Star Trek Discovery – „Czerwony Anioł” – sezon 2, odcinek 10, recenzja

Wielka tajemnica została ujawniona i po tym odcinku wiemy już, kto tak na prawdę jest Czerwonym Aniołem. Co do powiedzenia o tym fakcie, jak i o innych wydarzeniach z ostatniego odcinka „Star Trek: Discovery” mają Pifkowicze? Czy było zaskakująco? Czy warto było czekać na pokazaną rewelację? O tym przeczytacie poniżej.

Recenzja według Śmiecha

W trakcie naszych Pifkowych dyskusji po seansie stwierdziłem, że co człowiek zobaczy, to już nie może odzobaczyć. 🙂 I dalej to zdanie podtrzymuję, jako ostrzeżenie dla tych, którzy jeszcze „Czerwonego Anioła” nie widzieli. Jest grubo.

Odcinek rozpoczyna się łzawym pożegnaniem Airiam, czyli zabitej w zeszłym tygodniu kobiety-cyborga. 🙂 Ok, tylko że niewiele z tej sceny wynika. Airiam błyszczała w fabule tylko przez jeden odcinek, a to za mało, żebym mógł poczuć z tą postacią jakąś więź emocjonalną. To dlatego łzawe przemowy członków załogi na pogrzebie wcale do mnie nie trafiały, a innego celu pokazania pogrzebu nie widzę. Nie ma on żadnych konsekwencji, bo nikt później do niego już nie wraca, a w dodatku na mostek momentalnie trafia następczyni Airiam, która jest równie zajmująca i charyzmatyczna, jak Airiam przez półtora sezonu. Uważam scenę pogrzebu za zwykły wypełniacz czasu antenowego.

Ale po pogrzebie… Oooo… Tam jest wesoło. 🙂 Najpierw na zebraniu załoga Discovery dyskutuje o minionych wydarzeniach i podsumowuje je informacją, że ślady sztucznej inteligencji w umyśle Airiam i na stacji zostały wykasowane, by nie pojawiło się znowu zagrożenie. I wtedy do pokoju wpada Tilly (ze zwykła dla siebie gracją) z informacją, że analizując ślady sztucznej inteligencji z umysłu Airiam znalazła ślad pchając fabułę do przodu. No to wykasowali, czy nie? 🙂 Usunęli zagrożenie, czy zostawili sobie kopię danych do analizy?

Narada na sposobami likwidacji zagrożenia ze strony sztucznej inteligencji nie prowadzi donikąd, bo zostaje przerwana przez przybycie złej Gorgiou i kapitana Leylanda. Czyli znowu mamy stracony czas antenowy, bo jedynym następstwem narady jest podanie informacji, że to Michała jest Czerwonym Aniołem. Cała reszta rozmowy jest tylko ekspozycją, mającą na celu opowiedzenie widzom tego, co działo się poza ekranem w świecie przedstawionym! Problem w tym, że podane informacje nie rozbudowują świata (a do tego powinny służyć ekspozycje), ale raczej informują o wydarzeniach ściśle związanych z fabuła i zakańczają wątek rozpoczęty w poprzednim odcinku. Uważam, że od strony technicznej i fabularnej jest to bardzo źle prowadzony serial. Fabułę powinno się pokazywać na ekranie, a nie opowiadać o niej w dialogach ustami bohaterów.

Informacje o sztucznej inteligencji nie mają żadnego wpływu na to, co będzie się działo dalej w odcinku, bo przybycie przedstawicieli Sekcji 31 zmienia kompletnie kurs odcinka: od tego momentu nikt już nie mówi o sztucznej inteligencji, a bohaterowie zaczynają kombinować, jak schwytać Czerwonego Anioła. Dochodzą do tego, że Anioł – czyli przyszła wersja Michały – pojawia się mniej-więcej wtedy, gdy teraźniejszej bohaterce zagraża niebezpieczeństwo. A zatem pomysł na schwytanie Anioła jest prosty: narazić życie Michały, by wymusić pojawienie się Anioła. Ok, szlachetne i w ogóle, ale… nie mające sensu. Jeśli to faktycznie Aniołem jest Michała z przyszłości, to ów Anioł powinien posiadać jej dzisiejszą wiedzę, a więc również wszelkie informacje o zastawianej na niego pułapce. Tu muszę jednak szczerze powiedzieć, że choć Discovery nie poradziło sobie z tym paradoksem czasu, to niewiele jest filmów czy seriali, które dobrze opowiadają o takich paradoksach. Szalenie trudno jest zrobić dobrą, spójną i logiczną opowieść o podróżach w czasie i niewielu scenarzystów wyszło z tego zwycięsko.

