Star Trek Discovery – „Obol dla Charona” – sezon 2, odcinek 4, recenzja

W pogoni za Spockiem załoga Discovery i ich okręt – wbrew temu, co polski oddział Netflixa umieścił w opisie odcinka – nie został uwięziony w sferze, a Saru nie przeszedł przytłaczającej, fizycznej transformacji. 🙂 Co zatem działo się na ekranie i co na ten temat myślą członkowie Pifka?

Recenzja według Śmiecha

Mam wrażenie, że udało się przemycić w tym odcinku odrobinę trekowego ducha, a główny wątek był lepszy i strawniejszy od tego, co widzieliśmy w poprzednim tygodniu.

W pogoni za Spockiem okręt zostaje unieruchomiony w pobliżu dziwnej, organiczno-mechanicznej kuli o średnicy prawie pół kilometra. Pierwsze skojarzenie: Borg, ale to nie to, choć też było groźnie. Kula zaczęła emitować dziwne wibracje, czy też promieniowanie albo pole i wtedy wszystkie układy na statku zaczęły wariować. Przez translator, podtrzymanie życia, osłony, napęd, itd. Przyznaję, że było to nawet wesołe, gdy po awarii uniwersalnego tłumacza wszyscy zaczęli gadać w różnych językach, niczym podczas budowy wieży Babel. 🙂 Czekałem na kilka słów po polsku, ale niestety się zawiodłem. 🙂

W każdym razie idea, by przed zniszczeniem obiektu, który prawdopodobnie wydaje się wrogi, spróbować się z nim porozumieć uważam za bardzo fajny i trekowy. Moment, w którym kapitan stwierdza, że ufając zdaniu swoich oficerów opuszcza osłony był niezły i – jak się później okazało – trafiony, bo owa kula wcale nie miała złych zamiarów, ale przed śmiercią chciała przekazać komuś całą swoją wiedzę. A że tej wiedzy było dużo… Cóż… Przeładowało to troszkę obwody okrętu i komputer pokładowy. Pomysł na ten odcinek bardzo mi się podobał i uważam, że gdyby takich momentów było więcej, to rokowałoby jakieś nadzieje.

Problem w tym, że poza ogólną ideą na główny wątek cała reszta (w tym realizacja) leży i kwiczy. Przede wszystkim problem mam z Saru, który w tym odcinku zostaje przedstawiony jako tak bardzo empatyczna istota, że gdy ktoś inny w okolicy umiera, to Saru umiera razem z nim. A przynajmniej tak to zrozumiałem. Słabe, bo konsekwentnie idąc dalej Kelpianie powinni umierać zawsze wtedy, gdy w pobliżu ktoś cierpi, a tego do tej pory na ekranie nie widzieliśmy. Drażniły mnie też monotonne, stanowczo za długie, rozrywające serce i wyciskające łzy dialogi Saru z Michałą, bo skupiały się na chorobie i empatii Saru oraz na jego dziedzictwie, zamiast na zagrożeniu dla załogi. Zresztą postać Michały też okropnie mnie denerwowała. Jak zwykle.

Kolejna wada odcinka, to drugi z wątków opowiadający o glucie bardzo mocno przywiązanym do Tilly. Rany, jakie tam działy się kurioza… W pewnej chwili uwięzieni w pomieszczeniu bohaterowie mówią, że po awarii wystarczy iskra, by zabił ich ulatniający się tlen. Więc co robią? Improwizowany piorunochron, z którego walą OGROMNYM wyładowaniem z odległości ok. 2m w drzwi… Co jeszcze? Wypuszczenie nieznanej i groźnej istoty z izolatki tylko po to, by po chwili zamknąć je z Tilly, a potem znowu wypuścić i łazić tuż obok niego. Wiercenie na żywca wiertarką w czaszce z piosenką Davida Bowie jako znieczuleniem. I wreszcie obcy glut, który na końcu okazuje się przejściem do Narnii. Męczyłem się oglądając te sceny. Jedyne, co jeszcze ratowało ów wątek, to wyszczekana pani inżynier, rzucająca złośliwe uwagi pod adresem Stametsa.

