Star Trek Discovery – „Świetlny punkt” – sezon 2, odcinek 3, recenzja

Trzeci odcinek drugiego sezonu Star Trek Discovery za nami. Co to oznacza? Na pewno powrót do stylistyki i wątków, które pojawiły się rok temu, choć z pewną niespodzianką: Klingonom urosły włosy. 🙂 Co o tym, oraz o fabule odcinka myślą Pifkowicze? Zapraszamy do recenzji.

Recenzja według Mavisa

Ten odcinek to bałagan. Rozpoczyna od ujęcia z Burnham, potem szybki przeskok na Tilly; wątki zatrzymują się w pewnym miejscu; druga połowa to już wydarzenia na Qo’nos; zakończone wstępem do Sekcji 31…

Usystematyzuje to trochę:

  • Wątek Burnham: Do poszukiwań dołącza matka Spocka (Amanda Grayson), oznajmiając, że wykradła dane dotyczące choroby jej syna. Oczywiście tylko Michael może rozszyfrować dane. Tutaj osobiście nie jestem przekonany co do wyboru aktorki, dla mnie po prostu wygląda za młodo, wygląda jakby była w tym samym wieku co jej adoptowana córka. Ale mniejsza z tym, następnie we wszystko zostaje wciągnięty Pike, który z kolei dowiaduje się, że jedyne dane dotyczące Spocka zostały wykradzione… Czy w tym uniwersum nie ma nikt kopii zapasowych? Jest również kawał: Pike i jego rozmówca żartują sobie, że są jedynymi osobami używającymi monitorów zamiast hologramów. Ostatecznie Kapitan odczytuje dane, z których dowiadujemy się, że Spock podczas ucieczki zabił trzech strażników…. Co do stu piorunów tu się dzieje???
  • Wątek Tilly: Omamy nieżyjącej przyjaciółki, stają się coraz silniejsze. Krótko mówiąc bohaterka już ich nie kontroluje i załoga dostrzega, że coś jest nie tak. Przy okazji nie wiem, w jaki sposób zdołała dogonić pozostałą część grupy w półmaratonie. Mniejsza z tym. W każdym bądź razie z pomocą przychodzi Burnham, która jedyna jej wierzy i jako jedyna wpada na rozwiązanie, że to ma to coś wspólnego z grzybnią. Oczywiście nie udają się do ambulatorium, bo po co? Perzcież grzybkowym ekspertem jest Stamets… który przy pomocy urządzenia do pobierania czarnej materii z meteorytu wyciąga z ciała Tilly grzybnie wielkości 1/3 jej tułowia… Ja cię kręcę i to bez żadnych medycznych konsekwencji…
  • Wątek Asha: Na wstępie dowiadujemy się, że Pseudoklingoni mają zamiar ruszyć z produkcją nowych jednostek – D7 (takie nawiązanie do oryginalnej serii), oraz że Pseudoklingoni golą sobie włosy podczas wojny; teraz w czasie pokoju ich włosy już są w pełni odrośnięte… Wygląda na to, że bardzo szybko rosną im włosy. Wracając do wątku: nikt z Rady nie jest zadowolony, że pomagierem Kanclerza jest człowiek i z faktu, że Kanclerzem jest kobieta. Tyler dyskredytuje jednego z Rady, przez starcie z jego czoła krwi… Oczywiście jako człowiek bez problemu mocuje się z Klingonem. Mniejsza z tym. Cały przekręt polega na tym, że w krwi są umieszczone nano-podsłuchy, dzięki czemu owy przedstawiciel Rady dowiaduje się, że Ash dowiaduje się, że ma dziecko z L’Rell. Dziecko zostaje porwane i z ratunkiem przybywa przedstawiciel Sekcji 31, który doradza co dalej. L’Rell występuje przed zgromadzeniem obwieszczając, że nie jest słaba, że trzeba zrezygnować z klanów, że teraz to wszyscy będą jedną szczęśliwą rodziną, a ona sama przestaje być Kanclerzem… Teraz wszyscy mają ją zwać „Matką”. Aby podkreślić swoje oddanie sprawie, pokazuje wszystkim odcięte głowy Asha i ich dziecka… Niech to dunder świśnie, a myślałem, że to serial przyjazny młodemu widzowi.
  • Wątek Sekcja 31: Jak już wspominałem, Tylerowi przychodzi na ratunek nie kto inny, jak sama Pani Imperator Philippa Georgiou. To jest właśnie jej pomysł: wykonanie biologicznych kopii głów Asha i noworodka. Mniejsza z tym, że głowa Tylera ląduje w wulkanie, gdzie nikt nie będzie mógł jej zbadać… Ale naprawdę to nie ma znaczenia, bo głównym motywem jest tu pokazanie statku kosmicznego Sekcji 31 z ruchomymi gondolami i maskowaniem oraz jego załogi – taka zapowiedź spin-offu. Dla mnie najzabawniejszym motywem było pokazanie czarnej tajnej odznaki Sekcji 31… W mordę jeża, chyba scenarzyści nie wiedzą co to konspiracja.