Dochodzimy do końcówki, gdy Czerwony Anioł zostaje schwytany i okazuje się, że nie jest nim Michała, ale… jej matka. Czy ja już mówiłem o tragicznym scenariuszu i źle prowadzonej fabule? Tak? To powtórzę jeszcze raz: to jest bardzo zły scenariusz. Nie jest dobrym rozwiązaniem zaskakiwanie widza czymś, co nie wynika logicznie z podawanych wcześniej informacji! Nie może być tak, że przez cały czas wszelkie ślady i poszlaki wskazują na jedno, po czym w końcówce nagle, bez absolutnie żadnych przyczyn okazuje się coś zupełnie innego!

Nie mówię, że zły jest sam fakt ujawnienia, że Aniołem jest matka głównej bohaterki. A niech sobie będzie. Ogromnym problemem jest SPOSÓB, w jaki to zostało ujawnione. Jeśli widz będzie zaskakiwany rozwiązaniami typu „mamusia ex machina„, to przestanie angażować się emocjonalnie w wydarzenia, bo po co, skoro i tak końcówka będzie nielogiczna! Wyobraźcie sobie Arthura Conan Doyle’a piszącego kolejną opowieść o Sherlocku Holmesie, w której słynny detektyw na podstawie poszlak i dedukcji dochodzi do logicznych wniosków, ale autor w finale przedstawia kogoś zupełnie innego jako mordercę na zasadzie „bo tak!”. No to właśnie to jest problem rozwiązań „deus ex machina”. Jeśli chcemy pisać dobry scenariusz dramatyczny i zaskakiwać widza/czytelnika, to musimy stworzyć niejednoznaczne postacie, których rozwój może pójść kilkoma, równie prawdopodobnymi ścieżkami, z silną motywacją. Dobry przykład? A niech będzie. Proszę: pierwsze sezony „Gry o Tron”. A tu? Tu mamy płaskie jak karton postacie, które w większości charakteryzowane są przez jedną cechę i końcówkę kompletnie z czapy.

Chociaż z drugiej strony kłopotów ze scenariuszem, bohaterami i kanonem jest tak dużo, że w moich oczach trudno już bardziej się pogrążyć. Mam tylko nadzieję, że udało mi się pokazać trochę argumentów i przekonać fanów serialu, że jeśli coś fajnie wygląda, to wcale nie musi być dobre.

Recenzja według Wookiego

Równia pochyła – tak można krótka opisać drugi sezon, ba cały serial, i to w momencie, kiedy kończyłem poprzedni odcinek z przeświadczeniem, że chyba gorzej być nie może. A jednak pod tym względem scenarzyści Star Trek Discovery potrafią mnie zaskoczyć na każdym kroku. Podczas oglądania „Czerwonego Anioła” miałem kilkukrotne spazmy bólu przeszywające moje ciało z powodu ogromnego debilizmu zaobserwowanego na ekranie.

Zaczynamy spokojnie od pogrzebu, który jest dla mnie totalnie niepotrzebny i żałosny niestety. Przemowy załogi są tak patetyczne, że Michael Bay mógłby robić notatki. Nawet bym się tego tak nie czepiał, bo przecież pogrzeby uroczyste w uniwersum Star Treka się zdarzały, jednak w tym przypadku to wszystko zalatuje kiczem na lata świetlne. Załoga żegna postać, którą w poprzednim odcinku na szybko i w ekspresowym tempie widz miał polubić na tyle, żeby przeżywać teraz ten pogrzeb emocjonalnie, a załoga nas na siłę przekonywała jaka to Airiam jest zżyta ze wszystkimi i w ogóle to ważniejsza niemal postać od Michały… No dobra zagalopowałem się, nikt nie jest i nigdy nie będzie ważniejszy od Michały. 😀 Ostatecznie scenę tą odbieram jako zapychacz czasu i kolejny dowód nieudolności twórców w kontekście reżyserii, montażu i scenariusza.

Tak jak wspomina już Śmiecho potem już jest tylko „lepiej”. Zebranie i kolejne fenomenalne dojście do wniosku kim jest Czerwony Anioł. Jak to tego doszli? Analizowali dane, które wcześniej wymazali z mózgu Airiam. Co tu się dzieje? No i potem jest jeszcze plan. Coś jeden z sześciolatków pracujących nad scenariuszem musiał od kogoś usłyszeć o paradoksie dziadka, no to pach, walimy od razu do skryptu i jest też science zamiast samego fiction. Tutaj tylko odniosę się do tego, co już napisał Śmiecho, bo miałem dokładnie takie same wrażenia z tej całej akcji. Zarówno sam plan jak i osoba, która okazała się Czerwonym Aniołem to kolejny przykład na potwornie żenujący poziom scenariopisarstwa. Mamy XXI wiek, złoty okres w historii serialu, a max na co mogą się nasi geniusze porwać, to wyciągnięcie z kapelusza kompletnie nowej postaci? Przecież to jest żałosne.

