Star Trek Discovery – „Jeśli pamięć nie myli” – sezon 2, odcinek 8, recenzja

Początek ostatniego odcinka Star Trek Discovery rozpoczyna się ciekawym zabiegiem, a mianowicie błyskawicznym montażem scen z pierwszego w ogóle odcinka Star Trek, czyli pilota „The Cage” sprzed ponad 50-ciu lat. Jak to wkomponowuje się w resztę tego epizodu oraz całej serii? Zapraszamy do recenzji.

Recenzja według Mavisa

Przyznaję, że początkowy montaż ujęć z oryginalnego Star Treka mnie zaskoczył, tylko nie jestem w stanie się określić czy pozytywnie, czy negatywnie. Jednym słowem: nadal mam mieszane uczucia co do takiego wstępu. Zastanawiam się jedynie, czy taki wstęp był konieczny, gdyż w tym odcinku odwzorowano niektóre sceny, jak i opowiedziano co wydarzyło się wcześniej. Z drugiej strony wiemy, że Discovery działa na osobnej licencji. Ok, może nie wszyscy sobie zdają z tego sprawę, ale zarówno filmy od 2009 roku jak i Discovery działa na osobnej licencji. Prościej mówiąc: te produkty są osobnym bytem i do seriali z lat 80-tych i 90-tych mają się tak, jak „Zagubieni w kosmosie”, czy „Gwiezdne Wrota”. Dlatego nawet jeśli w obecnych Star Trekach jest odwołanie do „Prime Time”, to trzeba pamiętać, że ten zwrot ma łudząco nawiązywać do wcześniejszych seriali i filmów, ale tak nie jest. Spock Prime z filmu 2009, nie jest Spokiem z Oryginalnej serii czy późniejszych filmów. To zupełnie inny wariant tamtych postaci czy wydarzeń.

Wracając do fabuły: znowu mamy podział na dwie historie, Spocka i jego „siostry” oraz Pike’a i Voqa. Burnham idąc tropem współrzędnych trafia na planetę Talos IV, gdzie spotyka Vinę i Talosian. Okazuję się, że Spock połączył się umysłem z Czerwonym Aniołem, ale przez promieniowanie tachionowe mógł wyczytać tylko, że Anioł jest człowiekiem. Przez takie zlanie jaźni jego umysł przestał myśleć „linowo”, przez co jednocześnie jest w przeszłości, przyszłości i teraźniejszości. Dlatego też bełkoce. Talosianie zgadzają się „naprawić” umysł Vulkanina w zamian za wspomnienia Burnham z momentu kłótni z bratem.

Co mi się podobało w tej części? Po pierwsze iluzja po pojawieniu się na orbicie Talos IV, a następnie stwierdzenie Spocka, że całe poświęcenie Burnham to nie jej zasługa, tylko cześć planu Spocka.

Co mi się nie podobało ? To, że tu nie chodziło o naprawienie Spocka. Tak naprawdę pod płaszczykiem historii widz dowiedział się, jakie traumatyczne wydarzenie podzieliło rodzeństwo. Otóż – o zgrozo – Burnham nazwała Spocka „mieszańcem”. To wydarzenie wyryło głęboką rysę w życiu bohaterki, a Spock zrozumiał, że trzeba odrzucić ludzkie uczucia. Wolałbym aby scenarzyści nie odkrywali tej karty, bo to takie słabe, że głowa boli. Każdy, kto ma rodzeństwo, czy choćby chodził do szkoły podstawowej zapewne pamięta, że takie i inne wyzwiska czy przywary były chlebem powszechnym. „Jesteś głupi”, „nie to ty jesteś głupi”, „a twoja stara…” Chyba wiecie o co chodzi. Gdyby dzieci miały się tak obrażać, to pierwsze znajomości zawarły by w wieku trzydziestu paru lat… Istna paranoja. Tak więc cała wielka zbrodnia, jaką Burnham wyrządziła Spockowi, ma wagę stwierdzenia „jesteś głupi”. Głupie.

Na dodatek dowiadujemy się, że cała akcja serialu Discovery to tak naprawdę odrębna linia czasowa (abstrahując od faktu, że licencyjnie Discovery jest osobą linią czasową, niż oryginalne seriale), ponieważ w „pierwotnej” linii czasowej Burnham umarła jako dziecko zabita przez potworka, który jest podobny do potworka z filmu Star Trek 2009. Nawet nie będę się czepiał, że obecność takich zwierząt w okolicy domostw nie był w pewien sposób był zabezpieczony elementami otoczenia w postaci jakiś ogrodzeń, czy bardziej „ufortyfikowanych” budynków. Wracając do meritum, to dzięki wizji Czerwonego Anioła Burnham zostaje uratowana. I jeśli powrócimy do przewidywań po poprzednim odcinku, że Aniołem jest nie kto inny, jak sama Burnham, to uratowanie samej siebie…. Hmm… Podobny motyw był w „Harrym Potterze”, gdzie starszy Potter cofnął się w czasie i uratował swoje młodsze wcielenie przed śmiercią. Jak za pierwszym razem się zestarzał? Nie wiem i raczej nie chcę wnikać.

