Star Trek Discovery – „Grzmot” – sezon 2, odcinek 6, recenzja

Scenarzyści odstawili Tilly i jej wątek na boczny tor, tym razem skupiając się na Saru i jego powrocie na ojczystą planetę. Czy udało się jakoś uratować w ten sposób scenariusz? Co tu dużo mówić… Zapraszamy do recenzji!

Recenzja według Śmiecha

Nie da się ukryć, że drugi sezon serialu Star Trek Discovery ma jednak coś wspólnego ze starymi, dobrymi Trekami. 🙂 Ewidentnie odcinki parzyste są bardziej strawne, niż nieparzyste (na wzór i podobieństwo pełnometrażowych filmów spod marki Star Trek z lat 80-tych i 90-tych). Odcinek „Grzmot” podobał mi się bardziej od poprzedniego, w którym panował totalny bałagan. Jest lepiej – jak na standardy Discovery oczywiście…

Na plus muszę zaliczyć uproszczenie scenariusza i skupienie się na jednym wątku. Nareszcie Tilly i Culbert schodzą na dalszy plan. Nie ma tu żadnych bzdur o napędzie grzybkowym, miłości wskrzeszającej zmarłych i szargania starego kanonu (o ile to w ogóle kanon). W końcu scenarzyści napisali historię rozwijającą informacje o jednym z załogantów mostka i do tego jakimś cudem udało się odrobinę rozwinąć uniwersum i dowiedzieć czegoś nowego o przedstawionym tam świecie.

Dostajemy tutaj historię Saru, który dowiaduje się o sobie, o swojej rasie i o oprawcach swojej rasy niezwykłych rewelacji. Wszystko wskazuje na to, że ci, którzy teraz są ciemiężeni i zabijani po osiągnięciu pewnego wieku, tak na prawdę w przeszłości byli drapieżnikami, a Ba’ul – czyli oprawcy – w rzeczywistości byli na krawędzi wymarcia i wprowadzone przez nich porządki wynikają z okrutnej historii. Koncept interesujący i chociaż wałkowany ileś tam razy w literaturze fantastyczno-naukowej, to wciąż mający potencjał na wciągająca historię opowiadaną w nowy sposób. Tak więc chwalę twórców i scenarzystów za tę jedną zaletę.

„Discovery” nie byłoby jednak sobą, gdy tak fajne podstawy pod odcinek nie zawaliło głupim wykonaniem.

Po raz kolejny wszechwiedząca i nieodzowna w każdej sytuacji Michała musi jako jedyna wpadać na rozwiązania, ratować sytuację i być tam, gdzie powinna być reszta załogi. Dodajmy: załoga bimbająca sobie w najlepsze i w najlepszym razie robiąca za tło. Kto oświeca kapitana wiedzą o historii Ba’ul i ich kontaktów z Federacją? Michała. Kto lepiej od kapitana zna niuanse Pierwszej Dyrektywy, czyli najbardziej ważnego przepisu i paragrafu w Federacji? Michała. Kto jako jedyny/jedyna nadaje się według kapitana do misji na obcej planecie? Michała. Kto jedną kwestią przekonuje kapitana, by do tej misji wziąć jeszcze Saru, który jeszcze przez minutą wykazywał oznaki niesubordynacji? Michała. Kto wpada na to, że Ba’ul boją się Kelpian? Michała (ok, tutaj na spółkę z Tilly). Kto wpada na genialny pomysł, by wyizolować częstotliwość przyśpieszającą ewolucję Kelpian z transmisji sfery? Michała.

Źle mi się ogląda ten teatr jednego aktora. Postać głównej bohaterki ma za dużo zalet w stosunku do tego, jak je wypracowała. Oglądanie tego, jak jednej i tylko jednej osobie wszystko przychodzi bez trudu jest po prostu nudne…

Tym bardziej, że w porównaniu z nią cała reszta załogi staje się niepotrzebna i nie mówię tu tylko o bezimiennym tle z mostka, ale nawet o tak ważnej postaci, jak kapitan okrętu. Bo po tym odcinku stwierdzam, że kapitan Pike to jednak ciepłe kluchy bez krzty charakteru. Jeszcze do niedawna rokował jakieś nadzieje, ale tutaj wyraźnie widać, że to nie on gra pierwsze skrzypce. Ba! Jest zwyczajnie miałki… Przed momentem wymieniałem momenty, w których pokazano na ekranie glorię i wspaniałość pierwszej postaci, no to teraz „dla odmiany” zobaczmy, jak w stosunku do kapitana zachowywała się załoga i jak on na to wszystko reagował.