Natomiast scena konfrontacji Michały z Leylandem mnie po prostu mentalnie rozniosła. Mózg w tym momencie krzyczał wyłącz to ścierwo albo ja stąd uciekam. I tak, bardzo poważnie zastanawiałem się, czy ja jestem w stanie w ogóle jeszcze obejrzeć chociaż sekundę tej farsy zbrodni na uniwersum. Tyrada marnego aktorstwa pani Martin-Green w tandemie ze sztampowymi dialogami niczym z jakiegoś generatora nie wnosi absolutnie nic. Koleś z Sekcji 31 potwierdza to, że jest odpowiedzialny za śmierć rodziców Michały, a ona wścieka się i tyle. Jednak najbardziej rozbroiło mnie zdziwienie naszej bogini w mundurze Gwiezdnej Floty na stwierdzenie Laylanda, że jej rodzice pracowali dla Sekcji 31. „Dziwne, nic mi nie powiedzieli”. Hmmm no faktycznie dziwne osmio, czy dziesięciolatce rodzice zawsze tłumaczą, że pracują dla ultratajnej organizacji nad ultratajnym projektem. Także ja byłem nawet bardziej zdziwiony od Burnham i też mam im za złe że jej nie powiedzieli. Wstyd i hańba! 😀

Na poziomie emocjonalnym ten odcinek to również całkowita porażka. Najpierw pogrzeb, którym nikt się nie przejął, potem potwornie słaba scena z żegnaniem się Burnham, a na koniec sama scena jej umierania. Rozumiem, co twórcy chcieli osiągnąć, ale robią to tak pokracznie i nieumiejętnie, że osobiście wstydziłbym się to pokazać publicznie. Po co w ogóle musieli Michałę uśmiercać w taki sposób pomijając argument „dramatyzmu”? Skoro 5364523 razy podczas odcinka wspominali, że to sama Michała jest tym aniołem, to i tak wie jaki jest plan, to jaka różnica, czy będzie umierać w męczarniach, czy bardziej humanitarnie?

Na tym chyba zakończę kopanie leżącego, chociaż byłoby co jeszcze krytykować: akcja z Philippą, admirał psychiatrę, doktor Colbert okazujący się nagle jedynym lekarzem na okręcie, promienie wskrzeszające w skafandrze Czerwonej Mamuśki, i tak dalej, i tak dalej. Jednak myślę, że podobnie jak poprzednio, oszczędzę Wam tego. Wystarczy chyba, stwierdzenie, że jest to jeszcze gorszy i głupszy odcinek niż „Projekt Dedal”. Jednak tym razem znalazłem plusa – chodzi mi o znaczącą scenę zastąpienia Airiam na jej stanowisku na mostku – tak powinno wyglądać pożegnanie tej postaci – krótko, zwięźle, na temat z odpowiednio wyważoną dawką emocji.

Recenzja według Mavisa

Moi przedmówcy wyłożyli kawę na ławę i zgadzam się z tym. Krótko dodam cztery rzeczy:

  • Pamiętacie jak wielokrotnie pisałem, że to jest najgorszy odcinek ST:D i gorzej być nie może? Dno było osiągnięte w pierwszym sezonie, drugi miał swoje przebłyski, ale osiągnął muł. Ten odcinek już nie wiem… Co jest pod mułem ?
  • Scenarzyści tworzą tak emocjonalne wydarzenia, że witki opadają. Wzruszająca śmierć Burnham, rozmowa Burnham z kolesiem z Sekcji 31, przemowa Burnham na pogrzebie… Na trzeźwo tego nie da się oglądać.
  • Airiam była tak niezastąpiona, że chwilę po pogrzebie jej stanowisko zostało obsadzone. W przeciwieństwie do Wookiego padłem. Pike nie powiedział nic w stylu: „chwilowo przenosimy kogoś z drugiej zmiany na miejsce Airiam”, albo „musimy udać się do bazy, po uzupełnienie” i zostawić te stanowisko nieobsadzone. Niech coś powiedzą.
  • Paradoks dziadka… Już mówiłem, że ten serial to nie sci-fi, to jest ściema. Nawet nie umieją wyjaśnić na czym polega paradoks dziadka. Tak jak pisałem w ostatnim razem przy okazji śmierci ośmioletniej Burnham: jeśli umrzesz jako ośmiolatka, to się nie zestarzejesz i nie cofniesz się w czasie, aby uratować siebie. Na tym nie polega paradoks dziadka. Niestety cały odcinek polega na tym absurdzie. Na szczęście Czerwonym Aniołem okazuje się biologiczna matka Burnham co nie znaczy, że Burnham zaraz nie wskoczy do Skafandra. A propos skafandra: zwijałem się ze śmiechu jak koleś z Sekcji 31, oświadczył, że to on załatwił do skafandra – uwaga, uwaga! – „kryształ czasu”…