„Kapitan Marvel” – recenzja filmu

W poprzednią sobotę udało nam się spotkać na comiesięcznym zebraniu Pifka i oprócz kilku godzin geekozy i omawiania spraw wszelakich (byle fantastycznych) udało nam się wybrać do kina na seans ostatniego filmu ze stajni Marvel Studios. Jak się okazało „Kapitan Marvel” dostarczył nam trochę rozrywki i wbrew głosom odzywającym się przed premierą nie był aż tak zły, jak niektórzy wieszczyli. Szczegóły i przemyślenia poniżej.


Recenzja według Śmiecha

W sieci przed seansem bardzo dużo pojawiało się kontrowersji związanych z filmem, Brie Larson jako odtwórczynią roli głównej bohaterki, manipulacjami w ocenach filmu oraz złością fanów, dlatego idąc do sali kinowej nie do końca wiedziałem czego się spodziewać. Czyżby faktycznie MCU zmieniło kierunek i zamiast produkcji świetnych fabularnie i wciągających zaczęli romansować z SJW, dla których sposób przedstawienia pewnych wątków jest ważniejszy, niż spójność historii?

Na całe szczęście okazało się, że kontrowersje były tylko przysłowiową burzą w szklance wody, a sam film okazał się być całkiem przyjemną opowieścią, jakich goście z Disneya i Marvela dostarczają nam od 10 lat.

Muszę pochwalić Brie Larson za charyzmę, jaką obdarzyła postać kapitan Marvel. Przez większość filmu jest wyszczekana i nie zapomina języka w gębie. Razem z Samuelem L. Jacksonem w roli Nicka Fury tworzą fajny duet, który momentami kojarzył mi się z filmami typu „buddy movie”. No wiecie… Dwie postacie, które nie do końca do siebie pasują, ale między którymi zachodzi taka chemia, że widz momentalnie wsiąka w ich relacje. Przykładem niech będzie „Zabójcza broń”, czy „Tango i Cash”. W „Kapitan Marvel” widać, że oboje aktorów dobrze czuło się w swoich rolach i całkiem nieźle oddało tą chemię na ekranie.

Kłopot z postacią Marvel jest inny – cierpi na przypadek „supermeństwa”. Nie ma wad, jest to zbyt silna postać i bardzo trudno ją pokonać. Ok, w trakcie tego filmu bohaterka dopiero odkrywa swoje możliwości i historię, ale końcówka pokazuje, czego można spodziewać się po jej kolejnych wizytach na ekranie. W finale filmu kapitan Marvel samodzielnie, bez niczyjej pomocy rozwala kilka ciężkich okrętów rasy Kree. Fajnie. Jak w takim razie jej zaszkodzić? Na czym będzie opierać się konflikt w przyszłych filmach? Jak widz poczuje zagrożenie, skoro ona jest aż tak silna?

Superman miał chociażby kryptonit, którego obecność bardzo osłabiała naszego bohatera, ale i tak większość historii opierała się chyba na trzech schematach: albo coś/ktoś zagrażało bliskim Supermana, albo Superman był pozbawiany mocy, albo – i to jest głupie rozwiązanie – wprowadzało się kolejnego przeciwnika jeszcze silniejszego, niż Superman. Tylko że trzecie rozwiązanie jest najnudniejsze. Zobaczymy, jak to będzie z kapitan Marvel.

Podsumowując: film nie zaskakuje niczym nowatorskim, nie ma też jakichś znaczących wad. Można go określić jednym zdaniem: fajny przeciętniak. Jest to po prostu kolejna, solidnie zrobiona produkcja w świecie MCU, z ciekawymi postaciami, toną humoru, świetnymi dialogami i fabułą, jakich było już trochę do tej pory. Jeśli ktoś lubi wcześniejsze filmy z tej stajni, to na „Kapitan Marvel” też będzie się dobrze bawił, bo film nie ma być niczym innym, jak wesołym oderwaniem się na 2 godziny od codzienności. Jeśli ktoś liczy na poważny dramat psychologiczny, to się zawiedzie.

Recenzja według Wookiego

Tym razem krótko, ponieważ w zasadzie wiele z tego, o czym co chciałem wspomnieć napisał już Śmiecho. Przede wszsytkim podobnie jak mojemu przedmówcy podobał mi się tandem kapitan Marvel – Nick Fury. Co więcej nabiera to jeszcze więcej wdzięku, jeśli potraktuje się to jako celowy zabieg twórców jako nawiązanie do właśnie „buddy movies”, które święciły triumfy przede wszystkim w latach 90-tych, w których przecież osadzona jest fabuła „Kapitan Marvel”. Dla mnie to strzał w dziesiątkę.

Mnie osobiście urzekł humor w tym filmie. Moim faworytem jest oczywiście Goose, czyli kiciuś dawnej znajomej naszej protagonistki. W zasadzie wszelkie sceny z tym zwierzakiem były trafione w punkt. Do tego dochodzą zabawne dialogi Fury’ego i Talosa oraz charakterna głowna bohaterka. Nie bez znaczenia pozostają też nawiązania do lat 90-tych. Dla mnie tworzy to idealnie dobraną dawkę comic reliefa w stosunku do ogólnego w miarę poważnego wydźwięku całości widowiska.