Drażnią próby naprawiania powiązania z kanonem. Kiedy kapitan Pike każe pierwszej oficer wymontować wszystkie hologramy z Enterprise’a, to jest to wręcz żałosne. Czemu ma to służyć, jak nie próbom udobruchania fanów? Problem w tym, że w ten sposób widzowie (a przynajmniej ja) mają prawo czuć się jeszcze bardziej zagubieni i zdezorientowani, bo nie można jednej dziury logicznej łatać drugą! Pomyślmy… Na jednym okręcie zawiodły hologramy, a więc usuńmy je z wszystkich okrętów floty i nie wspominajmy o nich przez kolejne ponad 100 lat. No błagam…

To samo kroi się z wątkiem muchomorkowego napędu. Wiadomo już, że glutopodobna istota pochodzi ze świata, który jest niszczony przez skoki Discovery i coś mi się wydaje, że scenarzyści szykują się na wprowadzenie zakazu używania napędu grzybkowego, by nie niszczyć inteligentnego gatunku. Podejrzewam, że w ten sposób chcą pogodzić się z kanonem, w którym taki napęd w ogóle nie istniał. Ok, tylko powstaje pytanie: czy ów gatunek glutów cierpiał, gdy skoki wykonywał niesporczak? Przecież dla niego to był naturalny sposób przemieszczania się! Że niby jak skacze niesporczak, to wszystko jest ok, a jak Stamets, to już niszczymy jakiś gatunek? No chyba, że niesporczak jest traktowany przez gluty tak samo wrogo, jak Stamets, ale to w ogóle nie było nawet zasugerowane…

Mam wrażenie, że jest tu pewna prawidłowość. Jeśli w odcinku nie ma Klingonów, to momenty robią się nawet strawne: tak jak tu, albo wtedy, gdy Mudd zabijał w kółko Lorkę. Ale złośliwości na bok. Niniejszy odcinek ma swoje dobre chwile (awaria tłumacza!), a główna idea bardzo mi się spodobała. Problemem ciągle są jednak wszechwiedząca i konieczna do wszystkiego „Mary Sue” Michała, wątek Tilly i glutopodobnej istoty oraz zerwanie z ideami starego Treka, z którym to podobno Discovery jest spójne. Taa… Akurat.

Discovery cierpi jednak na o wiele gorszą przypadłość: bałagan w scenariuszu. Mamy tu za dużo wątków, które nie są w wystarczający sposób rozwinięte. Policzmy: sfera i jej chęć przekazania wiedzy przed śmiercią to raz. To najważniejszy (i najlepszy) wątek odcinka. Potem mamy cierpienia Saru i jego rozterki dotyczące śmierci i dziedzictwa. To dwa. Rozumiem, że oba wątki są mocno ze sobą splecione, oba opowiadają de facto o czymś podobnym i jeden wpływa na drugi, ale Saru poświęcono na tyle osobnego czasu, że trzba ten wątek też liczyć osobno. Kolejny (trzeci) wątek to Tilly, glut i wiercenie w czaszce. Czwarty: zakatarzony Saurianin. Piąty: pogoń za Spockiem i czerwone anioły.

Dla porównania ostatni odcinek Orville’a miał tylko dwa wątki: wąsy Bortusa i miłosne perypetie Claire i Isaaca. I wszystko dało rade ogarnąć.

To dlatego cała akcja ze sferą, choć niewątpliwie nosi trochę trekowego ducha, gubi się w bałaganie i chaosie innych rzeczy pokazywanych na ekranie.

Szkoda.

