Star Trek Discovery – „Światło i cienie” – sezon 2, odcinek 7, recenzja

Kilka dni temu internet obiegła wiadomość, że Star Trek Discovery dostało zielone światło na nakręcenie trzeciego sezonu tego serialu. Zachwyceni (lub nie) tą wiadomością wracamy do spraw bieżących, czyli do recenzji ostatniego odcinka. Zapraszamy!

Recenzja według Śmiecha

Bałagan. To jedno słowo według mnie idealnie oddaje to, co działo się w tym odcinku. Przyznaję, że oglądanie potworka było po prostu męczące…

Mamy tutaj dwa wątki. Pierwszy z nich dotyczy Michały, która z cichym błogosławieństwem kapitana wyrusza na Vulcana, by poszukać tam Spocka. Oczywiście znajduje go bez problemów po jednej rozmowie z przybraną matką (bo to super-Michała, a nie zwykła postać), ale niestety nie wyjaśnia to w ogóle intrygi, bo Spock jest z okropnym stanie psychicznym i nie jest w stanie odpowiedzieć na żadne pytania, ani w ogóle pomóc w sprawie „Czerwonego Anioła”.

Jak Spock znalazł się na Vulcanie? Nie mam pojęcia. Tak samo jak nie wiem, jak jego ojciec planował go znaleźć telepatycznie. Nie rozumiem zasad rządzących telepatią Vulcan, bo zawsze myślałem, że w uniwersum Star Treka to inna rasa – Betazoidzi bardziej nadawali się do porozumiewania za pomocą myśli. Smutne też było patrzeć, jak jedna z najbardziej ulubionych postaci nie tylko w Star Treku, ale w całym science-fiction zachowuje się tak niestabilnie.

Później nie było lepiej… Michała ze Spockiem oddają się w ręce Sekcji 31, by ta swoimi zasobami spróbowała przywrócić Spocka do normalności i dzięki temu nawiązać z nim nić porozumienia, a ostatecznie wypytać o wszystko. Tyle że plan leci w łeb, bo od złej Giorgiou Michała dowiaduje się, że sekcja nie zamierza uleczyć Spocka, tylko brutalnie wyszarpać z jego mózgu całą wiedzę. Jak to się stało, że w sekcji 31, ściśle tajnej jednostce szpiegowskiej ocierającej się o paranoję w zachowaniu swoich członków nikt nie zauważył wyłączenia kamer na całą minutę? Po cholerę w ogóle włączać jakiś nowy wątek zabójstwa rodziców Michały przez szefa sekcji 31? W ogóle dlaczego ów szef tak bardzo przejął się hakiem, który miała na niego zła Giorgou? I w ogóle co to za rewelacja, że jest winien śmierci rodziców Michały? Zabił rodziców Michały, to zabił! Jako szef tajnej jednostki z pewnością miał jakąś „licencję na zabijanie”. Czyżby tak bardzo bał się Michały, że akurat to konkretne zabójstwo tak bardzo chce ukryć? Najważniejsze pytanie jednak brzmi: po co wprowadzać nowy wątek do tego bałaganu?

I niech mi ktoś wyjaśni dlaczego to znowu Michała musi być tak bardzo genialna, że to tylko ona wpada na pomysł, by wyglądające na losowe liczby powtarzane przez Spocka odczytać od tyłu? Na co cierpi Spock, że liczby podaje wspak? Wiecie po co to wszystko? Bo fajnie wygląda. Sensu nie ma, ale wygląda świetnie…

Ok, ale zostawmy to, bo teraz czas na drugi wątek, czyli badanie szczeliny czasowej przez załogę Discovery. Otóż okręt został na orbicie ojczystej planety Saru, by zbadać tą szczelinę w nadziei na uzyskanie informacji o pochodzeniu Czerwonego Anioła. Tylko że regułami rządzącymi szczeliną rządzi chaos. Wyruszający na jej zbadanie w promie kapitan i człeko-klingon zostają przez nią wciągnięci i znikają z radarów Discovery, jednocześnie będąc atakowanymi przez przybyła z przyszłości sondę, którą sami wypuścili.

Tyle ogólny zarys tego wątku. Już widać, że nieźle jest zakręcony, ale niestety scenarzyści nie pomagają widzom i nie wyjaśniają praktycznie żadnych zagadek. W dodatku sami powiększają chaos na ekranie durnymi decyzjami. Dlaczego prom nie został zniszczony podczas ataku sondy, skoro ta przebiła poszycie? Jak to się stało, że tam ciągle było powietrze? Dlaczego do ratowania kapitania i Tylera Stamets użył teleportera? Czyżby teleport potrafił przenosić ludzi nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie? Po cholerę dodatkowe motanie w głowach widzom tekstami o tym, że Stamets przybył na prom za 10 minut? (sic!) Jak to jest, że Stamets potrafi ręcznie obliczyć współrzędne powrotne dla teleportera, a komputery Discovery tego nie potrafią? A na koniec: czy ktoś w ogóle zauważył, że wybuch szczeliny, przed którym w ostatnich sekundach uciekała załoga Discovery, zdarzył się na orbicie zamieszkanej przez dwie rozumne rasy planety? Co stało się z Ba’ul i Kelpianami?

I najważniejsze: czy dowiedzieliśmy się czegoś o Czerwonym Aniele? Czy cała ta operacja miała jakiś sens? Nie! Prom zostaje zniszczony, a cała akcja ma na celu tylko dwie rzeczy: dodać do serialu kolejny wątek o zarażeniu systemów statku (i androidki na mostku,) jakimś wirusem z przyszłości i pogodzić kapitana z Tylerem. To pierwsze będzie rozwijane w następnym odcinku, więc póki co niewiele jeszcze wiadomo, ale może w końcu androidka do czegoś się przyda. To drugie jest co najmniej śmieszne.

