The Orville – „Lasting Impressions” – sezon 2, odcinek 11, recenzja

Kto by pomyślał, że przedmioty z naszych czasów mogą tak namieszać w życiu prywatnym jednego z załogantów USS Orville? 🙂 Poniżej możecie przeczytać o tym, jakie wrażenia po niedawnym odcinku „The Orville” mają Pifkowicze. Czy podobał nam się pomysł na odcinek (a w zasadzie dwa pomysły) i jaka była nasza reakcja na cameo znanego trekowego aktora? Zapraszamy do recenzji!

Recenzja według Śmiecha

Załoga Orvilla ma za zadanie dostarczyć do badań kapsułę czasu z początków XXI wieku, a wśród przedmiotów wyciągniętych z kapsuły znajduje się iPhone pewnej dawno zmarłej dziewczyny – Laury. Informacje o dziewczynie coraz bardziej wciągają Gordona Malloya i to do tego stopnia, że na podstawie tych danych ekstrapoluje całe życie Laury i odtwarza je w symulatorze (wolę nazwę „holodek”, ale nie wolno jej tu używać). 🙂 I cóż… Dochodzi do nieuniknionego – Gordon buja się w wyobrażeniu o postaci i zaczyna to wpływać na jego obowiązki służbowe. Dodajmy do tego typowe ekranowe miłosne perypetie, jak odrzucenie i manipulacje, ale w fantastyczno-naukowej otoczce i dostajemy odcinek może nie odkrywczy, ale z pewnością nostalgiczny i nastrojowy.

I just call to say I love you…

Co na plus? Kilka rzeczy można znaleźć… 🙂 Jest tu na prawdę dużo wspaniałych momentów, w których gęba sama zaczynała mi się uśmiechać. Kogo widzimy w pierwszych scenach w cameo? Samego Tima Russa, czyli aktora znanego ze Star Treka jako Tuvoka. To już kolejny trekowy aktor, który pojawia się w Orville’u! Tak trzymać! Co jeszcze? Yaphit w pewnym momencie mówi, że aby iPhone z XXI wieku zadziałał należy go wyłączyć i włączyć ponownie. Padłem! 🙂

Jednak największe oklaski zdecydowanie należą się wątkowi Bortusa i Clydena oraz ich uzależnieniu od papierosów i nikotyny. Sceny z ich udziałem są kapitalne, a to, jak pokazują uzależnienie, gdy zachowują się jak młodociani chowający się po kątach z petami, albo dymiący na mostku jak parowóz Bortus – to wszystko powoduje, że brzuch może boleć od śmiechu. Po tym odcinku stwierdzam, że Bortus jako comic relief sprawdza się chyba nawet lepiej, niż postać Malloya, który przecież od początku był kreowany na śmieszka.

I tu dochodzimy do pewnego zastrzeżenia, jakie mam do tego odcinka (poza pewną wtórnością głównego wątku). To drugi odcinek z rzędu, gdy największy luzak na okręcie, koleś w pierwszym sezonie pokazywany jako nieogarnięty i oderwany od rzeczywistości bałwan, nagle stawiany jest jako ktoś ukrywający w sobie pokłady mądrości i odpowiedzialności. Pamięta ktoś scenę w moclańskim sądzie, gdy Kelly pokazywała go jako imbecyla? Owszem, lubię niejednoznaczne postaci, które w ciągu trwania serialu zmieniają się i ewoluują, dlatego sama zmiana Malloya z nieodpowiedzialnego w godnego zaufania i doświadczonego życiowo jest konieczna i bardzo jej kibicuję. Boję się tylko sytuacji, w której scenarzyści zbyt często będą go doświadczać, bo wtedy cała przemiana dużo straci.

Orville przyzwyczaił nas do pewnego poziomu i tego poziomu konsekwentnie się trzyma. Widać to ewidentnie w tym odcinku, którego fabułę poniekąd już widzieliśmy, np. w Star Trek: The Next Generation w odcinku „Booby Trap„, gdy Geordi La Forge zakochał się w holoraficznej symulacji doktor Leahi Brams. Było? Było! Dlatego nie uważam tego odcinka „The Orville” za jakoś wybitnie odkrywczego. Powiedziałbym raczej, że jest wdzięczny, choć niestety też wtórny. Jednak ze względu na kapitalnie stworzone postacie i prostą, nieprzekombinowaną fabułę całość ogląda się dość przyjemnie, choć pewnie dość szybko o tym odcinku zapomnimy.

Gdybym jednak był złośliwy, to musiałbym też dodać, że fabuła i morał tego odcinka jest wspaniałą kontynuacją hasła „podążać tam, gdzie nikt nie dotarł” i „odkrywać nieznane”. Jak zwykle nie chodzi tu o odkrycia kosmiczne, ale również o poznawanie nas samych. I to jest prawdziwa kontynuacja myśli Roddenberrego, a nie jakaś wojna z Klangonami, czy kretyńska gonitwa za Czerwonym Aniołem.