Podsumowując: niech to kule biją! Tak jak pisałem: odcinek jest strasznie chaotyczny, scenarzyści wrzucili tu za dużo wątków na raz. Swoją drogą, jeśli ktoś gra w Star Trek Timelines, to z pewnością zauważył, że gra nie bierze pod uwagę widzów oglądających serial przez Netfiksa, przez co z tygodniowym wyprzedzeniem dostaje eventowe nagrody w postaci „Postaci” z odcinka którego jeszcze nie widziałem – dzięki za spojler!

PS. Obsada mostka awansowała z dodatku tła, na mówiący dodatek tła, oraz charakteryzacja Klingonów jest tak fatalna, że gdyby nie napisy, to bym nie wiedział co mówi L’Rell.

Recenzja według Wookiego

No i pojawili się moi ukochani Klangoni… a wraz z nimi wszystkie te elementy, które powodują, że Star Trek Discovery to skrajne ścierwo. Ten odcinek jest wybitnie zły, prawdopodobnie, że ciągnie aż trzy wątki, jeden mniej ciekawy od kolejnego. Wprawdzie fakt, że scenarzyści próbują nieco wygładzić rozpierdziel jaki zrobili w kanonie jest godny zauważenia, ale wykonanie tego jest takie jak cały ten żałosny serial.

Zacznijmy od tego najmniej spieprzonego wątku, czyli spotkanie Michaliny z przybraną matką Amandą Grayson. Tutaj pojęto próbę wyjaśnienia kontrowersji związanej z istnieniem kogoś takiego jak Michael Burnham jako siostra Spocka. Otóż Spokuś się do biednej Misaczki nie odzywa bo jest na wskroś obrażony i tak bardzo jest obrażony, że ją wyparł kompletnie ze świadomości tak jak by nie istniała… Serio to jest wyjaśnienie… A dlaczego jest obrażony? Bo Michalina go skrzywdziła, żeby go tak naprawdę chronić przed UWAGA UWAGA logicznymi ekstremistami, którzy ją szykanowali. Tak logiczni ekstremiści… WTF?! Przecież logiczni ekstremiści to jakiś szalony oksymoron, a co gorsza nie ma nic więcej na ten temat wyjaśnione, aby złagodzić wrażenie porażającej głupoty tego terminu. Co gorsza gdyby nie przyczyna dla której Spoczek wydziedziczył Miśkę, to jeszcze jakoś z popitką dobrą dałoby się przełknąć powód, dla którego o Michael Burnham nie ma ani słowa w TOSie, tym bardzie w połączeniu z rozmową o miłości Amandy do swoich dzieci, która miała nawet potencjał. Niestety to nie koniec, bo oczywiście Michalina jest wciąż nieznośnie wkurzająca – sposób grania i to jak ta postać jest napisania niezmiernie mnie irytuje w tym sezonie. Natomiast Amanda przyjechała do swojej córki, by ta odszyfrowała pliki związane ze Spockiem, bo to jest oczywiście jedyna osoba w galaktyce zdolna do tego, więc nie ma problemu narażajmy na kolejne zarzuty osobę (własną córkę), która jako pierwsza w Gwiezdnej Flocie dopuściła się buntu.

