The Orville – „Deflectors” – sezon 2, odcinek 7, recenzja

Ten odcinek pozwala nam poznać bardzo nietypowego Moclanina oraz lepiej zaznajomić się z nową szefową ochrony Orville’a, a wszystko osadzone jak zwykle bardzo klimatycznej historii.

Recenzja według Wookiego

Dwa tygodnie oczekiwania na kolejny odcinek to zdecydowanie za długo, tym bardziej jak równolegle leci Star Trek Discovery. Seans Orville’a traktowałem zawsze jako balsam na moje oczy i psyche po obejrzeniu okropnego gniota i bardzo mi to pomagało. Na szczęście w tym tygodniu mogłem wrócić do tej swoistej terapii, a panaceum tym razem było wyjątkowo dobrej jakości i skuteczności.

Tym razem, przed wyruszeniem w długą misję ekploracyjną („to boldly go…” 😉 ) Orville zawitał na Moclus, aby jeden z najwybitniejszych inżynierów tej planety, niejaki Locar, poprawił działanie deflektorów okrętu. Okazuje się, że ów Moclanin jest byłym Bortusa, ale co gorsza skrywa ogromną tajemnicę. Otóż pociągają go kobiety, co wśród homoseksualnej a zarazem ekstremalnie konserwatywnej cywilizacji jest nie do przyjęcia. Co więcej, zauroczyła go szefowa ochrony Orville’a Talla Keyalli. To wszystko prowadzi do bardzo ciekawego ciągu zdarzeń. W odcinku mamy kolejną historię miłosną, morderstwo, śledztwo i oczywiście podjęcie ważnych aktualnych tematów, w tym przypadku ostracyzm społeczny i niemożność bycia sobą w nietolerancyjnym społeczeństwie.

Nie wiem czy to przez dwutygodniową przerwę, ale oglądałem „Deflectors” totalnie pochłonięty i zachwycony. Chociaż duch Star Treka wylewający się z tego odcinka w każdej sekundzie na pewno miał na to też ogromny wpływ 🙂 Od pierwszych momentów byłem urzeczony, gdy randka Kelly i Cassiusa odbywała się w symulatorze, odtwarzając Nowy Jork u schyłku II Wojny Światowej. Następnie klasyczne dla wielu odcinków dzieła Gene’a Roddenberry’ego testy usprawnienia statku, przez bohaterów jednego odcinka – w tym przypadku Locara, a następnie fabuła przechodzi w kolejny typowy motyw mojego ukochanego uniwersum – śledztwo w sprawie niewyjaśnionego morderstwa wybitnego inżyniera. A wszystko to osadzone w najważniejszym problemie odcinka, czyli skostniałym i nietolerancyjnym społeczeństwie Moclan, którzy nietypowe jednostki wręcz niszczą i nie pozwalają się wybić ponad obowiązujące normy. Locar stwierdza nawet w pewnym momencie, że bycie ponad przeciętność jest natychmiast tłamszone w zarodku. Co ciekawe, Moclańska kultura kategorycznie „karze” również samobójców, otóż gdy ktoś skutecznie szarpnie się na własne życie, konsekwencje tego czynu ponosi cała jego rodzina, która jest piętnowana i owiana hańbą.

Bardzo cieszę się, że po raz kolejny mamy okazję lepiej poznać Moclan – buduje to coraz solidniejsze podwaliny pod całe uniwersum. Do tego, doczekaliśmy się też odcinka o Talli, co pozwoliło w końcu dużo lepiej poznać nową szefową ochrony i przyznam, że uważam ją za dobre zastępstwo nieodżałowanej Alary. Fakt, że jest całkowicie odmienna od poprzedniej Xelayanki to dobry ruch ze strony scenarzystów.

„Deflectors” jest na tylu poziomach dobry i urzekający, że aż ciężko mi jest to przelać w słowo pisane. Każdy aspekt odcinka jest po prostu świetny. Nie jestem znudzony, że po raz kolejny w tym sezonie Seth MacFarlane w głównym punkcie fabuły osadza wątek miłosny – robi to za każdym razem inaczej i mam wrażenie z odcinka na odcinek ciekawiej. Te jawne nawiązania do Star Treka to prawdziwa wisienka na torcie, a humor dawkowany tutaj jest równie rewelacyjnie. Komentarz kapitana Mercera na temat przypadkowo wystrzelonej topedy przez okręt Moclański to majstersztyk, a wymienienie Talli przez Johna i Gordona wielu niezwykłych przygód okrętu instynktownie wywołał uśmiech na mojej twarzy. „Orville” to po prostu bardzo dobry serial, który trzeba obejrzeć, a ja czekam z niecierpliwością na kolejny odcinek.