Recenzja według Mavisa

Muszę przyznać, że podczas oglądania pierwszych dwóch minut odcinka (scena Pika z Pierwszym), prawie spadłem z krzesła. W ciągu dialogu trwającego niespełna minutę „wyjaśniają”, dlaczego Flota rezygnuje z przekazów holograficznych… Otóż takie rozmowy powodują zaburzenia działania wszystkich systemów statków, przez co cała flota Federacji zostaje unieruchomiona. Dzieje się to jednocześnie, teraz po tak długim działaniu tej formy komunikacji. Oczywiście Discovery nie ma takich problemów, bo na pokładzie nikt przecież nie używał hologramów do komunikacji… Kuriozalne jest jeszcze to, że zwykła rozmowa przy pomocy ekranów nie powoduje takich anomalii. To jest tak głupie, że w głowie się nie mieści. Systemy komunikacji są przecież takie same, ostateczna forma przekazu to już kwestia urządzenia końcowego, jeśli komputery nie były w stanie obsłużyć komunikacji holograficznej, to problemy były by widoczne od samego początku… W tym momencie przypominałem sobie jeden odcinek Następnego Pokolenia, gdzie większość odcinka była poświęcona problemowi niszczenia nadprzestrzeni przez napęd WARP i konkluzją było wprowadzenie obostrzeń maksymalnej stosowanej prędkości. No ale czego właściwie można spodziewać się po serialu STD ?

Wątek obcego wirusa: tu przyznaję, że to było bardzo ciekawe i przez ten fakt kwalifikuję fabułę jako ciekawą i dobrą… Oczywiście z pewnymi mankamentem. Ma się rozumieć, że wadą jest pierwszoplanowa postać
Burnham, bez której cała załoga statku nie wie jak użyć papieru toaletowego…

Wątek grzybka i Tilly – tu oczywiście twórcy chcą wyjaśnić dlaczego Flota zakaże używania napędu grzybkowego… Kolejne kuriozum: jeśli Niesporczak używa grzybni do podróży między gwiezdnej, to wszystko jest OK, ale jeśli „pilotem” jest człowiek… to się tak nie bawimy. To jest złe, bo nas zabija… to się nazywa „Poprawność Polityczna”. Jedyną „rzeczą”, która podobała mi się w tym wątku to postać Jett Reno. Pani inżynier jest po prostu kapitalna, stawiam ją razem z Lorcą jako najlepsze postacie z charakterem. Tak naprawdę ta postać jest bardziej wyrazista, niż cała obsada mostka razem wzięta w ciągu dwóch sezonów. Krótko mówiąc jest to postać, przez którą chce oglądać kolejne odcinki STD, potem idąc w dół, jest długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo, długo nic i pod dnem jest cała załoga Discovery razem wzięta. Wracając do wątku. Jeśli jedynym skutkiem ubocznym jest niezadowalanie jakiejś formy grzybkowej, to w sytuacjach awaryjnych dobro większości przekłada się do dobra jednostki, co też słusznie wykorzystał kapitan Equinoxa (ST:Voyager).

A bym był zapominał, kolejne kuriozum to motyw użycia wiertarki…. Tym razem przypomniałem sobie odcinek Gwiezdnych Wrót, gdzie w głowie jednego członka zespołu SG1 zalągł się pasożyt. Aby go usunąć, dwie osoby przytrzymywały petenta, a trzecia dokonywała wiercenia. No ale scenarzyści Discovery znają się lepiej… Wystarczy zaśpiewać, aby „pacjent” trzymał głowę nieruchomo i zniósł ból „operacji” na żywca.

Podsumowując odciek ciekawy, nawet powiedział bym dobry, gdyby nie pewne rzeczy które są po prostu złe… Dziękuję stażystom, że są tak dobrzy w swoim fachu, że wszystko muszą popsuć.

PS. Tak patetycznej i sztucznie odegranej sceny płaczu Michaliny nad Suru to trudno znaleźć w innych dziełach.

PS 2. W tym tygodniu nie ma odcinka Orvilla, na pocieszenie obejrzałem serial Nightflyers – to jest dopiero serial ze story arkiem.

Recenzja według Wookiego

W tym sezonie odcinki Star Trek Discovery zmieniają się sinusoidalnie. Totalne zmasakrowane epizody przeplatają historie, które mają nawet potencjał i ocierają się o ducha prawdziwego Star Treka. W przypadku „Obola” jest znów lepiej, tak jak to miało miejsce w odcinku drugim. Tym razem USS Discovery zostaje uwięziony przez ogromną, pradawną kosmiczną istotę, która wygląda jak wielka kula materii organicznej. Nie było by problemu gdyby nie to, że wpływa to na wszystkie systemy okrętu łącznie z uniwersalnym tłumaczem. Pomysł przyznam nawet ciekawy, na myśl naprawdę przychodzi Star Trek. Problem jak zwykle w tym serialu tkwi w wykonaniu.

