The Orville – „All the World is Birthday Cake” – sezon 2, odcinek 5, recenzja

Załoga statku musi poradzić sobie z niespodziewanym i niebezpiecznym kierunkiem, jaki obrał pierwszy kontakt z nową cywilizacją, a tymczasem na statku następca Alary Kitan na stanowisku oficera bezpieczeństwa stara się zdobyć szacunek załogi i miejsce na okręcie. Jak to wyszło i co o tym myślą członkowie Instytutu możecie przeczytać poniżej.

Recenzja według Śmiecha

Przyznaję, że mam z tym odcinkiem pewien problem. Niby fajnie, niby w duchu Treka, niby ciągle to ten sam dobry Orville, ale coś mi tu nie gra.

Największy problem w tym odcinku mam z formalnościami podczas pierwszego kontaktu Unii z nowymi gatunkami. Kiedy kapitan ogłasza komunikat o planecie, z której po raz pierwszy otrzymano sygnał wszyscy cieszą się jak dzieci! Zresztą sam Mercer mówi w pewnej chwili, że Unia odpowiada na sygnał zawsze, gdy jakiś gatunek wyśle w kosmos pierwszą wiadomość. To cholernie nieodpowiedzialne – co zresztą pokazał rozwój wypadków – by pokazywać się i ujawniać od razu każdemu, kto umie modulować fale elektromagnetyczne. Ludzkość umie to robić od ponad stu lat, a uważam, że jako gatunek jeszcze nie jesteśmy gotowi na poznanie ewentualnych „Obcych”.

W Star Treku każdy pierwszy kontakt był poprzedzony badaniami i obserwacjami cywilizacji, która zbliża się do wynalezienia napędu warp. Wysyłano naszych naukowców, którzy wtapiali się w otoczenie i badali kulturę, socjologię i poziom rozwoju ewentualnych kolejnych członków Federacji. Nawet przy zachowaniu takich środków ostrożności nie zawsze wszystko szło z gładka (patrz genialny odcinek zatytułowany właśnie „First Contact”). Tymczasem „The Orville” pokazał, jak cieszący się z odkrycia nowych kumpli załoganci pokazują się publicznie podczas pierwszego lądowania na powierzchni, używają naszych gestów i zwrotów (np. podania ręki) i – co najważniejsze – kompletnie nie znają i nie rozumieją tych, których odwiedzają.

Ten odcinek nie jest trekowy. Ba! Jest bardzo daleki od Treka i to pomimo tego, co jak zwykle w starym Treku i innych odcinkach Orville próbuje się pokazać pod płaszczykiem wesołej i wciągającej fabuły, czyli paralele do naszego świata. W tym konkretnym przypadku to, jak bardzo rozwój naukowo-techniczny może rozjechać się z wierzeniami i życiem duchowym. Ten odcinek wyraźnie pokazuje, że serial „The Orville” nie jest „takim trochę weselszym Star Trekiem”.

Żeby była jasność: rozumiem ideę i główną myśl przewodnią. Nie podoba mi się tylko sposób jej przekazania, bo pokazuje Unię w Orvillu jako bandę nieodpowiedzialnych ludzi.

Hmmm… Przypomina mi się teraz inny odcinek serialu, gdy Ed z Malloyem wysłani byli na okręt Krill, by zrozumieć wroga. Tak sobie myślę, że może to jednak norma w tym świecie? Najpierw na „hurra” robić głupstwa, a dopiero potem starać się zrozumieć drugą stronę? Tylko że gdy trwa – jak na ekranie – wojna z Krill to trochę późno, co nie? 🙂

Inna sprawa, która trochę obniża mi ocenę tego odcinka, to powód, z jakiego nowo poznana tak szybko się na nas obraziła. W pierwszej chwili pomyślałem, że wiara w horoskop jest zbyt banalnym powodem, ale potem pomyślałem o naszym realnym świecie. 🙂 Minęło 50 lat od lądowania na księżycu, sięgnęliśmy teleskopami po krańce wszechświata, mamy natychmiastowy kontakt z każdą osobą z całego globu, a o nowych odkryciach nie słychać tylko dlatego, że spowszedniały. A jednocześnie rozwija się ruch antyszczepionkowców (proepidemików), płaskoziemców.* I wtedy stwierdziłem, że powód kłótni pomiędzy nową cywilizacją i Unią na ekranie wcale nie jest taki wydumany. 🙂

Ogólna ocena tego odcinka jest trudna. O nowej oficer bezpieczeństwa się nie wypowiadam, bo te kilka scen to za mało, by w całości poznać postaći wyrobić sobie o niej szczegółową opinie. Ot! nie było źle, ale też nie zachwyciła mnie czymś szczególnym. Realizacyjnie i pod względem humoru to ciągle ten sam, dobry Orville. Mamy – jak zwykle – luźno pokazaną historię, ze świetnym skupieniem na bohaterach. Ale mimo wszystko zdarzają się akcje, które powodują, że łapki mi opadły i tym odcinku dokładnie to miało miejsce. Mam nadzieję, że w następnym logika i motywacja postaci będą lepsze.

*) Przedstawione zdania są opinią autora, który nie zamierza się z nich wycofywać.