Recenzja według Śmiecha

Może i nie jestem aż tak entuzjastycznie nastawiony do tego odcinka jak Wookie, bo nie zachwycił mnie tak bardzo, jak poprzednie, ale ciągle uważam, że „The Orville” to świetny serial.

Powodów jest kilka. Przede wszystkim prostota (nie mylić z prostactwem) scenariusza, który skupia się w odcinku na jednej rzeczy i nie stara się za wszelką cenę udawać wiekopomnego dzieła. 🙂 W przeciwieństwie do bałaganu fabularnego równolegle emitowanego serialu z „Gwiezdną Wędrówką” w nazwie ogromnie ułatwia to odbiór fabuły. To raz.

Po drugie: jak już wspomniał Wookie „The Orville” w ogólności, a ten odcinek w szczególności pod przykrywką sci-fi kryje dość ważne problemy społeczne. Tutaj dostaliśmy opowieść o odrzuceniu i wyobcowaniu z powodu inności, która nie jest przyjmowana w reszcie społeczeństwa. Jak nic jest to podejście, które spowodowała, że Star Trek na początku stał się perełką wśród produkowanych za czasów TOS-a seriali. Dość wspomnieć, że to właśnie tam normą były obecność kobiet na mostku, pocałunek między białym i czarny, a także wysoki oficer z kraju, z którym producenci serialu byli w stanie „zimnej wojny”. 🙂 Kto wie? Może za jakiś czas tak samo ciepło będzie się mówić o Orvillu i o tym, jak pokazał problemy Moclan i ich zbyt restrykcyjne podejście to inności?

Żeby jednak nie było tak różowo, to muszę wspomnieć o dwóch aspektach, które dla mnie obniżają odrobinkę ocenę odcinka. Wątek jest prosty i nie ma zbędnych upiększaczy, ale mnie osobiście udało się dość szybko rozgryźć intrygę i zakończenie mnie nie zaskoczyło. Może przyzwyczaiłem się do tego, co serwują nam scenarzyści, a może miałem szczęście. 🙂 W każdym razie element zaskoczenia byłby tu mile widziany i zdecydowanie poprawiłby wrażenie po seansie.

Drugi minusik, to postać Talla Keyali, czyli następczyni Alary Kitan, będącej szefem ochrony na statku. Alara była nieupierzona, robiła błędy, ale się uczyła i robiła to w rozkoszny sposób. Tymczasem Talla sprawia wrażenie osoby, która jest już w jakiś sposób ukształtowana. Nie jest ekspresyjna, choć bywają momenty, że wybucha. Często milczy i dużo rzeczy zachowuje dla siebie. Owszem, w tym odcinku pokazało trochę emocji, szczególnie pod koniec, ale generalnie mam wrażenie, że jej postać jest introwertyczką, a to nie do końca sprawdza się na ekranie.

Być może się mylę, a moje wrażenia są spowodowane tym, że Talla nie dostała jeszcze odcinka tylko dla siebie, do tej pory jej rola była raczej drugoplanowa i nie miała po prostu okazji, żeby rozwinąć skrzydła. Cóż… Czas pokaże. Na razie w pojedynku Alara kontra Talla jest według mnie 1:0 dla tej pierwszej. 🙂

Żeby była jasność: odrobinkę marudzę, ale ciągle uważam, że najgorszy odcinek The Orville i tak bije na głowę najlepszy odcinek ST: Discovery. 🙂 Warto oglądać. Poziom nostalgii, humoru i mind-fucków po każdym seansie jest niesamowity… 🙂

PS. Zauważyliście, jak bardzo zmieniły się oceny „The Orville” według krytyków na portalu RottenTomatoes? Pierwszy sezon miał średnie noty bardzo niskie, bo tylko 31%, natomiast drugi ma w tej chwili calutkie 100%! Ciekawe jest też to, że ci sami krytycy, dokładnie te same osoby mieszały z błotem sezon pierwszy i wychwalają sezon drugi. Czyżby miało to coś wspólnego z faktem kupna FOX przez Disneya? 🙂 W domyśle: kasa się pojawiła… 🙂 W każdym razie to pokazuje, że oceny zwykłych fanów, które przez cały czas oscylują w okolicach 93-94%, są o wiele bardziej miarodajne…