o ludziach i voilà. Będzie pierwszym królem Borg. Ale powiedzmy sobie szczerze: to banalne rozwiązanie.

A skoro już mówimy o zaprzeczaniu samemu sobie… Zwróciliście uwagę na inwalidę na wózku przejeżdżającego obok Tylera, gdy ten stawia się Borg-Leylandowi i odmawia wykradzenia danych? Czyli co? Airiam można było po wypadku uratować i dać wszczepy, a jakiemuś innemu załogantowi żałujemy i dajemy wózek inwalidzki? Przecież oni mają już tabletki na odrastanie wątroby, a żałują mu nowej nogi? 🙂

Tam jest sporo bzdur. Dane, które mają świadomość i w momencie ich kasowania nagle stawiają jakieś bariery. Innymi słowy operacja „delete” nie działa, a bez problemu działa metoda „wytnij-wklej”, gdy te same dane bez kasowania przesyłamy na inny nośnik. 🙂 Jest Spock lubiący naukę. Jest kostium gotowy do użycia po tym, jak Borg-Leyland rozwala jego główny element napędowy: kryształ czasu. Mama-Burnham, która jakimś cudem wie wszystko o wszystkich, ale nigdy nie słyszała o siedmiu sygnałach, które przecież zaczęły całą intrygę. A w ogóle jak ona podglądała życie córki, skoro przecież zawsze jej pojawieniu się towarzyszył czerwony blask widoczny z orbity?

Powiem wprost: oglądam z obowiązku. Oglądam, bo to kontynuacja mojego ulubionego serialu wszech czasów. Ale głupie to trochę, gdy najlepsze w oglądaniu odcinka jest złośliwe komentowanie z kolegami…

Recenzja według Wookiego

Jak to zwykł mówić Comic Book Guy z „Simpsonów”: „Worst episode ever”. Poziom głupoty, niekonsekwencji, braku logiki jest oszałamiający. Wszystko, co napisał przede mną Śmiecho to przemyślenia, które również ja miałem w trakcie i zaraz po seansie tego odcinka. Spróbuję jeszcze dolać trochę oliwy do ognia.

Zacznijmy od głównej postaci tego epizodu, czyli matki Michały. Nawet rozumiem, co scenarzyści chcieli osiągnąć pokazując ją jako osobę pozbawioną emocji, empatii i bezwzględną. Miało to pokazać, jak samotna walka o uratowanie wszechświata (rany jak to niedorzecznie brzmi) ją zmieniła. Jednak jak zwykle kompletnie im to nie wyszło. Po pierwsze nie znam tej postaci, bo ostatnia scena „Czerwonego Anioła” to pierwsze spotkanie z nią i nie było nawet czasu poznać jej porządnie, jaka była przed atakiem Klangonów. Po drugie: niekonsekwencja – bo rzecz jasna ostatecznie rozkleja się mamusia, a odcinek bez emocjonalnej, przydługawej i źle zagranej sceny z Michałą to odcinek stracony. Zatem tym razem mieliśmy bardzo żenującą i oderwaną od czegokolwiek scenę płaczu bogini i jej mamuśki. Koszmar.

Dalej mamy borgo-Leylanda. Jak mnie zdenerwował ten koncept, tego nie da się opisać słowami. Albo zniszczą kolejną świętość tego wspaniałego uniwersum, jaką jest kolektyw Borg, albo zrzynają z niego chamsko, bo nie mają oryginalnego pomysłu. Przyznam szczerze, że nie wiem która opcja jest gorsza. Najgorsze w tym wszystkim jest oparcie całej fabuły o tą niedorzeczną Kontrolę, która chce dostać koniecznie dane z kosmicznej Wikipedii. Nagle Wikipedii nie można skasować, ale przenieść już tak. Tylko skoro można ją przenieść, to po co ją wysyłać w przyszłość? Zrzućmy ją na pendrive’a czy jego odpowiednik i zwyczajnie go fizycznie rozwalmy – kłopot z głowy, borgo-Leyland może się gonić. Co to? Jedyny Pierścień, do cholery, którego tylko płomienie Góry Przeznaczenia potrafią zniszczyć? Śmierdzi niekompetencją scenarzystów na lata świetlne. Na koniec dostajemy jeszcze tą straszną scenę walki, gdzie najpierw Kontrola rozgniata jak robaki sporą liczbę redshirtów, ale jak przychodzi do walki z głównymi bohaterami, to nagle staje się skuteczna niczym Stormtroopersi z innego uniwersum ze „Star” w tytule.

Cały w ogóle plan rozwiązania problemu kosmicznej Wikipedii to oddzielny temat. Debilizm czegoś, co miało być technobełkotem jest porażający, a samo rozwiązanie abstrakcyjnie niedorzeczne – nieskończone pamięci, nieskończone energie, cud miód malina. No i jeszcze mamy kontrplan Leylanda – kopiowania danych w locie. Pomijam już problem szyfrowania – nie wierzę, że Gwiezdna Flota w XXIII wieku ma mniej zabezpieczoną sieć, niż my, marni Ziemianie w trzysta lat wcześniej. Najgorsze, że byle frajer może sobie od tak włożyć magiczny dysk i spokojnie wszystko skopiuje, na dodatek wybiórczo i nawet wstecznie, bo po przerwaniu kopiowania, to wspaniałe urządzonko potrafiło zacząć kopiować dokładnie od tego miejsca, w którym przerwało, a nie wyłącznie przechwycić bieżącą transmisję.

Niedorzeczności ten odcinek ma jeszcze wiele więcej – na przykład kluczowy przez 10 odcinków Spock nagle snuje się po pokładzie Discovery bez ładu składu i pomysłu na siebie, kwitując cały występ stwierdzeniem, że lubi naukę… Dalej: zachowanie Imperatorki, która już jest czysta i dobra, niczym święta. Prawdopodobnie to świętobliwy wpływ Michały. Wcześniej sama coś kombinowała, knuła intrygi, a tu nagle jest gotowa poświęcić się dla naszej bogini i całego wszechświata. Co mnie jednak urzekło, to przeglądanie 850 logów z misji mamusi przez naszą alfę i omegę Burnham. Wszyscy cały czas powtarzają w tym odcinku jak czasu mało mają, bo nie są w stanie więzić Czerwonego Anioła w nieskończoność. Ale spoko, Michała ma czas na skrzętne przeglądanie po kolei każdego z logów, które mają postać wideo. Na ekranie widzimy, jak jest już na około 40-tym logu i zaczyna od pierwszego. Ile to musiało zająć dobę? Dwie? Przy takiej nonszalancji, zaburzenia upływu czasu w „Grze o Tron” to drobnostka.

Nie mam kulturalnych słów, którymi mógłbym ocenić ten odcinek, więc się powstrzymam. Obejrzę ten sezon do końca mocno się zmuszając i wmawiając sobie, że obowiązek i przyzwoitość nakazuje dokończenie tego ścierwa.