Idźmy dalej do wątku Tilly i jej ducha. W tym przypadku cieszę się, że ten debilny wątek jakoś się zakończył. Natomiast znów wykonanie jest po prostu kuriozalne. Nie będę się tutaj nawet czepiać takich drobiazgów jak kwestia dogonienia w półmaratonie peletonu tak bardzo już oddalonego od Tilly. Nie będę się też znęcał nad słabą sceną na mostku, gdy znieważony został Pike. W tym przypadku są dużo poważniejszy zarzut. W jaki sposób rozwiązuje się problem ducha, który nawiedza rudowłosą irytującą kadetkę? Rach-ciach, genialna Michalina, bez której nic się nie obejdzie w tej galaktyce poskładała, bez jakichkolwiek skanów medycznych, tricordera, czegokolwiek, że wizje Tilly muszą być związane z grzybnią, więc walić lekarzy lecimy do Stametsa. Ten, bez zastanowienia, analizy, testów robi bach jebut od razu na Tilly używa jakiegoś ustrojstwa używanego wcześniej do czarnej materii. Oczywiście kompletnie nie wie czy czasem odseparowanie pasożyta nie zabije nosiciela, albo czy to będzie miało jakiekolwiek konsekwencje medyczne. Ważne że było dynamicznie, i było sporo świecących efektów specjalnych na ekranie. Bo przecież nam wszystkim o to chodzi w dobrym nowoczesnym science-fiction, a tym bardziej zawsze tylko to się liczyło w Star Treku. Kto to w ogóle pisał? Znów zajęcia ze scenopisarstwa w przedszkolu urządzono? A potem te genialne pomysły kilkulatków przeobrazili w takie dzieło? Naprawdę nikt nie widzi jakie to jest głupie?

No i przechodzimy do ostatniego wątku czyli Klangonów… Oj tutaj to już mamy jesień średniowiecza. Na początek trzeba podkreślić bardzo istotną informację: Klangoni byli łysi w czasie wojny, bo na ten czas się golą… Teraz natomiast wyglądają…. tak samo kretyńsko i niekanonicznie tylko z włosami… To zmienia wszystko i przecież cały problem z Klangonami rozwiązany prawda? Nie ma żadnych obiekcji do ich inne statków, ubioru, zwyczajów, technologii, charakteru, wyglądu? Bo teraz za sprawą nowej Matki/Kanclerki błyskawicznie w 10 lat przejdą transformacje do tego co widzieliśmy u Klingonów za czasów Kirka? Bo zobaczyliśmy hologram krążownika D7 i włosy to już wszystko w porządku? Nie da się tak szybko całego społeczeństwa tak radykalnie zmienić. Ale to nie wszytko, bo przecież nic bez Michaliny, pamiętacie… Zatem w tym wątku też musiała wystąpić. A w jakich okolicznościach? A no Tyler wpadł na genialny pomysł. Po tym jak wbrew wielu frakcjom klangońskim został mianowany Torchberearem prze L’Rell, postanowił się skontaktować tak po prostu i pogadać sobie z Miśką. Po co? W zasadzie po nic, bo te zawiłości miłosne a’la „Moda na sukces w kosmosie” są żałosne i kompletnie niepotrzebne w tym wątku. Dziecko L’Rell i Tylera robi tutaj wystarczającą zawieruchę (trochę sztampową i oklepaną, ale jednak), żeby już podarować sobie rozterki miłosne naszego człekoklangona. Ale muszę przyznać, że wpleciono tutaj fenomenalny wątek humorystyczny. Otóż fakt, że tytuł kanclerza, władcy imperium Klangońskiego przekazuje się jakąś umową notarialną gdzieś w jakiejś kanciapie rozbawił mnie na całego. Tak trzymać, po co zrzynać komediowy pierwiastek od Orville’a, lepiej wyrobić sobie swój własny sznyt – oby tak dalej.

