The Orville – „Blood of Patriots” – sezon 2, odcinek 10, recenzja

Odcinek „Blood of Patriots” skupia się na sterniku Gordonie Malloyu i jego starym przyjacielu, który w momencie delikatnego unormowania stosunków z Krill (z nadzieją na stały pokój) pragnie wszystko zniszczyć w imię wendetty. Czy mu się uda? Czy to dobry odcinek?

Recenzja według Śmiecha

Nie da się ukryć, że pomimo kilku zabawnych scen był to jednak dość poważny odcinek.

Załoga Orvilla zostaje wysłana na bardzo delikatną misję: po wydarzeniach z poprzedniego tygodnia zaistniała niewielka szansa na porozumienie z Krill, więc Ed Mercer i jego ekipa muszą spotkać się z dotychczasowymi wrogami, by rozpocząć jakoś pokojowe rozmowy i nawiązać stosunki dyplomatyczne. Temat ciężki, bo do tej pory Krill traktowali nas jak największych przeciwników, a ta wrogość była dodatkowo podszyta religijnym fanatyzmem.

Wszytko zostaje postawie na ostrzu noża, bo tuż przed spotkaniem ekipa przechwytuje uciekinierów, którymi okazują się stary przyjaciel Gordona i jego córka, a którzy przez Krill są oskarżeni o terroryzm i zniszczenie trzech okrętów już po ogłoszeniu zawieszenia broni, do czego ów kumpel się nie przyznaje. I teraz powstaje dylemat: oddać przyjaciela na pewną śmierć w imię dobrych stosunków z Krill, czy olać ewentualne rozmowy pokojowe i ratować swojego człowieka? Oczywiście sprawy nie ułatwia kompletny brak dowodów i to, że w zasadzie mamy słowo przeciw słowu.

Moja pierwsza myśl po obejrzeniu odcinka była taka, że im dalej w las (czy bardziej: wraz z kolejnymi epizodami), tym mniej humoru. Owszem, rozbawił mnie sposób kupienia czasu przez Tallę, a moment, w którym zakłada gumową rękawiczkę był wręcz genialny, ale całość jest mimo wszystko dość ponura. Wiadomo, że na szali stawiamy życie (albo jednego człowieka, albo ewentualnych strat w późniejszych walkach). Cały nastrój jest potęgowany przez dwie kwestie: po pierwsze rzecz dotyczy sternika Malloya, czyli głównego śmieszka we wszystkich dotychczasowych odcinkach. Skoro nawet on robi się ponury i zamyślony, to widz – mając w pamięci jego wcześniejsze wybryki – niejako automatycznie przyjmuje, że jest groźnie.

Po drugie: świetna realizacja. „The Orville” podążą drogą przetartą przez seriale lat 80-tych i 90-tych, czyli prezentuje wyraźne kadry i jasno oświetlone wnętrza. Takie podejście powoduje, że realizacja wydaje się optymistyczna (a przynajmniej na „klatce stop”). Rzecz w tym, że fabuła, gra aktorska, mimika i dialogi świadczą o czymś zupełnie innym i powstaje lekki dysonans, który znakomicie potęguje w widzach (a przynajmniej we mnie) poczucie niepewności i zagubienia. Jeśli taki sposób realizacji odcinka to świadoma decyzja twórców, to muszę oddać im honor: dobra robota.

Przyznam, że zaskoczyła mnie końcówka. Oczywiście wiadomo było, że załoga Orvilla wyjdzie zwycięsko i jakoś uda się przetrwać dyplomatyczny kryzys, ale zagadką pozostawał sposób dojścia do zakończenia. Przewidywałem, że kumpel Malloya – Orrin – sam pójdzie po rozum do głowy i zwycięży w nim wychowanie i przekonania Unii, ale się myliłem. Był zawzięty do końca… Ciekawe. 🙂 Czyżby w świetlanych zasadach Unii (i ich podejściu do jednostki, etyki i dobra prawie toczka w toczkę takiego, jak w trekowej Federacji Zjednoczonych Planet) pojawiały się rysy? Czyżby nie wszyscy obywatele święcie wierzyli w zasady będące podwaliną ich świata?

Jeśli miałbym się czepiać, to jedynie do dwóch rzeczy. Po pierwsze scena ucieczki z kajuty „córki” Orrina i jej zatrzymania, która wydała mi się lekko nierealna. Może za mało było paniki w oczach Claire, może całość przebiegła zbyt szybko i zakończyła się bez przeszkód w stosunku do tego, jak o zagrożeniu mówiono? Po prostu nie czułem żadnego zagrożenia dla postaci na ekranie. Drugi minus, to brak Isaac’a i następstw tego, co zrobił. Wiemy, że po wydarzeniach z zeszłego tygodnia jego pozycja wśród załogi jest zupełnie inna, niż przed atakiem Keylonów na Ziemię i wydawało by się, że powinno to być jakoś pokazane na ekranie, ale tak się nie stało. Isaac pojawił się na ekranie dosłownie w jednej scenie, a załoga „The Orville” odnosiła się do niego tak, jak zwykle. Ale powiedzmy sobie szczerze: te minusy, to szukanie przeze mnie dziury w całym.

Podsumowując: to ciągle bardzo dobry serial. Spójny, z wyrazistymi bohaterami i przede wszystkim mocno wciągający. Taki, który swoją tematyką i pytaniami o moralność powoduje zamyślenie nawet po przewinięciu napisów końcowych i odejściu od ekranu. Mam nadzieję, że producenci dadzą zielone światło na nakręcenie trzeciego sezonu. Najwyższy czas, by jakieś informacje na ten temat się pojawiły. W sumie o kontynuacji tak „genialnego” dzieła, jak Star Trek Discovery wiemy do kilku tygodni. Dlaczego ciągle nic nie wiadomo o kontynuacji „The Orville”?

I kto wymyślił, by odcinki nadawać czasami co tydzień, a czasami co dwa tygodnie? Teraz znowu czeka piątek bez „The Orville”… 🙁