Głównym problemem jest mnogość wątków. Oczywiście, trzeba ciągnąć temat grzybowego pasożyta, do tego rozwijamy postać Saru, kretyńsko ale zawsze, no i jest jeszcze główny wątek odcinka, nie zapominajmy też o Spocku i czerwonych wykwitach w galaktyce. Przez to wszystko ucierpiał główny wątek na siłę połączony ze specyfiką Kelpian, co doprowadza do żałosnej a w zamiarze dramatycznej sceny Saru z Michaliną, której umiejętności aktorskie mam wrażenie nie rozwijają się z czasem a wręcz zanikają. Ale po kolei…

Wszystko zaczyna się całkiem dobrze, poznajemy pierwszą oficer USS Enterprise. Scena ok, ale jednak nie ma ona wpływu kompletnie na resztę odcinka, więc moje pytanie dlaczego tu w ogóle jest? Po to żeby nikt się nie czepiał, że Disco to jednak klasyczny procedural a nie nowoczesny serial? To już chyba widać od poprzedniego sezonu, więc ‚cut the crap’. Niepotrzebnie jednak zaciemnia ona obraz całego i tak już ciężkiego epizodu. Następnie USS Discovery zostaje unieruchomiony przez kosmiczną istotę. W tym momencie też zaczynają szaleć systemy statku w tym uniwersalnego translatora. Ta scena jest najlepsza, moim zdaniem, w całym odcinku. Bardzo ciekawie zaprezentowano chaos jaki zapanowałby na statku Federacji bez tak prozaicznego urządzenia jak uniwersalny tłumacz. Co więcej, klimatem bardzo to wszystko przypominało klasycznego TOSa, trochę niezdarne, trochę mało science w wydźwięku, ale jakoś kupy się trzyma. Szkoda, że nie poprzestano tutaj tylko na takiej ekspozycji możliwości Saru (włada ponad 90 językami i tylko dzięki niemu udało się ogarnąć cały ten bajzel). Niestety z niewiadomych dla mnie przyczyn zdecydowano się na pełną pompę i to z gruntu głupią, ale o tym później. Ponieważ ostatecznie wątek ten kończy się znów całkiem trekowo, czyli odkryciem, że istota umiera, i próbuje przekazać zebraną przez siebie wiedzę aby coś po niej pozostało. Jest to o tyle atrakcyjne, że wiek obcego datuje się na sto tysięcy lat. Znowu, pomysł nawet dobry, ale wykonanie… o matko…To, że to własnie próba kontaktu niszczy systemy Discovery jest całkiem spoko. Ale, że umieranie istoty udziela się Saru może już niekoniecznie… znów chyba nie rozumiem humoru DISCO 😛 Sam finał całkiem niezły, widowiskowy jak to już ten Star Trek nas przyzwyczaił, ale znów czuło się tutaj pierwowzór – istota przekazała cała wiedzę i dodatkowo uratowała Discovery przed zniszczeniem. Gdyby tylko ten wątek był wyeksponowany, to byłby to kolejny niezły odcinek Star Trek Discovery, może nawet lepszy od „New Eden”, ale niestety mamy jeszcze sporo innego crapu w tym epizodzie.

