Star Trek Discovery – „Niedoskonali święci” – sezon 2, odcinek 5, recenzja

Tilly zostaje uwięziona w grzybkowej sieci, więc załoga Discovery natychmiast wyrusza jej na ratunek. Jednak podczas misji ratunkowej nic nie jest takie, jak się wydaje. Kolejny odcinek Star Trek Discovery za nami, a więc czas na kolejną porcję recenzji od Pifkowiczów.

Recenzja według Śmiecha

Nie jestem w stanie zrozumieć, czy twórcy Star Trek Discovery specjalnie tworzą jakie dziury fabularne i wpadki techniczne, czy też wychodzi im to przypadkiem. Oglądając ten odcinek co chwilę łapałem się za głowę zastanawiając się jednocześnie, jak „coś takiego” mogło w ogóle pojawić się w tak uznanym przez krytyków serialu…

Bo krytycy kochają Star Trek Discovery. Średnia ocena drugiego sezonu według profesjonalistów na portalu Rotten Tomatoes to dość wysokie 83%. Nie rozumiem tej oceny. Spróbuję znaleźć jakieś pozytywy, ale wcześniej chciałbym chociaż wymienić wady tego, co widziałem w ostatni piątek:

  • scena otwierająca, czyli bieg w slow-motion zrozpaczonej Michały do miejsca, gdzie zniknęła Tilly. Mam ogromne zastrzeżenia do gry aktorskiej Soneqa’i Martin-Green (wybaczcie odmianę). Może się czepiam, ale zaciśnięte zęby nie wystarczą, żeby pokazać rozpacz.
  • znalezienie w grzybkowej sieci, która ogarnia cały wszechświat tego jednego, konkretnego miejsca, gdzie jest Tilly. Pytam: jak?
  • bezpieczne przejście do sieci tylko w akwarium Stametsa. Jak to jest, że poza jego szklanym akwarium każdy kontakt z granicą pomiędzy naszym wszechświatem i siecią grzybków jest zabójczy, a w akwarium można sobie przechodzić między grzybkami i naszą przestrzenią bez obawy o życie? Jeśli to kwestia techniczna, to dlaczego nie wybudowano wielu takich akwariów, gdzie załoga mogłaby przeczekać? Dlaczego to konkretne miejsce na statku jest takie szczególne?
  • w ogóle Discovery „zanurzone” częściowo w innym wymiarze przez 2-wymiarową błonę to kuriozum. Widowiskowe, ale nie mające najmniejszego sensu.
  • co to za raj, w którym dotyk drzewa zabija? May mówi w pewnym momencie, że sieć była rajem dla jej gatunku, dopóki nie pojawił się „potwór”. Ok, tylko że w tym raju nie wolno DOTYKAĆ niektórych roślin, bo sam ich dotyk zabija. Prawdziwy raj, nie ma co.
  • z drugiej strony: jeśli Culbert był stworzony z materii grzybkowej, to dlaczego toksyna z drzew na niego nie działała? Czy to oznacza, że działała tylko na gatunek May? Jeśli tak, to dlaczego ostrzegała Tilly przed dotknięciem toksycznego drzewa, skoro May jest człowiekiem?
  • brak napięcia: uciekający czas tracony na filozoficzne pogawędki. Uwaga do twórców i scenarzystów: jeśli na początku odcinka pojawia się informacja o tym, że jakieś zadanie musi być wykonane w skończonym okresie czasu, to zagrożenie musi być dla widza odczuwalne przez cały ten czas. A tu niebezpieczeństwo jest tylko na mostku, bo zwiad jak gdyby nigdy nic łazi po rozpadającym się statku, a Staments przytula Culberta i rozprawia o prawie zachowania energii.
  • przeniesienie Culberta do grzybkowej sieci siłą miłości. Nawet nie wiem, jak to skomentować.
  • przywrócenie Culberta do życia tylko za pomocą jego DNA i naszej materii. Wiecie, jakie są tego konsekwencje? Culbert ma tylko ciało. Nie ma świadomości, wspomnień, itd.
  • co admirał robiła na statku Sekcji 31?
  • bardzo tajna ta sekcja floty, jeśli wszyscy o niej wiedzą i której komunikator wszyscy rozpoznają.
  • widać inspiracje tym, co jeszcze niedawno zachwycało widzów. No właśnie… To jeszcze inspiracje, czy już zrzynka? Mam dwa przykłady: UpsideDown ze Stranger Things (ujęcie otwierające pobyt Tilly w sieci grzybków) i niebieskie fruwajki z Expanse (coś, co w obu serialach atakowało istoty żywe).