  • Ash Tyler, które jest tylko łącznikiem pomiędzy kapitanem i sekcją 31 wyraźnie stawia się i kwestionuje wszystkie decyzje kapitana Pike’a. Zawsze jest w opozycji. Co robi Pike? Nic.
  • Saru nie chciał zejść z kapitańskiego fotela. To nie był żart, Saru zrobił to bezwiednie. Co zrobił Pike? Uśmiechnął się.
  • Zresztą numer z fotelem to jedno. Ale kwestionowaniu przez Saru wyraźnych rozkazów kapitana i kłótnia przy całej załodze mostka na temat przydziału do misji naziemnej? Co zrobił kapitan? Po jednej kwestii Michały zgodził się z Saru oraz nie wyciągając z tonu i postawy pierwszego oficera żadnych konsekwencji.
  • Niesubordynacja po raz drugi, gry Saru przerywa i wtrąca się do rozmowy kapitana z Ba’ul kończy się jedynie rozkazem zejścia z mostka. A wszystko dzieje się po tym, gdy Saru przez dłuższą chwilę krzyczy na Ba’ul, a kapitan siedzi z boku i patrzy.
  • Zignorowanie wyraźnego rozkazu i oddanie się w ręce Ba’ul przechodzi bez konsekwencji.
  • I wreszcie na koniec: Pike wyraża zastrzeżenia co do planu przyśpieszenia ewolucji Kelpian, ale poza wyrażeniem zastrzeżeń nic nie robi. Jakby jego zdanie nie miało na statku żadnego znaczenia. Ok, może Michała przekonała go do planu, ale chodzi mi o to, że kapitan nawet za bardzo nie argumentował tych swoich zastrzeżeń.

To wszystko sprawia, że po tym odcinku zacząłem patrzeć na kapitana jak na postać, która sporo hałasu robi, ale suma summarum jest kolejnym elementem tła dla Michały. Taką wydmuszką.

I wreszcie na koniec ostatni gwóźdź do trumny, w której pochowamy odcinek „Grzmot”. Zachwycałem się na początku tego tekstu pomysłem na scenariusz – zgadza się. Muszę jednak uczciwie powiedzieć, że na dobrym pomyśle na scenariusz się skończyło, bo ekipa Alexa Kurtzmana nie umie pisać scenariuszy i nawet dobry pomysł potrafią zawalić kombinując i wchodząc w szczegóły. Tu jest tak samo.

Niech mi ktoś wytłumaczy jak to się stało, że Saru będąc pojmanym przez Ba’ul zdołał się uwolnić, wykorzystać sprzęt swoich oprawców i nawiązać dość długi kontakt z Doscovery, a potem jeszcze mieć czas na wprowadzenie go w życie? Skoro jest taki niebezpieczny, jak sądzą Ba’ul, to dlaczego nikt go nie pilnował? Dlaczego nikt z oprawców nie zorientował się, że ich sprzęt jest wykorzystywany przeciwko nim? Dlaczego nikt – mówiąc kolokwialnie – nie wyciągnął Saru wtyczki z prądem, gry ten gadał z Discovery? Przecież trwało to dobre kilka minut!

I wreszcie perełka, czyli przyśpieszanie ewolucji gatunku za pomocą częstotliwości z użyciem fal DŹWIEKOWYCH jako fali nośnej. Nawet nie wiem, jak to skomentować… Przecież podobne coś było bzdurne za pierwszym razem, gdy ta sama ekipa z firmy Bad Robot przygotowała film o tym, jak fala radiowa o częstotliwości UKF pozwoliła na pokonanie chmary obcych statków. Tym razem postawili na dźwięk, jako katalizator ewolucji… Cierpię oglądając takie sceny…

Podsumowują muszę stwierdzić, że jak na standardy Discovery – czyli porównując ten odcinek do innych z tego serialu – to wyszło coś lepszego, niż średnia. Niestety kiepscy scenarzyści potrafią skopać nawet dobrze zapowiadający się pomysł, a więc nawet lepsza od ich średniej perełka to ciągle tragedia w porównaniu do innych, o wiele lepszych produkcji.