Mam jednak problem z tym filmem jako całość, ponieważ ogólnie wyszło całkiem przeciętnie. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest słaby film. Po prostu dostajemy kolejne origin story. Ok, w innych realiach czasowych, z uber postacią, ale to tyle. W zasadzie nie wiem, czy będę pamiętał ten film za dwa, trzy miesiące. Marvel przyzwyczaił nas do pewnego standardu jakości i oczywiście produkcja ta ten standard jak najbardziej spełnia. Mam jednak pewien niedosyt po obejrzeniu „Kapitan Marvel” a także podobne obawy, jak Śmiecho. Skoro Carol Danvers jest tak potężna, jak będzie wyglądać drugi film o jej przygodach, a tym bardziej jaki będzie miała wpływ i czy nie zbyt duży na nadchodzące wielkimi krokami dalsze losy Avengersów. Moja ostatecznia ocena to 5.5/10.

Recenzja według Mavisa

Idąc na ten film miałem podobne nastawienie co Śmiecho i jestem zdania, że aktorzy grający w takich produkcjach powinni oddawać hołd postaciom które grają (choćby dlatego, że niektóre postacie są już z widzami od ponad 50 lat). W skrócie: te postacie są większe, niż jakieś osobiste pobudki danych ludzi. Jednak po obejrzeniu stwierdzam, że nie było tak źle.

Fury jako „młodzieniec” wymiata. Warto zaznaczyć przy tej okazji, że jest to pierwszy film, w którym przez cały czas aktor ma „nałożony” komputerowe odmładzanie (die aging). Dotychczas tą techniką wykorzystywano w kilku momentach, np. Kurt Russell w strażnikach, gdy pierwszy raz pojawił się na Ziemi. Tu mamy odmładzanie wykorzystane przez cały czas i nie widać nic fałszywego. Naprawdę jestem pod wrażeniem tego, jak dopracowano tą technologię. Z animacją kota było troszkę gorzej, np. gdy przyspieszenie „wgniatało” go w ścianę byłem w stanie od razu wychwycić, że to iluzja.

Postać, która mnie również urzekła, to Talos. Jest po po prostu nieprzeciętny, stanowczy i momentami zabawny. Dzięki wymienionej trójce kilka razy się zaśmiałem i zdołałem obejrzeć cały film.

Kapitan Marvel… Tu niestety ta postać mnie nie przekonała do siebie. Dla mnie nie odbywa „podroży osobowości”, nic nie zmienia w sobie, nie ma żadnego wewnętrznego konfliktu. Pewnie powiecie „ale ma wymazaną pamięć i odkrywa samą siebie”, „przecież stawia się sztucznej inteligencji”, „przecież odkrywa swoją pełną moc”, ale czy coś się zmienia? Jak widzimy z przebłysków z dzieciństwa: zawsze była silna, zawsze realizowała swoje zamierzenia, zawsze była ofiarą otoczenia i zawsze wygrywała. Obojętnie, czy pamiętała kim była, czy nie, obojętnie czy miała wspiąć się na linie, czy przeciwstawić się sztucznej inteligencji. Nie zmieniła się, od początku była silna, nieskalana i idealna. Tak jak wspominał Wookie ta postać nie ma swego Kryptonitu, a w końcowych scenach jest OP (Overpowered). Jest tak silna, że rozwala okręty wojenne niczym mrówki. Ale, ale! Powiecie „Tony Stark, też był taki w Iron Manie, nadal jest choćby narcystycznym dupkiem”. Nie zgodzę się z tym do końca. Tony zmienił się ponieważ odkrył, że jego broń niesie śmierć i dlatego zmienił działalność firmy na pokojowe wykorzystanie reaktorów łukowych. Zmienił swój stosunek do kobiet, które traktował jako atrakcję jednej nocy. Przestał traktować Pepper przedmiotowo, dostrzegł w niej człowieka i bratnią duszę. Swoje wysiłki skierował na czynienie dobra. Tak, dalej był ekscentryczny i nieokiełznany, ale widać, że w ciągu licznych filmów zmienia się. Czego nie mogę powiedzieć o Carol Danvers.

Jak oceniam ten film? Dla mnie jest to średniak. Owszem jest parę dobrych momentów, czy jednodniówek, jednak bardziej fascynowała mnie geneza Fury’ego, niż głównej bohaterki…

Swoją drogą pamiętacie jak w Iron Manie agenci Tarczy mówili całą nazwę swojej organizacji, a dopiero na końcu stwierdzili, że lepiej jest posługiwać się akronimem? No to twórcy zapomnieli o tym szczególe. To może inaczej: pamiętacie może ten moment, w którym Carol zorientowała, się że cały czas walczyła po złej stronie i jest winna śmierci licznych obcych z którym walczyli Kree? Jak zmagała się z tym uczuciem? Tego brakowało w tym filmie.