Wad, które przeszkadzają mi cieszyć się odcinkiem jest dużo, ale może zalety przeważają jednak nad wadami?

No to poszukajmy zalet:

  • strona wizualna serialu może się podobać,
  • podobno niektórzy cieszą się powrotem doktora Culberta. Ja nie, nie przepadałem za tą postacią.

I tym optymistycznym akcentem…

Recenzja według Wookiego

Co ja zobaczyłem na ekranie? Co to do jasnej cholery było? Zmartwychwstania, Upside Down ze Stranger Things, protomolekuła z Expanse, wielka jak cały wszechświat sieć grzybków mała na tyle, że spokojnie można w niej znaleźć Tilly? Pytam się komu się to może podobać poza dzieciakom w wieku maksymalnie 12 lat, co jeszcze żadnego innego serialu fantasy nie widzieli? Tak, fantasy, bo Star Trek Discovery oficjalnie przestał być serialem science fiction po tym, co się odwaliło w tym odcinku.

Spróbujmy jednak sobie uporządkować to guano, które twórcy nie wstydzili się nam udostępnić. Najpierw komiczna scena biegu Michaliny w rozpaczy po Tilly. Jaka ona nieszczęśliwa, cały świat na jej głowie, umierający kolejny przyjaciel, a przecież jeszcze statkiem trzeba dowodzić i braciszka znaleźć i przeprosić. Mam wrażenie, że aktorka również widzi bezsensowność tych scen i raczej się do swojej roboty nie przykłada – efekt jest przekomiczny i raczej biegunowo odwrotny od zamierzonego.

Dalej mamy fenomenalny proces myślowy Stametsa, który doszedł do wniosku, że jest tylko jedno rozwiązanie na temat tego, co się stało Tilly. Wielki glut jej nie zabił, nie zeżarł, ponieważ skan nie pokazuje żadnych śladów biologicznych po Tilly oznacza to tylko i wyłącznie jedno… grzyboteleport. Nigdy nikt się z tym nie spotkał i pewnie można wyjaśnić brak materiału biologicznego rudej kadetki na milion innych sposobów, ale nie w przypadku, gdy jakoś trzeba pchnąć fabułę do przodu, a sześcioletni scenarzyści opłacani w gumie balonowej nie mają innego pomysłu. Zatem oczywiście, jest to grzyboteleport a Tilly trzeba uratować. Zatem Michalina zarządza, nie pytając już w ogóle KAPITANA okrętu, że idzie razem ze Stametsem na misję ratunkową. Plan ratunku oczywiście został ogarnięty przez Stametsa i Michalinę w tym samym momencie, w którym doszli do wniosku, że Tilly żyje. Jak ją w tej grzybni znaleźli w połowie przechodząc całym okrętem i ryzykując życiem całej załogi pozostaje już zagadką z archiwum X. Dlaczego komora Stametsa jest odporna na protmolekułowo-upsidedownowy grzyboświat i skąd w ogóle on to wie? No cóż, kogo to obchodzi, ważne, że fabuła zapiernicza do przodu. Ważne, że jest pif paf, błysk błysk i miłość, która wszystko wyjaśnia i wszystko ratuje. To jest kwintesencja tego, co te zakały zrobiły z 50-letniego szanowanego uniwersum science-fiction: show w którym grzyby i miłość zmartwychwstają sobie postacie. Powtórzę po raz kolejny zatrudnijcie SCENARZYSTÓW, a nie wykorzystujecie przedszkolaków i odstawcie te ostre psychotropy. Skąd wiem, że do to małe dzieciaki wymyślają fabułę odcinków? Pinky swear… W Star Treku, w dramatycznej scenie, rozwiązaniem ostatecznym jest pinky swear.

