The Orville – „Identity, Pt. 1” – sezon 2, odcinek 8, recenzja

Ten odcinek jest wyjątkowy: jest to pierwsza część dwuodcinkowego epizodu, który porusza wątek Isaaca. Jeśli nie oglądaliście jeszcze tego odcinka, to nie czytajcie naszej recenzji. A jeśli znacie fabułę lub nie zwracacie uwagę na spoilery, to zapraszamy do przeczytania naszego tekstu.

Recenzja według Mavisa

Fabuła zaczyna się dość niewinnie, doktor Claire wraz z Isaaciem oznajmiają chłopakom dr. Finn, że chodzą ze sobą. Niestety sztuczna inteligencja się wyłącza. Kapitan Ed, po konsultacji z dowództwem, wyrusza w daleki zakątek galaktyki do ojczystej planety Kaylon-1, aby ocalić członka załogi.

Przybycie statku na orbitę uruchamia systemy obronne planety i kompletny skan okrętu. Widz od razu widzi, że to dość niebezpieczne, gdyż skan jest inwazyjny: przez chwilę systemy statku są wyłączone. Na szczęście udaje się nawiązać kontakt, a tubylcy podają współrzędne lądowania. Sekwencja przelotu Orville’a do punktu docelowego jest po prostu majestatyczna, melodia przypomina znajome nuty ze Star Trek: Gniew Khana (scena bitwy w mgławicy).

Na miejscu poznają przywódcę Kaylon Prime, któremu Ed przedstawia możliwość dołączenia do Unii oraz prosi, aby aktywować Isaaca, gdyż jest on cennym członkiem załogi. Można powiedzieć, iż Isaac jest zaskoczony ponownym uruchomieniem, gdyż jego misja poznania ludzi się skończyła. Jednak jego pierwsze słowa brzmią „Czy decyzja została podjęta?”. Muszę wspomnieć, iż pomieszczenie, w którym pracują roboty, przypomina ustawienie alkowy Borga. Należy też zaznaczyć, że w przeciwieństwie do niebieskich „oczu” Isaaca pozostali przedstawiciele mają „oczy” w kolorze czerwonym.

Kaylon Prime zwleka z podjęciem decyzji, co Komandor Kelly Grayson kwituje zdaniem: „to dziwne, gdyż jest to decyzja zero jedynkowa (tak, lub nie), co przy tak inteligentnej rasie powinno skutkować szybką odpowiedzią”. W miedzyczasie następuje pożegnalne przyjęcie w czasie którego Malloy śpiewa; nie spodziewałem się tego po tej postaci. Po przyjęciu młodszy syn doktor Finn udaje się za Issaciem na powierzchnię planety. Grupa poszukiwawcza odnajduje chłopca, oraz miliony szkieletów. Od tego momentu tempo akcji znacznie wzrasta.

Okazuje się, że Kaylonie w przeszłości pozbyli się swoich twórców, a teraz rozważali, czy tego samego nie uczynić z ludzkością. Decyzja została podjęta, inwazja się rozpoczyna. Dodatkowo dowiadujemy się, iż Orville był potrzebny tylko dlatego, iż posiada kody obronne Unii. Przejęcie statku następuje ma się rozumieć we wrogim stylu: następuje abordaż, podczas którego ginie wielu redshirtów. Wychodzi również na jaw, że czerwone „oczy” Kaylonów, to tak naprawdę lufy działek energetycznych.

Podsumowując, ten odcinek to doskonały przykład, jak można prowadzić fabułę przez prawie dwa sezony, aby uzyskać epicką kumulację wydarzeń. Odcinek jest przepełniony efektami specjalnymi, ale nie są one dodane na wyrost, są jak zawsze odpowiednio proporcjonalne, dzięki czemu widać rozmach planety, jak i scen bitewnych. A to dopiero początek, gdyż czeka nas część druga, której nie mogę się doczekać!

Fabuła jest niesamowita i przez cały czas widz dostaje drobne wskazówki, że coś jest nie tak. Coś naprawdę jest nie tak.

Moja ocena: odcinek fenomenalny. The Orville jest prawdziwym Star Trekiem obecnych czasów i chciałbym aby otrzymał jeszcze wiele sezonów.