Recenzja według Mavisa

W końcu doczekałem się odcinka o Pierwszym Kontakcie (którego motyw był pokazany w zwiastunie) i o ile entuzjazm załogi był ekscytujący, to następujący ciąg wydarzeń był dla mnie słaby. Tak jak Śmiecho pisał, od tak pojawiają się na obcej nieznanej planecie, a Kelly beztrosko zaprasza obcych na swoje i Bortasa urodziny. Spodziewałem się zobaczyć rozwinięcia przygotowania całej procedury, a tu pstryk i gala powitalna.

Co do reszty fabuły to podobał mi się radykalizm, z jakim tubylcy podchodzili do znaków zodiaku. Zagadnienie jest niegłupie i jak każdy omawiany temat w Orvillu, jest współczesny. Podobało mi się również użycie żagla słonecznego. Swoją drogą efekty komputerowe są tam, gdzie powinny być i w odpowiednich ilościach. Końcowa refleksja Eda też przypadła mi do gust. Na pytanie „A co jeśli (…)?” odpowiada „Nie wiem”, co pozostawia widzowi sporo miejsca na przemyślenia.

Podsumowując odcinek dobrze mi się oglądało, ale mnie nie porwał.

Recenzja według Wookiego

Podobnie jak moi koledzy, mam problem z tym odcinkiem. Dla mnie było tutaj brutalne zderzenie klimatu ze Star Treka – pierwszy kontakt z rozwiniętą cywilizacją z brakiem przemyślenia i zgłębienia problemu. Rozumiem co Seth MacFarlane chciał tutaj przekazać, ale w realizacji coś nie zagrało. Sam koncept, aby tym absurdalnym zabobonem pseudonaukowym był tutaj horoskop, który prowadzi do rasizmu, podziału społeczeństwa na kasty i ustawienia wielu aspektów życia woków znaku zodiaku. Według mnie od razu był to chybiony pomysł – cywilizacja rozwinięta na poziomie wysyłania sygnałów w kosmos opiera całe swoje jestestwo na astrologii… no nie klei się to. Do tego doszło irracjonalne, agresywne zachowanie w stosunku do delegacji dyplomatycznej z innej planety. Po jakiego grzyba zamykać kogoś w naszym obozie? może to wyrządzić więcej szkód niż korzyści, niech się zawijają skąd przyszli, m nie chcemy mieć kontaktu nigdy więcej z barbarzyńcami z gwiazd i po temacie. Natomiast upieranie się, że muszą zostać na planecie, inwazyjne badanie całej delegacji groziło przecież nawet wojną z dużo bardziej zaawansowaną cywilizacją. Kompletnie mi to nie pasowało.

Z drugiej strony, jak już pominąć powód takiego traktowania osób urodzonych w konkretnym miesiącu, to „Orville” roztacza dosyć ponurą i dającą do myślenia wizję fanatyzmu w imię pewnych przekonań – po raz kolejny z resztą w tym sezonie. Natomiast już dylemat moralny rodziców świeżo urodzonego dziecka w obozie dla „złych zodiakalsów” był dla mnie bardzo mocnym motywem, który nieco został popsuty właśnie przez powód, dla którego jest na tej planecie taka a nie inna struktura społeczna.

Sam protokół pierwszego kontaktu Unii może też być szokiem dla miłośników poukładanego i poważnego Star Treka – tak tutaj „Orville” trochę też mnie zawiódł, ale chyba właśnie dlatego, że za bardzo zacząłem go postrzegać jako prawdziwego spadkobiercę mojego ukochanego uniwersum, a tutaj dosadnie pokazał, że nie do końca nim jest. Często ta humorystyczna część tego serialu bardzo mi odpowiadała, jednak dla trekera takiego jak jak podejście na takim luzie do Pierwszego Kontaktu było chyba nie do przeskoczenia. Pozytywnie natomiast oceniam rozwiązanie końcowe kryzysu. Ponieważ Pierwsza Dyrektywa nie ogranicza pola działania Unijnych kapitanów, Ed Mercer znacząco wpłynął na losy planety, dając nadzieję, że być może kolejne pokolenia zapomną o wcześniejszych podziałach społecznych względem znaku zodiaku. Pomysł mi się bardzo podobał i znów szkoda, że kontrastuje on tak bardzo z ogólną koncepcją na odcinek.

Najlepiej oceniam nowego oficera ochrony, czyli porucznik Tallę Keyali. Osobiście od samego początku przypadła mi do gustu. Dobrze, że jest to postać kontrastowo odmienna od Alary mimo podobnego pochodzenia (podobnie jak poprzedniczka jest Xelejanką). Sama ekspozycja z początku odcinka pokazała, że ma temperament, działa stanowczo ale dla dobra załogi i Unii, natomiast podczas toczenia się akcji odcinka potwierdziła zapisy ze swojej flotowej kartoteki. Zapowiada się całkiem udane zastępstwo.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić ten odcinek. Z pewnością nie bawił mnie tak jak poprzednie trzy, jednak mimo pewnych koncepcyjnych potknięć potrafię w nim dostrzec sporo pozytywów. Najgorsze jest to, że główny koncept tego epizodu nie wypalił do końca, co pociągnęło za sobą wiele kolejnych minusów, jak chociażby utracenia (mam nadzieję na ten moment) ducha Star Teka. Wydaje mi się, że przez to, w tym wszystkim zatarte zostało przesłanie odcinka, czyli wiara w pseudonaukę i jej negatywne konsekwencje, które uważam za problem bardzo aktualny. Było jednak sporo pozytywnych elementów, co średnio daje całkiem niezły odcinek, który mimo wszystko w odbiorze może niektóre osoby nieco zmęczyć.