The Orville – „Identity, Pt. 2” – sezon 2, odcinek 9, recenzja

Za nami pierwszy podwójny odcinek „The Orville” i zamknięcie wątku zdrady Isaaca. Jak poradziła sobie Unia z najpoważniejszym konfliktem w historii? Czy ekranowa załoga Orville’a poradziła sobie z Kaylonami, a prawdziwa ekipa filmowa z wykonaniem odcinka? O tym wszystkim przeczytacie poniżej.

Recenzja według Śmiecha

Jak to mówią pewne znajome Krakowianki: „było grubiutko”. 🙂 Za nami odcinek „The Orvile” zrobiony chyba z największym do tej pory rozmachem. Rozpoczyna się sceną z załogą okrętu uwięzioną w hangarze, a wtedy dowiadujemy się, jaki jest plan Keylonów. Chcą wykorzystać kapitana Mercera do tego, by zwieść Unię i jak najbliżej podejść do Ziemi, by móc ją wtedy pokonać z zaskoczenia. Czyli są sprytni i unikają otwartej walki.

Oczywiście załoga Orvilla nie pozostaje bezczynna i na wszelkie sposoby (oraz z narażeniem życia) stara się powiadomić Ziemię o nadciągającym niebezpieczeństwie, a także zdobyć pomoc. W tym celu Yaphet z młodym Ty’em przekradają się do sterówki, skąd nadają sygnał na Ziemię, a Gordon z Kelly wykradają prom i w desperackim kroku udają się do innych zaciekłych wrogów – Krill, by w myśl zasady „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem” poprosić o wsparcie. Całość kończy się ogromna bitwą kosmiczną (która jak diabli kojarzyła mi się z bitwą pod Wolf 359) i – co w sumie zaskoczeniem nie było – wygraną sprzymierzonych sił unijno-krillskich.

Po emisji tego odcinka mam kilka spostrzeżeń. Przede wszystkim takie, że na ekranie widać w tym sezonie większy budżet, niż w poprzednim. Finalna bitwa miała całkiem spory rozmach, jak na standardy telewizyjne. Mogę tylko podejrzewać, że przygotowanie i realizacja bitwy, wszystkich animacji, CGI i efektów w postprodukcji pewnie pociągnęły sporą ilość środków z budżetu. Tym bardziej, że – jak już wspomniałem wcześniej – do tej pory w serialu nie było chyba podobnych scen. Owszem, zdarzały się pojedyncze starcia, ale obejmowały maksymalnie 4 okręty, a tu były ich dziesiątki. Jak zwykle muszę tutaj pochwalić przejrzystość realizacji scen walki kosmicznej. Mimo czasami szalejącej kamery przez cały czas było wiadomo co widzimy na ekranie, kto strzela, w jakim kierunku i kto obrywa. Brawo. Ciekaw jestem, co na ten temat ma do powiedzenia nasz Mavis, bo w sumie CGI to jego „konik”.

Choć chwalę zwykle scenariusz Orvilla, to tym razem jednak muszę troszeczkę ponarzekać na skróty, którymi scenarzyści ułatwili sobie robotę. Widzimy na przykład, jak Yaphit dwukrotnie wykrada się ze strzeżonego hangaru. Ok, tylko od razu nasuwa się pytanie: czy Keyloni nie zdawali sobie sprawy, że Yaphit jest przedstawicielem gatunku zmiennokształtnych żelków? I że może bez problemu przecisnąć się przez niewielkie szpary, a tym bardziej przez kanał o szerokości metra? Poza tym nie zwrócili uwagi na to, że wyłączył jednego z Keylonów w zbrojowni, a to oznacza, że Kwyloni nie są przez cały czas połączeni jakąś bezprzewodową siecią. 🙂

Mam z Yaphitem inny problem, a mianowicie to, że jakimś cudem udało mu się poznać anatomię… Nie, złe słowo. 🙂 Udało mu się podczas ataku na Keylona poznać jego budowę na tyle, by w jednej z ostatnich scen wślizgnąć się do Isaaca i go naprawić, chociaż w poprzednim odcinku wyraźnie pokazywano, że załoga nie ma najmniejszego pojęcia, jak zabrać się do naprawy. Wprost twierdzili, że budowa Isaaca jest zbyt skomplikowana, jak dla nich. A tu proszę, wystarczyło tylko wlać inżyniera do obudowy robota. 🙂 Poza tym zastanawia mnie to, że po scenie wślizgnięcia się do obudowy Isaaca do końca odcinka nie widać już Yaphita na ekranie. 🙂 Czyżby został w środku? Czyżby był nieodzowny, by Isaac mógł działać?

Za to pochwalam z całego serca pomysł, by do bitwy jako sprzymierzeńców „mimo woli” wciągnąć Krill. Świetny pomysł, nie pomyślałem o tym. Daje to ogromne możliwości rozwoju fabuły, daje jakąś nić porozumienia, nadzieję, że utopijna wizja życia w zgodzie jest możliwa. Innymi słowy: Roddenberyzm pełną gębą. 🙂 Popieram!

Chociaż muszę też przyznać, że gdy już Krill pojawili się na ekranie, to miałem ogromną nadzieję, że uda się też jakoś powiązać to wszystko z wątkiem Teleyi, czyli Krillki udającej miłość kapitana. Mogłaby na przykład pojawić się w gdzieś w siłach przybywających Unii na ratunek. Przyznaję, że po emisji, gdy już było wiadomo, że Teleya nie została ujęta w scenariuszu poczułem lekki zawód, ale z drugiej strony… W sumie gdy na siłę scenarzyści próbują do odcinka wepchnąć zbyt wiele wątków robi się bałagan, co widać w równolegle emitowanym serialu z „Discovery” w nazwie. 🙂 Więc może to dobrze, że Teleyi nie było.