Ale to oczywiście nie koniec, bo trzeba ciągnąć w międzyczasie kampanię reklamową kolejnego gównianego serialu w uniwersum Discovery. Mówię oczywiście o wątku Sekcji 31, czyli „a co tam, jak rozwalamy uniwersum to róbmy to na pełnej mocy”. Supertajna organizacja wywiadowcza okazuje się być tworem, który wszyscy znają. Pewnie tak wytłumaczą to twórcy, że akurat w erze Kirka była ona bardziej jawna. Oczywiście średnio to się spina z tym, czego dowiedzieliśmy się o tej organizacji w Star Trek Deep Space Nine, ale kogo to obchodzi. Spock przecież na koniec sezonu przyjdzie i KWANTOWYMI TACHIONAMI (bo wszystko, co kwantowe, jest bardziej naukowe i sexy) naprawi wszystkie nieprawidłowości uniwersum. Pomijając już kwestię jawności Sekcji 31 i wymachiwanie kawałkiem odznaki na lewo i prawo, to akcja z panią admirał to jest już geniusz w czystej postaci. To kolejny dowód na to, że scenariusz piszą przedszkolaki – pani z przedszkola kazała się Franiowi i Zdzisiowi pogodzić, więc tak zrobili. Fenomenalna inspiracja do tworzonego scenariusza i do tego dostaliśmy na ekranie samo życie, nikt się nie może czepiać, że Discovery nie porusza realnych, aktualnych problemów. Piękne, finezyjne, nowatorskie. Nie możemy też zapomnieć o okręcie Sekcji zakamuflowanym holograficznie [sic!] w… asteroidę… z którym Ash komunikuję się za pomocą odznaki niczym z TNG, czyli 100, słownie sto lat później. Oczywiście naukowy statek federacji nie jest w stanie wykryć, że:

  • kawałek skały popiernicza przynajmniej prędkością impulsową, czyli coś w granicach 10-33% prędkości światła,
  • zmienia kierunek w nieprzewidywalny sposób, nie dający się wytłumaczyć działaniem pola grawitacyjnego,
  • śledzi ich.

Jest to bez wątpienia najgorszy odcinek tego potwornego serialu. Rozwiązania scenariuszowe porażają nerwy odbiorcy swoją głupotą. Do tego dochodzi jeszcze bardzo już męcząca maniera niepokazywania Spocka. Nie żebym bardzo tego chciał, ale podejrzewam, że ta marna namiastka najbardziej cenionej postaci w uniwersum pojawi się w końcówce sezonu, a widz do tego czasu będzie zwodzony takimi oryginalnymi i genialnymi zabiegami jak pani Imperatorka w wahadłowcu Spocka. Pamiętacie jak o pierwszym odcinku pisałem, że nawet motyw czerwonych chmurek jest intrygujący? No więc zabili ten zalążek ciekawości we mnie. Już mam to gdzieś. Bawią się w jakieś przedszkolne historyjki, albo opowieści oniryczne jakiś ćpunów, co powoduje, że kompletnie straciłem zainteresowanie i mam już to gdzieś. Aha, i jeszcze jedno. W nowoczesnym serialu, wcale nie proceduralnym, gdzie jest ‚story arc’ i w ogóle super-duper wodotryski, i tak żadna postać nie może zginąć. A jak zginęła, to ją wskrześmy, po co biedny Stamets ma się męczyć, a i Tylerowi w Sekcji mogą robić problemy. Niech sobie doktorek ożyje, co to komu przeszkadza? A komuś lżej z tego powodu będzie… Geniusz twórców w czystej postaci. Dla porównania obejrzyjcie jakiś odcinek starych serii Star Treka, gdzie życie którejś z głównej postaci jest zagrożone. Zobaczcie jak tam jest budowane napięcie i jak sami wciągniecie się w tą historię, mimo że to starego typu serial, gdzie wiadomo było od początku epizodu, że wszyscy muszą przeżyć… Żeby nie było tak łatwo i uniknąć argumentów, że tylko w starym TNG coś takiego znajdziemy, polecę konkretnie obejrzeć na przykład „Phage” z Voyagera albo „Similitude” z Enterprise’a.