Recenzja według Śmiecha

Coś jest na rzeczy, skoro nawet osoby nie związane emocjonalnie z Trekiem i Orvillem w rozmowach ze mną same zaczynają temat tego serialu. I zwykle go chwalą. 😉 (Robert! Zgadzam się!) 😉

Ale wracając do odcinka „Identity”, to nie mogę oprzeć się porównaniom z równolegle emitowanym Discovery. Tam mamy zakręconą historię, która przez mnóstwo skrótów fabularnych i chęć upchnięcia jak największej ilości wątków robi się dziurawa jak sito, a z kolei Orville w pojedynczych odcinkach skupia się na jednej sprawie na raz, przez co fabuła jest o wiele bardziej czytelna. W Discovery kamera nieustannie fruwa wokół postaci i powoduje mdłości, w dodatku wszystko jest ciemne i niewyraźne, a tutaj na ekranie każdy element jest wyraźny, ostry i oświetlony. I wcale nie wpływa to źle na odbiór! Wręcz przeciwnie!

Mavis zdążył opowiedzieć praktycznie całą fabułę, więc mi zostaje tylko wyliczyć wady i zalety.

Trudno nie zgodzić się z tym, że historia przedstawiona w Orvillu do tej pory była prosta, a więc ten odcinek zdecydowanie wyróżnia się na tle wcześniejszych odsłon dawką emocji, które serwuje. (No! Może jeszcze w odcinku ze zdradą porucznik Tyler było tak groźnie.) Najlepsze jest to, że choć bardzo się staram, by krytycznym okiem patrzeć na fabułę, to bardzo trudno jest mi znaleźć jakieś większe wady. W recenzjach Discovery wyliczam wpadkę za wpadką, a tutaj nic… Scenarzyści Orville’a bardzo sprytnie zwodzili widza za nos i przez kilka odcinków budowali postać Isaaca jako kogoś wartego zaufania, jako ważnej postaci dla załogi i okrętu. A mimo to wolta, jaką Isaac urządził swoim kolegom nie robi wrażenia czegoś planowanego w pośpiechu. Fabuła jest tak fajnie poprowadzona, że jego zdrada i cała intryga są przeze mnie odbierane, jako coś naturalnie wynikającego z rozwoju fabuły. 🙂 Wiemy też, dlaczego Keylanie potrzebowali okrętu. Rozumiemy, dlaczego młody Ty uciekł do miasta i co znaleźli załoganci w grotach. Może jedynie trochę razi to, że pałętający się po i pod miastem ludzie nie zostali wykryci, ale poza tą jedną wadą nic, co widziałem na ekranie nie razi swoim brakiem logiki (jak w ST:Discovery)… W dodatku lubię postacie na tyle, by interesować się ich losem i przez to wszystko „The Orville” wciąga, jak cholera. Tak więc od strony scenariusza daję piątkę z drobnym minusem.

Duży plus, to postacie. Rozbawił mnie Bostus, który uparł się, żeby zjeść narożnik tortu, bo tam była marcepanowa ozdoba. To właśnie takie niepozorne niuanse budują charaktery widzianych na ekranie postaci. To przez takie drobnostki postacie są niejednoznaczne i nabierają wielowymiarowości. Tutaj twardziel, potrafiący bez mrugnięcia okiem zjeść kawałem szklanki i kaktusa potajemnie czai się na słodycz marcepanu. To o wiele lepsze, niż pewna kobieta o męskim imieniu Michał, której wszystko przychodzi bez trudu, która wszystko umie i bez której nic nie może się udać, prawda? 🙂 No i przy okazji wychwalania postaci trzeba też wspomnieć o śpiewającym Gordonie. Świetne!

Muszę też pochwalić stronę techniczną i realizacyjną, choć zastanawiam się, czy nie wynika to z nostalgii. 🙂 „The Orville” ewidentnie nawiązuje stylistycznie to serialu „Star Trek: The Next Generation”, chociaż może sięgać też dalej. Jedno z ujęć podczas przelotu okrętu przez miasto niesamowicie przypominało mi obrazy, które znamy z lat 60-tych. Chodzi mi o ujęcie, w którym dziób okrętu pokazywany z boku jest statyczny, a przesuwa się tylko tło za nim. 🙂 To takie typowe dla efektów specjalnych opartych na modelach wiszących na sznurku. A przecież wiadomo, że „The Orville” jest robiony współczesnymi narzędziami. Zastanawiam się, czy twórcy nie puszczają tutaj oczka do widzów i nie składają jakiegoś hołdu produkcjom typu „Flash Gordon”?