Ale to nie wszystko rzecz jasna, bo ostatecznie w to wszytko wchodzi niczym deus ex machina Imperatorka. W tym momencie spadłem już z krzesła z wrażenia. To był szczyt. Nie dość, że scena głupia, technologie sekcji 31 przegięte, o czarnej odznace nie wspomnę, to najbardziej kuriozalny jest fakt samej osoby mirrorowej Philippy. Chcecie mi powiedzieć drodzy scenarzyści, że tajna nad tajnymi Sekcja 31 przekazała władzę nad „prowadzeniem” sprawy klangońskiej byłej tyrance z Mirror Universe? Tej od rasistowskiego podejścia, że Terranie są najwyższą rasą we wszechświecie? Tej, co jadła zupę z Kelpian, torturowała ludzi? To coś jakby CIA zwerbowało Stalina i kazała pokierować całą polityką powiedzmy Włoch albo Niemiec po wojnie. To jest tak niedorzeczne, że nawet kilkulatek z przedszkola nie mógłby na to wpaść. Tutaj podejrzewam już ostre psychotropy, może LSD? Odjazd naprawdę gruby, szkoda tylko, że nikt tego nie weryfikuje.

No i jak mam podsumować ten odcinek? Może tylko powiem, że dzięki niemu wszystko wróciło do normy i jest to ostateczny sygnał, że należy porzucić wszelkie nadzieje co do tego serialu. Szkoda, bo poprzedni odcinek dawał zwiastuny poprawy na lepsze.

Krótki dopisek Śmiecha

Tak, większość tego, co powyżej napisali koledzy się zgadza. Choć muszę zripostować uwagę Wookiego o przyjmowaniu Stalina do CIA. 🙂 Podobne historie przecież zdarzały się w naszej historii po II wojnie światowej, gdy USA przechwytywało i rekrutowało co bardziej wartościowych hitlerowców. Wystarczy wspomnieć Werhnera von Brauna, który w latach 40-tych jako członek NSDAP i oficer SS współtworzył rakietę V2, a po wojnie w USA był jednym z twórców ich programu kosmicznego.

Od siebie do minusów odcinka dodam jeszcze realizację, a konkretnie bardzo dziwne najazdy spod kuriozalnych kątów. Ujęcie zaczyna się do góry nogami, albo pod kątem 90 stopni, a potem kamera powoli (sunąc wzdłuż podłogi) obraca się do normalnej pozycji. Po trzecim czy czwartym takim otwarciu sceny miałem serdecznie dość.

Podobnie nie podobało mi się ujęcie „łączone” podczas rozmowy Michały i Asha. Po co? Jaki to miało sens? Jakie wartości dodane dawało to ujęcie w porównaniu do tych, gdy w normalnym pomieszczeniu widać było owe nieszczęsne błękitne hologramy? Mam tylko dwie odpowiedzi: albo twórcy dodali to dla podkreślenia widowiskowości (i dla odwrócenia uwagi od jakości scenariusza), albo żeby pokazać dobitnie, że dwie postaci są blisko siebie (bo inaczej widz by na to nie wpadł). W obu przypadkach oznacza to traktowanie widzów jak idiotów.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zacząłem jako zalety zauważać rzeczy, które w każdym innym dobrym serialu byłyby normalnością. Na przykład to, że kapitan (w końcu!) zwraca się do obsługi mostka po imieniu.

Nie… Wróć… Najgorsza była rozmowa w mojej pracy z bardzo dobrym znajomym o Star Treku. Wszystkie moje argumenty przyjął, stwierdził, że w sumie mam rację, ale rozmowę skończył słowami „Ale to się jednak fajnie ogląda”. 🙁

Na pocieszenie dodam tylko, że po mojej rekomendacji dwie inne osoby z roboty zaczęły oglądać „The Orville” i są mega zadowolone. 🙂 Sławku, Robercie! Tak trzymać!