Kapitan i Tyler nie lubili się i było to widać. Wprawdzie była to relacja niesymetryczna, bo człego-klingon szczekał i stawiał się otwarcie kapitanowi, a ten odpowiadał tylko przyjmowaniem wszystkiego na klatę, to jednak się nie lubili. Wystarczy jednak jedna wspólna wyprawa, jedno kilkuminutowe zagrożenie dla życia, by stali się najlepszymi przyjaciółmi. A zapytajmy szczerze: czy cokolwiek zmieniło się w ich obowiązkach? Czy ich motywacja się zmieniła? Nie! Jeden z nich dalej jest tylko łącznikiem sekcji 31, a drugi jest podwładnym Floty. Jeden uważa Czerwonego Anioła za zagrożenie i jest gotów wyeliminować to zagrożenie nawet kosztem trupów, drugi kombinuje, czy przypadkiem Anioł nam nie pomaga, a do tego chce uratować Spocka. Ich stosunki zmieniły się o 180 stopni, chociaż w rzeczywistości MUSIELI współpracować, by uratować WŁASNE życie. Dlatego uważam tą woltę w ich wzajemnych stosunkach i te oznaki szacunku na końcu za tak nierealne.

Jak już wspominałem na początku, według mnie jedyne słowo podsumowujące scenariusz odcinka to „bałagan”. Jest widowiskowo, szybko, wybuchowo i widz nie ma czasu, by się nad czymkolwiek zastanowić, bo wszystko pędzi i gna na złamanie karku do przodu. Tu nie ma chwili oddechu, zastanowienia i wyciszenia, więc idiotyzmy scenariusza przyjmuje się podświadomie. I dlatego oglądanie serialu tak mnie męczy. W trakcie seansu: bo tempo wydarzeń na ekranie wymaga ciągłego skupienia, a później, bo uświadamiam sobie, co tak naprawdę zostało mi pokazane.

Bałagan…

Recenzja według Mavisa

Ten odcinek mnie zaskoczył, jednak to nie było pozytywne zaskoczenie… Niestety. Sądziłem, że serial reprezentuje pewien poziom i dziury fabularne to codzienność. Jednak tym razem było inaczej. Wygląda na to że scenarzyści poszczególnych odcinków nie konsultują ze sobą wydarzeń z poszczególnych odcinków. I już nawet nie chodzi o drobne niuanse typu jednozdaniowego wspomnienia, np. że komunikacja holograficzna sprawia problemy na okrętach federacji. Tym razem chodzi mi o argumentację Burnham do wzięcia urlopu. Otóż uzasadnia, że dawno nie widziała swoich rodziców (obydwu), z czym Pike bez zająknięcia się zgadza… Nikt już nie pamięta, że dwa odcinki temu na okręt przybyła jej matka? Wszyscy w tym odcinku zachowują się jakby epizod z przybyciem matki Spocka na Discovery w ogóle nie istniał, albo to działo się z pół roku temu…

Wracając do odcinka, to w 100% zgadzam się ze Śmiechem. Z mojej strony mogę dodać, że akcja w wahadłowcu nawet mi się podobała gdyby nie dziadostwo scenariusza. Już nawet nie wnikam, dlaczego rozsądniej było wysłać sondę z wahadłowca, a nie z okrętu. Wyglądało jakby twórcy chcieli pokazać ciut charyzmy u Pika i to im się w większości udało. Jednak cały obraz był niszczony przez takie wątki jak choćby kazanie do Asha o niesubordynacji względem kapitana, czy magiczna akcja ratunkowa Stametsa. W tym wątku również po raz kolejny zaświeciła Tilly, jednak znów było to moje negatywne odczucie, bo w tej chili postać ta kreowana jest jako osoba ze świetnymi pomysłami, ale nie potrafiąca zapiąć własnego buta.

Z jednej strony cieszę się, że Burnham miała własny wątek, gdyż nie było jej na okręcie, z drugiej strony smucę się, bo jednak zajmowała pół odcinka. Zabawne wydało mi się, gdy lądowała promem na Vulcanie (zabawne, nie znaczy, że scenarzyści nie dogodzili). Chodzi o kontrolę powietrzną, która zainteresowała się promem, dopiero gdy ten znalazł się nad miastem. Taki mały szczegół, który jest kolejna kroplą w niekonsekwencji tego serialu. Jak wiemy z pierwszego sezonu Sarek mógł telepatycznie „sięgnąć” do Burnham, z pewnością to samo chciał zrobić ze Spockiem. Niestety kamienie Katra są jak izolacja i ukrywają obecność Vulkanina. Tzn, że Spock ciągle ze sobą miał taki kamień? Przecież nie był ekranowany od momentu ucieczki. Przynajmniej nic o tym nie wiemy. Swoją drogą to Romulanie w tej wersji powinni być ciekawi, bo zasadniczo powinni dysponować takimi samymi możliwościami telepatycznymi.

Podsumowując: niestety mimo potencjalnie dobrego wątku w wahadłowcu jest to odcinek jest słaby. Jedyny wątek, który wydaję się ciekawy, to dalsze losy Androidki (jakkolwiek ona ma na imię).

PS. Chyba jedynym dobrym motywem, jaki ten odcinek wywarł na mnie, to chęć obejrzenia odcinka „Shuttlepod One” (ST:Enterpise ). Akcja z ziemniakiem, to jest dopiero to.