The Orville – „A Happy Refrain” – sezon 2, odcinek 6, recenzja

Tylko filmy Science-Fiction pozwalają na odpowiedź co by było, gdyby człowiek zakochał się w sztucznej inteligencji, albo na odwrót. Ostatni odcinek „The Orville” próbuje na swój własny, wesoły sposób pokazać ów motyw. Czy twórcom serialu udało się przedstawić to w interesujący sposób?


Recenzja według Śmiecha

W pewnym sensie założenia tego odcinka bardzo mocno przypominają coś, co znamy z jednego ze starych epizodów „Star Trek: The Next Generation”, a mianowicie „In Theory” (TNG: 4×25). W obu przypadkach odcinki odkrywają hipotetyczny scenariusz miłości człowieka do maszyny i jej konsekwencje. W Star Treku sprzed prawie dwudziestu lat dostaliśmy androida Datę, w którym zakochała się jedna z załogantek Enterprise’a. Tam jednak Data nie rozumiał uczuć i nie mógł dać Jennie czegoś, czego ta oczekiwała. Ostatecznie cała sprawa zakończyła się porażką. Czegoś podobnego spodziewałem się tutaj, ale zostałem zaskoczony…

W „Orville’u” widzimy doktor Claire, która od czasu wypadku promu dość mocno zbliżyła się do Isaaca, który w sumie jest sztuczną inteligencją i z założenia – podobnie jak wspomniany Data – nie rozumie ludzkich uczuć. Takiej afekcji można się było spodziewać. 🙂 Jeszcze niedawno Isaac był partnerem Claire na uroczystości Ja’loja. Tutaj w jednej z pierwszych scen Isaac przynosi Claire banana, bo wyliczył, że powinna być głodna oraz jako jedyny zauważył jej nową fryzurę. Dodajemy dwa do dwóch i otrzymujemy kobietę zakochaną w idealnym partnerze, inteligentnym, bez cienia brutalności, zawsze pełnego dobrych rad i gotów wysłuchać każdego problemu.

Nie jest to nowy pomysł, bo w od wielu, na prawdę wielu lat podobne wątki związków ludzi z maszynami przewijały się w popkulturze i w science-fiction co jakiś czas, a jednak mimo wszystko „The Orville” potrafił pokazać to w taki sposób, że cały odcinek ogląda się z wypiekami na twarzy oraz z wybuchami śmiechu.

Bo chyba o realizację i chemię między bohaterami najbardziej tu chodzi. Postacie od samego początku są skonstruowane w taki sposób, że widzom (a przynajmniej mnie i mojej kochanej Żonie, która przypadkiem załapała się na seans) bardzo na nich zależy. Niezdarność Isaaca bawi do łez, szczególnie wtedy, gry próbuje zerwać z Claire w gaciach, wytartym podkoszulku, z butelką czegoś podejrzanego w dłoni i żądając obiadu. 🙂 Zresztą cała historia sukcesów i porażek, czyli miotania się Isaaca między spełnianiem oczekiwań Claire oraz wytycznymi jego programu każącego mu zbierać dane o ludziach jest świetna. Scenariusz odcinka bawi i wzrusza, szczególnie ostatnia scena…

…która choć romantyczna w cholerę, to jednak sprawiła mi mały kłopot. Chodzi mi o nie o to, że Isaac znalazł sposób na to, by pogodzić się z Claire, ale bardziej o to, że jego algorytmy „dostosowały się” do jej obecności. Jakoś to wyjaśnienie do mnie nie trafia. Nie spodziewałem się tego, że scenarzyści znajdą „roboci odpowiednik miłości”, bardziej oczekiwałem takiego zakończenia, jak w Treku, gdzie Data również robił to, czego oczekiwała partnerka nie rozumiejąc tak na prawdę jej potrzeb. A tutaj proszę… Nastrojowo, romantycznie i w dodatku ze szczęśliwym zakończeniem, bo okazało się, że sztuczna inteligencja też potrafi kochać. Miodzio. Tylko dla mnie trochę nieprzekonująco. Odebrałem to trochę jako rozwiązanie typu „deus ex machina”, a raczej „amore ex machina”. 🙂

Nie mniej jednak odcinek ogląda się świetnie i jeśli ktoś oczekuje trochę innych historii, niż „bum, wziuu i czerwone anioły” oraz tęskni za DOBRYM SCIENCE-FICTION, które ze swojej natury powinno zadawać pytania w stylu „co by było gdyby?” oraz ekstrapolować dzisiejsze trendy naukowe, społeczne i techniczne (w dodatku podlane sosem nostalgii do złotej ery najlepszego serialu SF oraz ogromną dawką humoru), to wątek miłosny w tym odcinku jest wyśmienity.

Co jeszcze? To odcinek wyjątkowy nie tylko ze względu na fabułę. W końcu po raz pierwszy widzimy prawdziwe twarze aktorów, którzy do tej pory w „The Orville” byli znani tylko z głosu, czyli Marka Jacksona (Isaak) i Norma MacDonalda (glut Yaphit). Bardzo miły akcent, w dodatku oba przypadki są umotywowane rozwojem intrygi na ekranie.

No i Bortus z wąsami. 🙂 Genialne!

Cholera… Na prawdę bardzo lubię te postacie. A Żonie też ten odcinek (i cały serial) bardzo się podobał, a to mocna rekomendacja. 😉

Recenzja według Mavisa

Całość akcji dzieje się na statku i pierwsze wrażenie może wyglądać: przegadany odcinek. Praktycznie oprócz krótkiego epizodu Bortusa z wąsami, to cały wątek skupia się wokół perypetii miłosnych Claire z Isaakiem. Jednak mimo wszytko odcinek wciąga i nie nudzi. Ot, taka spokojna historia miłośna.

Podobnie jak mojemu poprzednikowi, bardzo podobało mi się pokazanie prawdziwych aktorów grających Issaka i Yaphita. Było też kilka momentów kiedy parskałem śmiechem: Issak siedzący na kanapie w brudnym podkoszulku – to jest kapitalny obraz i w tym przypadku przebija postać Bendera z Futuramy :). Moment kiedy Isaak wywraca stolik w restauracji i „naprawienie” tego czynu.

Chciałem jeszcze napisać o jeszcze jednym elemencie, którym zauroczyłem się podczas tego odcinka, a mianowicie chodzi o przerywniki ukazujące statek Orville, ale to mój konik i rozumiem, że nie wszyscy mogą być tym tak zachwyceni. Przeloty kamery wzdłuż statku są w tym odcinku wręcz finezyjne i nie przypominam sobie, aby były wcześniej użyte. Dla mnie świetnie ukazują sylwetkę statku. Jest to też element który strasznie brakuje mi oglądając Discovery.

Tak więc, dziś bardzo krótko, może bardzo przegadany odcinek, ale świetny aby wprowadzić drugą połówkę w uniwersum Sci-Fi.