Zacznijmy od Saru i jego nagłego umierania spowodowanego kosmiczną istotą. Mocno to naciągane, dla mnie śmieszne, ale jak scenarzyści chcieli na siłę tutaj tę pompatyczną nutę wrzucić to trudno. Niestety logika samego obrzędu pogrzebowego Kelpian to jest już kompletna głupota. Okazuje się bowiem, że umierają oni a w cale nie muszą – żyją w kłamstwie a tylko Saru zna prawdę… Czy mogli coś bardziej kliszowego wymyślić? Nie wydaje mi się 😛 Jednak wróćmy do clou problemu – dlaczego są Kelpianie okłamywani? otóż, aby umierający przedstawiciel tej dziwnej rasy nie cierpiał, najbliższa osoba odcina wysuwające się z tyłu głowy gruczoły, przez co zadaje szybką i bezbolesną śmierć. Jednakowoż nasza wspaniała Michalina w swojej beznadziejnej tyradzie aktorskiej trochę się z tym spóźniła i co się okazało? Ano Saru nie umarł, gruczołu same odpadły i co więcej teraz jest odważniejszy, bardziej pewny siebie i świadomy swojej wartości… Naprawdę, nie zmyślam tego… tak właśnie się stało. Pomijam już same medyczne objawy odpadnięcia tych wyrostków z tyłu głowy, śmieszne, star warsowe, no ale kit, w końcu to nie trek tylko Discovery, trzeba jakoś z tym żyć. Ale zastanówmy się… naprawdę nikt w inteligentnej rasie nie odkrył tego wcześniej? Załóżmy, że populacja Kelpian jest liczona na przestrzeni tysięcy lat w milionach. Jakie jest prawdopodobieństwo, że podobnie jak Michalina, żadna bliska osoba też nie spóźniła się chociaż raz z podcięciem tych gruczołów? Przecież to jest kompletnie niewiarygodnie, żeby cała rasa w ten sposób „ŻYŁA W KŁAMSTWIE”. A najgorsze w tym jest to, że prawdopodobnie na tym oprą cały wątek Saru, który będzie teraz walczył o prawdę swojego ludu… Ręce opadają…

No i jeszcze mamy wątek grzybowy. Moje nemezis. Wartość dodana tego docinka jest taka, że wiadomo po co wprowadzono tego grzybowego pasożyta – scenarzyści chcą wytłumaczyć dlaczego nie używa się takiego napędu powszechnie. Jednak jest to robione nieciekawie i niepotrzebnie – bo zastanówmy się napęd dla fabuły był potrzebny tylko po to, by de facto dostać się do Mirror Universe, pozostałe zastosowania można było wytłumaczyć w inny sposób, z resztą samo przejście do lustrzanego uniwersum też, trzeba było tylko trochę pomyśleć, a nie zrzynać koncept na cały serial z niezależnej gry komputerowej a potem dopinać do tego logo Star Trek. Uparli się na to grzybowe gówno, teraz nie dość, że mają pozew sądowy i zniszczyli kanon, to jeszcze przez cały sezon będą to naprawiać fabularnie. Co gorsza, w tym wątku mamy ciąg dalszy kretyńskiego zachowania się oficerów gwiezdnej floty – Stamets nadal sobie eksperymentuje na Tilly bez skanów, bez konsultacji medycznych, bez niczego. Tak, tym razem wyjaśnili to przynajmniej tym, że byli uwięzieni w maszynowni/grzybolaboratorium, ale dla mnie niesmak z poprzedniego odcinka pozostał i ciąg dalszy to tylko potęguje. Zawiodłem się też na uratowanej w pierwszym odcinku pani inżynier. Nie jest to aż tak barwna postać na jaką liczyłem, ale być możę się rozkręci. Scenarzyści próbowali pokazać chemię między nią a Stametsem poprzez w ich mniemaniu błyskotliwe dialogi tych dwojga, ale dla mnie wydawały się zbyt wymuszone i sztuczne, może dlatego, że było ich za dużo na raz? W każdym razie, ostatecznie skoki niszczą wymiar w którym żyją pasożyty, dlatego ten osobnik przyszedł aby powstrzymać Stametsa od kolejnych ‚ataków’ na jego ojczyznę. Zaskakujące prawda? Oszołomiło mnie od tej finezji i oryginalności rozwiązania problemu grzybowego.

Jak zatem oceniam ten odcinek? No cóż wątek główny jest niezły – a to bardzo wysoka ocena dla tego serialu. Niestety Star Trek Discovery jest nadal kompletnym ścierwem z nie do ścierpienia postacią Michaliny, kretyńskimi i mało oryginalnymi pomysłami scenarzystów. Potencjał tego odcinka wskazuje moim zdaniem, że zajmują się przede wszystkim tym serialem osoby kompletnie niekompetentne, nie znające się na swojej robocie, bo ten odcinek dobrze napisany i wyreżyserowany mógł być naprawdę bardzo solidną robotą.