Drugi wątek: ogólnie rzecz biorąc, po wielkiej przyjaźni miedzy Pikem a Ashem, która nastąpiła w poprzednim odcinku, przyszła pora na melodramatyczną scenę, w której Voqowi została przypisana zdrada i sabotaż Discovery. Naprawdę tak się przejąłem całą tą sytuacją, że nawet nie mam żadnej analogii do przytoczenia. Jedyne co dobre, to postać Pike’a lekko zaświeciła w tym odcinku, a scena między nim a Viną, była dość intymna, przez co postać ta zyskała nieco głębi. Natomiast jak to bywa w Discovery, Pike, musiał prosić o zgodę całą załogę mostka przed dokonaniem pewnej niesubordynacji względem nadanych mu rozkazów.

W odcinku spotkamy się jeszcze z bójką między Ashem, a Dr Hughiem… Do bójki doszło gdyż:

  1. Doktorek ma żale, że został uśmiercony przez Voqa,
  2. Ash czuje się winny zabicia Hugh’a,
  3. Saru pozwala na takie rozwiązanie.

Co tu się wyprawia…? Ma się rozumieć, że przez brak statystów znanych z innych pomieszczeń na statku, większość osób w mesie, to obsada mostka (tak wiem czepiam się).

Kolejny motyw, to dalszy ciąg przygód Sekcji 31. Nadal nie wiemy dlaczego Sekcja chce uwikłać Spocka w morderstwa sanitariuszy oraz tak naprawdę nie wiemy, jakimi motywami kieruję się chcąc rozwiązać zagadkę Czerwonego Anioła.

Aha, byłbym zapominał. Spock przez kontakt z Czerwonym Aniołem widzi przyszłość, w której nieznana siła niszczy Ziemię, Andor i inne planety. Czyli teraz dowiadujemy się, o co naprawdę chodzi w tym sezonie. Nie wiem również, czym kieruje się Imperatorka w całym tym zamieszaniu, ale jest wyraźnie zadowolona igraniem z Lelandem. Oprócz tego dowiadujemy się, że Georgiou ma „haka” na swojego przełożonego: otóż zabił on rodziców Burnham… Ja się pytam: i co z tego? Dlaczego to jest „hak”? Przecież to Sekcja 31, pewnie miał takie zadanie, to je wykonał. Nie ogarniam tak podle wyprowadzonych intryg.

Jak oceniam ten odcinek? Ogólnie ciekawy, gdyby nie całokształt, w tym dziecinne zagrania scenarzystów.

Recenzja według Śmiecha

W przeciwieństwie do Mavisa zauważam kilka pozytywów tego odcinka. Ale po kolei.

Ujęcia z oryginalnego TOSa wplecione w odcinek to bardzo ciekawy zabieg, ale też zastanawiam się, jak pokazywanie serialu kręconego 50 lat temu ma się do Discovery? Przecież to inne realia, mundury, technologia, itd. Czy w ten sposób twórcy starają się nam jakoś pokazać, że TOS i DIS faktycznie dzieją się w tym samym czasie w tej samej linii czasowej? Niestety realia świata przedstawionego w obu serialach są tak od siebie odmienne, że bardzo trudno jest zaakceptować mi to podejście.

Inna myślą, która przyszła mi do głowy jest to, że Twórcy z rozmysłem mają w nosie (żeby nie powiedzieć gorzej) realia, a skupiają się tylko na fabule. Innymi słowy my, widzowie, mamy przymknąć oko na fakt, że według serialu kilka miesięcy przed wydarzeniami przedstawionymi w DIS cały świat przedstawiony wyglądał inaczej. I że pokazana na ekranie technologia, miejsca i osoby umownie są te same. Czyli mamy skupić się na wydarzeniach. Jeśli to mają twórcy na myśli, to jakoś średnio im to wychodzi.

Abstrahując jednak od różnic w wizualnych aspektach TOSa i DIS stwierdzam, że odcinek oglądało mi się przyjemniej niż poprzednie. Przede wszystkim odczułem spowolnienie tempa, w jakim fabuła biegnie do przodu. W odcinku „Jeśli pamięć nie myli” kamerzysta i scenarzysta wyraźniej się uspokoili, dają czas widzowi na oddech, a to bardzo potrzebne.

Co jeszcze? Hmmm… Przypadek Viny pokazuje, że najlepszym strojem do łażenia po skalistej obcej planecie są szpilki i miniówka. 🙂 Wiem, w TOSie tez tak było, ale miałem nadzieję, że sposób kręcenia seriali oraz przedstawienia kobiet w telewizji poszedł przez 50 lat do przodu.

Miło było w końcu zobaczyć, jak dumną Michałę ktoś wreszcie sprowadza to pionu. Moment, w którym Spock wyjaśnia, że wszystko było częścią jego wielkiego planu, a Michała odgrywała w nim tylko swoją rolę był świetny. Tak, wiem. 🙂 Nie lubię postaci Michały i każdy psztyczek w jej nos będzie mnie cieszył. 🙂

I to w zasadzie tyle, bo nie chcę powtarzać tego, co Mavis opisał powyżej. Chociaż o psychicznej ranie, którą pozostawiła na młodym umyśle Spocka Michała też muszę wspomnieć, jako o największej chyba bzdurze tego odcinka. Jest to tym bardziej drażniące, że wszyscy wiedzą, że nie brzmiało to groźniej, niż poważne dziecięce kłótnie. Nawet sam Spock w swoim logicznym podejściu tak stwierdza, a jednak nie umie odpuścić i ciągle jest na Michałę cięty.

Podsumowując: odcinek, jak odcinek. Może i lepszy od kretynizmów pokazywanych wcześniej, ale nie oszukujmy się. Zbyt dużo zostało zepsute, by teraz jednym epizodem wszystko naprawić. Chociaż kierunek zmian jest jakby obiecujący…