Na koniec zostawiam wątek Isaaca. Nie było chyba zaskoczenia tym, że Isaac zdradził własną rasę, by ratować tych, których polubił. Wszyscy spodziewali się, że robot nie znający uczuć w miarę przebywania z ludźmi zaprzyjaźni się z nimi i zrozumie, jaką uczucia mają ogromną wartość. Widzieliśmy to już na ekranie (porucznik Data!). Pytanie nie brzmiało więc „czy Isaac pomoże załodze”, ale „w jaki sposób”. Czy scenarzyści pokazali tu coś ekstra? Ciężko powiedzieć. Dla mnie było ok, w skali szkolnej mógłbym dać za ten wątek czwórkę.

Natomiast bardzo spodobało mi się zamknięcie tego wątku, a mianowicie to, jak Ed walczył o to, by Isaaca nie karać (bo w ten sposób potwierdzilibyśmy, że zdanie Keylonów o „biologicznych” było słuszne), a także to, że stosunki Isaaca z Claire nie są już tak biało-czarne. Jako przykład złego prowadzenia scenariusza znowu pokażę Discovery. 🙂 W ostatnim odcinku wystarczyło kilka-kilkanaście minut zagrożenia, by nie cierpiące się osoby zaczęły się szanować. Kapitan Pike i Ash Tyler wcześniej warczeli na siebie, ale sytuacja walki o własne życie, gdy robili to, co musieli, by przeżyć spowodowała, że nagle zapałali do siebie ogromną przyjaźnią. W Orvillu zmiana stosunków po trudnych przejściach jest o wiele lepiej pokazana. Zamiast banału mamy mieszankę uczuć. Zamiast wolty o 180 stopni mamy poplątanie miłości, z odrzuceniem i nadzieją, a także niemą prośbę o danie sobie chwili na „poukładanie wszystkiego w głowie”.

I w ten sposób coś, co wydawało się na początku być parodią Star Treka okazuje się mieć lepiej prowadzonych i wielowymiarowych bohaterów, niż Discovery z ich płaskimi postaciami. Koledzy pewnie też potwierdzą, że Disco nie dorasta Orvillowi do pięt w zakresie scenariusza i bohaterów. I to pomimo uproszczeń, na które w tym odcinku pozwolili sobie twórcy „The Orville”.

Recenzja według Mavisa

Dla mnie ten odcinek, to coś pięknego w sensie wizualnym, ponieważ większość odcinka ukazuje przemieszczenie się floty inwazyjnej oraz przebieg bitwy. Mimo to nie zabrakło fabuły, czyli rozwoju sytuacji oraz losów poszczególnych postaci.

Teraz ponarzekam trochę… na Śmiecha, przez którego właściwie nie mam o czym pisać. Dlatego zamiast wtórować mojemu przedmówcy, skupię się na może bardziej banalnych rzeczach, ale są to elementy na które zwróciłem uwagę.

Dopiero w tej części zauważyłem, że Kayloni różnią się między sobą. Tak, od razu widać, że Isaac ma niebieskie oczy. Dotarło jednak do mnie, że Kaylon Prime ma czerwone oczy, a pozostali pomarańczowe. Te detale przypominają mi o pewnym wywiadzie z twórcami Star Treka (nie Discovery) , w której osoby odpowiedzialne za kostiumy, opowiadały, iż ważniejszym postaciom danej rasy dodają jakiś dodatkowy element do stroju który ich wyróżnia z „tłumu”. Tu mamy na to świetny przykład. To również odnosi się do dowódcy Krillów, który przy szyi ma pin (oznaczający jego rangę).

Odcinek jest nafaszerowany efektami komputerowymi. Patrząc wstecz, to tylko w pierwszym odcinku czułem niedostatek efektów, w pozostałych odcinkach ich nie brakowało. Jeśli chodzi od strony produkcyjnej, to studio zajmujące się efektami musiało pracował nad nimi prawie od samego początku. Ale nie mieli tak źle, praktycznie już dysponowali modelami jednostek Unii i Krillów. Jak się przypatrzeć, to w zasadzie mamy dwa typy okrętów Kaylonów, dwa kolejne Krillów oraz z cztery typy Unijne. Wystarczyło te wszystkie modele powielić. Najwięcej czasu zajęło ustawienie tego wszystkiego. A sceny bitewne robią wrażenie, sam Orville obrywa dość mocno dwukrotnie. Mi bardziej przypominały to zmagania flot federacyjnych z Dominium w ST:DS9. Byłbym zapominał: podczas bitwy zostaje wymieniony USS Hawking.

Na koniec wspomnę o jeszcze jednej rzeczy. Otóż nie wiem jak ten serial to robi, ale w scenie gdy Ed chciał ostrzec Unie przed siłami inwazyjnymi miałem cień nadziei, że USS Roosevelt ucieknie. Zrobiło mi się smutno, że jednak nie, a Kapitan Ed widzi jak ginie Kapitan Markos, jego były instruktor. Dlatego tak lubię Orvilla. Przez minutę widziałem osobę na ekranie i już mi się zrobiło smutno. Tak naprawdę to więcej uczuć wiążę z całą załogą Roosevelta, niż z niejaką Burnham przez dwa sezony…