Recenzja według Wookie

Już na wstępie zaznaczę, że w zasadzie zgadzam się ze wszystkim co napisał mój przedmówca. Również uważam, że ten odcinek jest jak na standardy Discovery jest jednym z lepszych. Niestety właśnie wykonanie jest tragiczne i psuje tradycyjnie już odbiór całości. Na wstępie dodam, że przedszkole opanowało również dział operatorski. Scena rozmowy Pike’a, Michaliny i Tylera z początku odcinka może niektórych przyprawić o chorobę lokomocyjną, a ci co na takową nie cierpią i tak nic w tym ujęciu nie zobaczą, bo kard jest co najmniej dziwny i wszystko zasłaniają konsole.

Idąc dalej, skróty scenariuszowe są już kuriozalne – w kosmicznej wikipedii coś przecież musi być na temat rozwiązania problemu i oczywiście jest. MacGywer Saru montując dwa kawałki popsutego drona montuje komunikator, a następnie z trzech innych kawałków montuje coś, co idealnie pasuje do gniazdka w podłodze celi, które wie że akurat jest tym czego potrzebuje i bach Kelpianie uwolnieni od kłamstwa. Mając tak interesujący pomysł, jak relacja Kelpian z Ba’ul, spieprzyli to nasi przedszkolni kursanci scenopisarstwa równo i książkowo, a wisienką na torcie całego tego słabego pisarstwa jest tekst siostry Saru o jego tchórzostwie… Przedstawiciel rasy której egzystencja polega na strachu zarzuca drugiemu przedstawicielowi tej rasy tchórzostwo… FENOMENALNE!!!

Nauka: już od dawna wiemy, że nie istnieje w tym serialu, jednak kolejne olewanie tego aspektu naprawdę boli. Fale dźwiękowe, o których wspomina Śmiecho to jest już jakaś masakra. Do tego szczegóły typu, weźmy wybierzmy jakąś wioskę na pewno kapłan widział czerwonego anioła… Wynurzająca się z głębin oceanu gigantyczna konstrukcja Ba’ul, która poprzez wytworzenie fali tsunami zniszczyłaby potężną ilość nadbrzeżnych wiosek Kelpian, no i przede wszystkim po jaką cholerę Ba’ul w ogóle zachowali przerażonych Kepian przy życiu? Jakie to generuje koszty… Pylony, monitoring, ukrywanie się przed nimi itp., skoro przy najmniejszej próbie niesubordynacji i tak planowali zgładzenie swoich byłych oprawców. Inna sprawa: jak Michalina była zaskoczona, że w momencie „przebudzenia” całej społeczności Kelpian Ba’ul jednak zdecydowało się na ten ruch, mimo że w zasadzie Saru cały odcinek tłumaczy wszystkim, jak to Ba’ul są straszni i bezwzględni… Znów to przypominało operację na mózgu z poprzednich odcinków – nie analizujmy konsekwencji swoich czynów, jesteśmy z Federacji, walimy na rympał, a nuż się uda? A jak nie, to nigdy nas tu nie było…

Jak sami widzicie scenariusz całkowicie położył ten nieźle zapowiadający się odcinek. Jeśli chodzi o plusy to oprócz samego pomysłu nie ma ich wiele. Muszę przyznać, że rasa Ba’ul wzbudziła u mnie zainteresowanie. Oczywiście wydaje się ona zbyt potężna w stosunku do Federacji oraz moim zdaniem przedstawienie ich jako dziewczynki z filmu the Ring oblanej gęstą czarną mazią to już przesada. Ale koncept hiperksenofobicznej, okrutnej i bezwzględnej rasy, której historia bycia tymi ‚złymi’ ma drugie dno jest naprawdę niezła. Druga sprawa to kapitan Pike. Tak, to co pisze Śmiecho ma sens i się z tym w pełni zgadzam – w tym serialu postacie Michaliny i Tylera mają wyższą rangę we flocie niż kapitan, dowódca okrętu. Jest to głupie i niestrawne, jednak biorąc pod uwagę takie realia Pike w tym środowisku całkiem nieźle się odnajduje. Jak nie ma w pobliżu Michaliny albo Voqa, którzy to mogą pomiatać naszym poczciwym Krzysiem, to potrafi on pokazać, jak naprawdę powinna ta postać być napisana. W przypadku tego docinka mam na myśli dokładnie końcowy akt, kiedy to Pike grozi wręcz Ba’ul i ostrzega przed dokonaniem masowego ludobójstwa. Cały czas widzę potencjał w tej postaci, chyba jako jedynej w całym serialu, bo piękna obietnica wykorzystywania reszty załogi mostka legła w gruzach zaraz po tym, jak się pojawiła. Ostatnim plusem jest prostota wątków i brak wszelakich kontrowersyjnych debilnych rozwiązań znanych ze Star Trek Discovery, czyli nie ma klangonów, a grzybnie i zmartwychwstania są jedynie wspomniane przez krótką chwilę. Jak by się tak głębiej zastanowić to kuriozalne, że coś takiego jest w ogóle plusem…