(wtrącenie Mavisa: jeśłi chodzi o efekty specjalne, to trzeba wiedzieć, iż za CGI odpowiada Pixomodo, ale dotyczy się to głównie plenerów i szybkich ujęć. Natomiast jeśli jest zbiżenie na okręt, to korzysta się z fizycznego modelu, tak jak za dobrych starych czasów – koniec wtrącenia Mavisa)

W każdym razie „The Orville”, choć może się wydawać naiwny, to ma najważniejsze elementy składające się na dobry serial: interesujących i rozwijających się bohaterów, spójny świat i zaskakującą fabułę. Dodajmy do tego realizację z nutką nostalgii oraz odrobinę humoru i dostajemy przepis na coś bardzo wciągającego.

Recenzja według Wookiego

Doczekałem się w końcu tego, co przewidywałem od samego początku, jak tylko przedstawiono Isaaca jako członka załogi Orville’a. Pewnie nie tylko ja domyślałem się, że przechwalanie się tej sztucznej inteligencji o tym, że jego rasa jest znacznie bardziej rozwinięta od jakiejkolwiek biologicznej formy życia dąży do tego, że kiedyś w jakimś odcinku poznamy jaki plan mają Kayloni. Tradycyjnie już scenarzyści nie szukają unikalnego i ultra oryginalnego pomysłu, korzystają zamiast tego ze sprawdzonych rozwiązań, które szlifują i okraszają w taki sposób, że mimo znanego motywu czuć spory powiew świeżości. Uważam, że jest to mistrzostwo. Podobnie oczywiście jest w przypadku „Identity”, gdzie łatwo było przewidzieć jak potoczy się akcja, a jednak po raz kolejny w „The Orville” oglądało się to z zapartym tchem.

Nareszcie mogliśmy poznać rasę z której pochodzi Isaac i dowiedzieć się o ich prawdziwych motywach. Jak to na odpowiednika Borg w tym uniwersum przystało, są przerażająco skuteczni. Ciekawe jest też przedstawienie samego Isaaca, którego wcześniej mocno eksponowano w odcinkach drugiego sezonu, aby widz jeszcze bardziej polubił tę postać. Prowadzi to do tego, że wciąż mamy nadzieję, że to właśnie on zmieni losy zbliżającej się do Unii katastrofy. Zapewne tak właśnie będzie, zgodnie z tym jak scenarzyści prowadzą historię w tym serialu, jednak wciąż jestem niezmiernie ciekawy w jaki sposób to się odbędzie.

Jeśli chodzi o oprawę audiowizualną, to tak jak moi koledzy wspomnieli, czuć tutaj ogromną nostalgię do Star Treka. Co więcej sam motyw dwuodcinkowca również mocno nawiązuje do złotej ery Star Treka, gdzie często w połowie sezonu twórcy raczyli widza dłuższą historią. Miałem też wrażenie, że same grafiki planety Kaylon Prime bardzo mocno są stylizowane na malowane jeszcze wtedy krajobrazy znane z „Następnego Pokolenia” lub „Deep Space Nine”. Po raz kolejny prawdopodobnie ta nostalgiczna nuta jeszcze bardziej podbijała mój i tak bardzo dobry odbiór „The Orville”. Co więcej scena abordażu okrętu Unii to już jest wisienka na torcie. Przez tą minutową scenę dostałem więcej wojny (której formalnie przecież nie ma) niż w całym sezonie Star Trek Discovery. W walce pomiędzy ochroną Orville’a a Kaylonami czuć było prawdziwą walkę, widać było ofiary, można było się utożsamić z dramaturgią tego wydarzenia dużo lepiej niż sucha ekspozycja w połowie sezonu o procentach ofiar i utraty terytorium.

Jeśli chodzi o minusy to jedyny poważny zarzut to ten, o którym wspomniał już Śmiecho, czyli swobodne, niewykryte poruszanie się załogi Orville’a po powierzchni planety. Tak wysoce zaawansowana technologicznie rasa nie wykryła chłopca ukrywająca się za jakimś węgłem? Nie zauważyła, że away team idzie do podziemi, gdzie znajdą raczej oczerniające gospodarzy dowody? Mogę to jedynie tłumaczyć tym, że również był to element grania na zwłokę i Kayloni dokładnie tak to zaplanowali.

Jak można się spodziewać odcinek jest świetny a przez dwuodcinkową konstrukcję nie można doczekać się kolejnej jego części. Solidny scenariusz, dobrze rozpisane uniwersum i postacie, konsekwentny i wbudowany w konwencję humor oraz jawne nawiązania do prawdziwych Star Treków procentują coraz bardziej z każdym kolejnym odcinkiem. Dobra robota Seth.