Star Trek Discovery – „New Eden” – sezon 2, odcinek 2, recenzja

Kolejny odcinek serialu Star Trek Discovery jest reżyserowany przez wieloletniego trekowego weterana zarówno w roli aktora, jak i reżysera, czyli samego Jonathana Frakesa. Czy doświadczenie reżyserskie wyniesione z planu TNG, DS9, VOY i ENT pomogło mu tchnąć w najnowszy odcinek Discovery odrobinę starego ducha?

Recenzja według Mavisa

Podążając śladem anomalii Discovery przemieszcza się o 150 milionów lat świetlnych do nieznanego zakątka galaktyki. Na miejscu załoga odkrywa sygnał SOS nadawany z małej osady na powierzchni planety. Okazuje się, że mieszkańcy zostali przeniesieni w te miejsce w małym kościółku podczas Trzeciej Wojny Światowej w 2053 roku. Po tym wydarzeniu mieszkańcy połączyli różne religie, aby stworzyć nową, czczącą czerwonego anioła. Na początku załoga nie wie dlaczego właściwie się tu znalazła. Przyglądając się bliżej całej sytuacji odkrywają, że wiosce grozi niebezpieczeństwo i postanawiają temu zapobiec

Przyznaję, że odcinek dobrze mi się oglądało, oceniam go powyżej przeciętnej, jest prawie dobry. Widać, że Frakes poskładał dostępny materiał w prawie spójną całość. To tyle dobrego z mojej strony.

Oglądając ten odcinek powoli rozumiem, jaki jest motyw przewodni tego sezonu. Wychodzi na to, iż Discovery podążając za anomaliami trafia w miejsca gdzie ma udzielić komuś pomocy. Przypomina mi to motyw odnalezienia siedmiu Smoczych Kul przez Goku. Mamy też motyw „I see dead people”. Oczywiście w odcinku jest napominane, że zaawansowana technologia jednej cywilizacji dla drugich może być postrzegana jako magia lub nieprawdopodobne rzeczy – na przykład widzenie wspominanych zmarłych. Osobiście uważam, że motyw paranormalny będący osią fabularną nie jest zbyt dobrym pomysłem dla serialu Sci-Fi… Zobaczymy co z tego wyjdzie. Może to test dla ludzkości, coś w rodzaju testu Q z ST: Następne Pokolenie

A teraz parę buraków: Przede wszystkim napęd grzybkowy, który umożliwia przeskok o 150 milionów lat świetlnych… Oczywiście wykorzystanie napędu następuje w słusznej sprawie. Tu nie wiem, co sobie myśleli twórcy i w jaki sposób chcą dać „bana” takiej technologii. Raz, że wszyscy w Federacji wiedzą o jej istnieniu, Klingoni też. Dwa to fakt, że dysponowanie taką technologią jest ważniejsze niż wszystkie głosy przeciw. I pomyśleć, że Voyager potrzebował 23 lata aby wrócić na Ziemię… Nie mówiąc o długotrwałej Wojnie z Dominium… Wystarczyło by wyciągnąć Discovery i pstryk, wszystkie zagrożenia zostały by zażegnane.

Kolejną rzeczą, która mnie rozłożyła na łopatki to wielka dyskusja o uchyleniu Pierwszej Dyrektywy między Pike a Burnham oraz załogantką mostka (która w tym odcinku nieco wychyliła się z tła obsady mostku), w której Pike wyraźnie mówi, iż jedynie Kapitan może ją uchylić… W kolejnej scenie mamy Pierwszego Oficera Suru, który uchyla Pierwszą Dyrektywę i interweniuje w los cywilizacji…

Swoją drogą interesujące jest, że mieszkańcy planety, mimo że są Ziemianami, są traktowani jako społeczność przedwarpowa, ponieważ opuścili Ziemie niespełna dziesięć lat przed pierwszym lotem Warp.