Ocena to już klasycznie kopanie leżącego. Dobry pomysł na odcinek to nie jest coś co mogłoby wystarczyć, żeby pozytywnie ocenić cały epizod. Tak, jest to jeden z lepszych odcinków całego serialu, ale jak się zastanowić, to nie jest komplement, tylko kolejny przytyk. Najgorsze jednak w „Grzmocie” jest co innego, o czym jeszcze nie wspomniałem… Czerwony anioł okazuje się Saru, a on on wyraźnie widzi kobiecą sylwetkę w jakimś stroju… Hmmm, ciekawe jaka jest kobieca główna postać w serialu, która i tak do tej pory ratuje całą galaktykę przed wszelkim złem… Widocznie Michalinie już nie wystarcza Discovery i jej teraźniejszość, postanowiła naprawiać całą galaktykę we wszelakim czasie… Jest bosko…

Recenzja według Mavisa.

Dla mnie ten odcinek wcale nie był lepszy od poprzedniego. Tak, zgadzam się z plusami i minusami przytoczonymi przez moich poprzedników. Ze swojej strony dodam, iż scena wynurzenia się 15-sto kilometrowej fortecy była ładna, ale tak jak wspominał Wookie: fala tsunami… Teleportacja Saru do wioski i tuż pod czujnym okiem obserwacyjnym – dla mnie masakra… W dodatku dopiero na powierzchni Saru wszystko wyjaśnia – głupota niesamowita… Od tego jest odprawa! Całość odcinka dobija przypuszczenie, że Michalina jest czerwonym aniołem… Właściwie mając taką technologię, to by mogła sama wszystko zrobić.

Jednak największy żal mam do fabuły. W pierwszym momencie, gdy zostało wspominane, że nikt nigdy nie widział Ba’ulów założyłem coś takiego: po przemianie Kepiane staja się drapieżnikami, dlatego usuwają się z życia i dzięki zaawansowanej technologi chronią swoją bojącą się formę. W momencie przedstawienia widzowi prawdziwych Ba’ulów, stwierdziłem, ze to nie ma sensu. Po co jedna rasa, mając tak zaawansowaną technologię, bawi się w utrzymanie przy życiu swojego odwiecznego wroga? Zwłaszcza, iż została wybita prawie co do jednego. Jeśli dobrze zrozumiałem fabułę, to Kepianie w pewnym momencie historii stali się całkowicie agresywni i w tym momencie Ba’ulowie dokonali masowego mordu…. Moje pytanie brzmi: skąd wzięło się owe pokolenie? Swoją drogą gdy zobaczyłem Ba’ula, to od razu skojarzył mi się podobny mazisty stwór z odcinka Następnego Pokolenia „Skin of Evil” – ten w którym zginęła Tasha Yar.

Przechodząc do rzeczy około-fabularnych widać, że oszczędzano budżet jak się da. Mam na myśli wykorzystanie ujęć z genezy Saru z Short Traków oraz wykorzystanie pomieszczenia telereportera z Discovery jako wnętrza fortecy Ba’ulów.

Ostatecznie, odcinek oceniam jako słaby.

PS. Przemowa Pike’a do silniejszego wroga była czymś nieprzeciętnym, przypominała trochę zagranie pokerowe między Pikardem, a Sheliakiem.