Spock mający wizje… Mieliśmy telepatyczną rozmowę na odległość między Burnham, a Sarekiem, teraz dochodzi wzmianka, że Spok był nawiedzony, gdyż jako dziecko miał wizję… Bez komentarza

Podsumowując: odcinek nader spójny, dobrze się go oglądało. Choć dodam jeszcze, że Tilly jest nieśmieszna, a żart z wybiegnięciem na korytarz, pomyleniem kierunku i przybiegnięciem w drugą właściwą stronę wydał mi się wymuszony. Na koniec dodam, iż uratowana pani inżynier z poprzedniego odcinka nie pojawiła się… a szkoda.

Recenzja według Wookiego

Przyznam szczerze, że ten odcinek mile mnie zaskoczył. Po raz drugi bodajże w całym serialu poczułem ducha Star Treka. Fakt, że historia już trochę wyświechtana w uniwersum, czyli gdzieś gdzie nie powinno jej być, istnieje sobie ludzka społeczność, ale dzięki temu właśnie czuje w końcu kontakt z resztą historii spod szyldu Gwiezdnej Wędrówki. Jako szkielet opowieści jest temat jest całkiem wdzięczny, tym bardziej, że mamy możliwość poznania Pierwszej Dyrektywy w praktyce (i jak to przeważnie w Star Treku bywa, jej nieprzestrzegania :P). To sprawiło, oglądało mi się w końcu Discovery dość przyjemnie. Oczywiście nie obyło się bez spazmów bólowych tu i tam, ale o tym później.

Zacznijmy od pozostałych pozytywnych elementów „New Eden”. Przede wszystkim tym razem scenariusz nawet nie próbował udawać, że to nie procedural i to się sprawdziło w szczególności w tandemie z Jonathanem Frakesem, czyli weteranem zarówno reżyserskim jak i aktorskim złotej ery Star Treka. Zaczynam też dostrzegać światełko w tunelu jeżeli chodzi o kapitana Pike’a. Ok, nadal brakuje mu charyzmy w porównaniu do Lorki, ale pokazuje dużo więcej ludzkiej strony i mam wrażenie, że lepiej tez uosabia Gwiezdną Flotę oraz Federację. Oby tak dalej. Podobało mi się też, że w końcu (zgodnie zresztą z obietnicą) zaczyna być wykorzystywana pozostała załoga mostka. Tym razem mogliśmy lepiej poznać porucznik Owosekun. Cieszę się, że przestała być statystką i pokazała jakąkolwiek część swojej osobowości – w tym przypadku chciażby, jak to lubię nazywać, zmysł MacGyvera. Jeśli poznamy w podobny sposób resztę kluczowej załogi Discovery, a ja na koniec sezonu będę w stanie wymienić ich stopnie i nazwiska, to będzie to naprawdę spora zmiana na lepsze. Na koniec muszę też pochwalić wątek przewodni sezonu – nareszcie zaczyna mnie interesować i wciągać – tutaj zgodnie z zamierzeniami twórców najbardziej zaintrygował mnie obraz wyciągnięty z zabytkowego chełmu odzyskanego przez Pike’a od mieszkańców osady.

Jednak, jak wspomniałem we wstępie, nie obyło się bez cierpienia. Przede wszystkim, jest to odcinek w którym rekordowo wkur… denerwowała mnie Michalina. Te dyskusje z KAPITANEM na temat pierwszej dyrektywy, ta jej nachalność i obwieszczający prawdy objawione sposób wypowiedzi bardzo mnie tutaj irytował. Co gorsza, w jednej scenie się niemal kłóci z oficerem dowodzącym, żeby w następnej już przekonywać, że rozumie jaki jest koszt niesubordynacji, bo sama tego posmakowała. Coś tutaj mi bardzo nie gra i obawiam się, że będzie jeszcze gorzej. Chociaż muszę jednak przyznać, że scena „nie rozśmieszania kontuzjowanego kapitana” była już całkiem niezła i nawet moje kącki ust nieco poruszyły się do góry, czyżby DISCO mógłby być też zabawny? Póki co odrzucam tę szaloną teorię. 😛

Problem mam też nadal z Tilly. Powoli zaczyna mi ona zakrawać na discoverowego Wesleya Crushera, jednak o tyle jest to w przypadku gorsze, że wchodzi w to wszystko jeszcze metafizyka – widzenie duchów, rozmowa ze zmarłymi to jest coś, co według mnie do takiej space opery jak Star Trek nie pasuje. Na dodatek jej pomysł rozwiązania problemu zagrażających osadzie to znów Szybcy i Wściekli w kosmosie niczym „Star Trek Beyond” – strasznie głupie, płytkie i nie przystające temu uniwersum. Rozumiem, że twórcy chcą pozostać efekciarscy i mili dla oka i nawet bym to zaakceptował, jednak pomysł kosmicznego „manewru obwarzanka” na wyrzucenie meteoru czarnej materii (sam ten byt jest kuriozalny) jest mam wrażenie czymś, na co wpadło kilkuletnie dziecko, bo dorosły człowiek nie może czegoś takiego wymyślić. Nie będę się już czepiał, że taki manewr wyłapał wszystkie odłamki, co do jednego – perfekcyjna robota.

Ostatnią rzeczą, na którą pomarudzę to oczywiście grzybo-napęd. Na jakiego grzyba (pun intended) w ogóle w to brną? Żeby Stamets odszukał sens życia na nowo? No przecież oba wykorzystania black alertu w tym odcinku są naprawdę zbędne i można było je zastąpić czymś normalnym, a Stametsa reanimować inaczej – może jakimś nowym projektem? A tak brniemy dalej w ten absurd – w uniwersum istnieje lepszy napęd od WARP, jednak jeszcze 100 lat po jego skutecznym użytkowaniu żadna frakcja, nacja, rasa nie używa jakiejkolwiek wariacji na temat grzybonapędu. Nawet Michalina w „New Eden” nie przysporzyła mi takich bólowych spazmów jak ponowne wykorzystywanie tego potwornego wynalazku. Błagam, już wystarczy!!

Reasumując odcinek ten mi się nawet podobał. Ba, jest to chyba najlepszy odcinek Discovery zaraz po „Magic to Make the Sanest Man Go Mad” i to już w drugim epizodzie serii. Gdyby go jeszcze trochę doszlifować, to wyszedłby w końcu odcinek, którego Gene Roddenberry by się nie powstydził. Pomijając jednak wszelkie bolączki, jeśli na takim poziomie byłby cały sezon drugi, to byłbym pozytywnie zaskoczony i byłaby to zmiana na lepsze.

Recenzja według Śmiecha

Tak, jest lepiej. Chociaż ciągle bolą te same rzeczy.

Słyszałem o nowej grze pijackiej: za każdym razem, gdy na ekranie Michael Burnham zrobi coś wyjątkowego, na co nie wpadł żaden inny załogant, gdy jako jedyna będzie coś wiedzieć, albo gdy okaże się, że jako jedyna ma rację, to należy strzelić sobie wysokoprocentowego kielicha. Wliczyć w to trzeba na przykład chwile, gdy sugeruje wejście w warp w celu poprawienia wyników skanu, cytuje Shakespeare’a, opisuje jako jedyna XX wieczne religie, poprawia i doprecyzowuje kapitana, itd. Wygrywa ten, kto dotrwa do końca odcinka.

Żeby jednak nie było ze marudzę (i że powtarzam argumenty kolegów wymienione powyżej), to muszę pochwalić postać Jakuba, czyli jedynego z osadników, który domyśla się pochodzenia trójki przybyszów. Wiemy, że ma rację i wiemy, że pewnie jako jedyny dałby sobie radę w społeczeństwie XXIII wieku. A jednak decyzją kapitana musi zostać na planecie, gdzie los jego i reszty mieszkańców jest raczej pewny: jeszcze długo będą odizolowani od zdobyczy Federacji, choć to tacy sami ludzie, jak ci żyjący w sektorze 001. Tragiczne i szkoda go, ale jako wątek fabularny sprawdza się doskonale.

Według mnie odcinek ma przebłyski. Takie „momenty” bycia niezłym, gdy zza węgła wychyla się duch Star Treka. Niech tylko pozbędą się Burnham i Tilly (oraz związanego z tą ostatnią slapstickowego humoru) i zadbają trochę o pokazanie reszty załogi okrętu i relacji między nimi. Większa rola Owosekun i Keyli Detmer to nareszcie ruch w dobrym kierunku.