Star Trek Discovery – „Brat” – sezon 2, odcinek 1, recenzja

Minął rok od czasu, gdy skończył się pierwszy sezon najgorszej odsłony najbardziej ukochanego serialu części załogantów PIFKA. Przez ostatnie miesiące producent odczuł niezadowolenie części fanów, ale czy zrozumiał głosy krytyki? Za nami seans pierwszego odcinka „Star Trek: Discovery”, a w nim nowe postacie i nowe przygody. Co o tym wszystkim myślą członkowie Instytutu?

Recenzja według Wookiego

Zasiadając do premierowego odcinka starałem się podejść do tematu z jak najbardziej otwartym umysłem, bez żadnych uprzedzeń. Zaczęło się nawet interesująco. Pierwsze kilka minut było całkiem ciekawe. Historia Burnham jako przyrodniej siostry Spocka być może kontrowersyjna, ale jakoś do przełknięcia – przynajmniej na razie, bo cała ta retrospekcja będzie pewnie powracać jeszcze przez kilka odcinków – tak żeby spowolnić fabułę i nie dawać widzowi wszystkiego od razu na talerzu. Podobnie zresztą główny wątek jakiejś pangalaktycznej katastrofy, z informacją o której przychodzi na pokład USS Discovery słynny i zasłużony kapitan Pike. Wszystko to zapowiadało się poprawnie, a przynajmniej nie tak tragicznie jak w poprzednim sezonie. Niestety czar szybko zaczął pryskać.

Przede wszystkim nieznośna do bólu Tilly i na siłę wymuszony humor powodowały, że zapaliły mi się w mózgu wszelkie lampki ostrzegawcze. Naprawdę teraz próbują robić się na Orville’a? (Scena w windzie jest już ewidentną kalką.) Serio? Chcą dorównać jego jakości w ten sposób, a nie poprzez dobry scenariusz, aktorstwo i na przykład odrobinę szacunku do KANONU UNIWERSUM? Świetna robota. Natomiast, głowa mi wybuchła w momencie akcji z Suru i jego zarąbistym wzrokiem… Keplianie mają tak rewelacyjny ten zmysł, że potrafią powiększyć bezstratnie zdjęcie… Chodzące pierdzielone CSI Las Vegas… A do tego cały fenomen o którym mowa ma oczywiście związek z meganiesporczakiem… Tutaj wymiękłem i już wiedziałem, że będzie grubo….

…i było, oj było. Akcja z lataniem dziwnymi bombkami ze szkła jest tak debilna pod każdym prawie względem, że nie wiem nawet od czego zacząć. Pół zajmuje sekwencja gdzie te świecące jak świąteczna choinka bąble lecą na rozbity okręt floty, gdzie prawdopodobnie są jacyś ocaleni załoganci. Może to i ładnie wygląda i zapewne wywołuje atak padaczki chorych na epilepsję ale poza tym nie ma tym żadnej treści, tylko zapełniacz czasu w odcinku, który nie posiada w sobie, jak się okaże na końcu, w zasadzie żadnej treści. Całości nie powstydziłby się Michael Bay. Bum bum, świst świst, błysk błysk, brum brum. Super, o to właśnie chodzi w Star Treku, żeby przez pół odcinka świstać i migać. Star w tytule może i się zgadza, jednak drugi człon to bardziej jakiś kojarzący się z rycerzykami i magią, yyy… mocą. Nie lepiej było, jak już dolecieli. Znaleźli jakąś panią inżynier, która jako postać ma spory potencjał i być może jeśli tego nie spieprzą będzie w końcu jakąś wyrazistą bohaterką w całej galaktyce. Jednak styl ratowania rozbitków znów woła o pomstę… Te skróty scenariuszowe żeby się zgadzało… Jest na pokładzie wraku odnaleziona pani inżynier, ale całą operację teleportacji na Discovery oczywiście ogarnia Michalina. Po co? Żeby pokazać jaki to Pike jest zdeterminowany w dbanie o away team. Wszystko to takie niewiarygodne, sztuczne i na siłę.

Na koniec dostaliśmy jeszcze bezczelną papkę dla zamknięcia ust wszystkim starym fanom uniwersum… Michael zwiedza kajutę Spocka na Enterprise. Oczywiście Spocka poznamy później… wiadomo trzeba stopniować napięcie. Ale widzimy szachy trójwymiarowe, wolkańską lutnie.. jakie to wszystko piękne, nostalgiczne mamy poczuć więź DISCO z całym uniwersum. I fajnie, miałoby to sens, gdybym przez ostatnie 40 minut nie oglądał fajerwerków bez żadnej treści, miałkiej historii, którą będą powolnie odkrywać przez 14 odcinków i postacie które albo denerwują, albo są kompletnie bez wyrazu – nowy Pike to żart,i nic ciekawego, jako nowa postać nie przypomina w żaden sposób Pike’a z TOSa.

W tym roku moje oczekiwania do tego miernego tworu były minimalne i bardzo dobrze. Pierwszy odcinek nowego sezonu jest kompletnie o niczym. Historię nadającą się w zasadzie na jeden odcinek Star Treka scenarzyści postanowili rozciągnąć prawdopodobnie na cały sezon, co doprowadziło do tego, że w „Bracie” oprócz efektownych, ale kompletnie idiotycznych fajerwerków nie dostaliśmy praktycznie nic. Niczego jeszcze nie wiadomo, bo cała intryga będzie odkrywana w trakcie trwania sezonu. W końcu to nowoczesny serial prawda? Tak się teraz przecież robi. Oczywiście, robi się tak, jeśli historia jest do tego przygotowana i wciąga, gorzej jak jest widzowi tak obojętna, że w cale nie czeka z niecierpliwością na kolejne odsłony opowieści. No i tak jest, moim zdaniem, w przypadku Star Tek Discovery. Na chwilę obecną mam głęboko w czterech literach co to jest to pangalaktyczne coś tam czerwonego. Ale spoko, tak żeby fani się nie pieklili, że to nie Star Trek damy bezpłciowego Pike’a, stare mundury i nostalgiczne zwiedzanie Entka przez Michalinę – żałosne, słabe i bez smaku. Krótko mówiąc dostałem to, czego się po tej produkcji spodziewałem… Szkoda. 🙁

Recenzja według Śmiecha

Wookie popełnił dość emocjonalny tekst, ale ma dużo racji (znowu). 😉 Podobnie jak on bardzo chciałem podejść no tego serialu na spokojnie, bo w końcu od nieudanego pierwszego sezonu minął rok i może do twórców przez ten czas coś-niecoś dotarło. Chciałem podejść do seansu z czystym, pełnym nadziei nastawieniem, szukając jasnych i pozytywnych stron Star Trek Discovery. Starałem się tak bardzo, że kilka plusów udało mi się zobaczyć.

Wiem, zabrzmi to jak herezja, bo choć normalnie comic-relief w postaci Tilly raczej nie spełnia swojego zadania i mnie drażni, tak tutaj jedna scena z jej udziałem mocno mnie zaskoczyła. To ciągle głupiutka, raczej nienadająca się do militarno-naukowej ekspedycji postać, ale muszę przyznać się, że jej rozmowa z Paulem Stametsem bardzo mnie ujęła. Mam wrażenie, że udało się się aktorsko podołać temu, by na początku być naiwnie szczebiocącą dzierlatką, a na końcu pokazać żal i smutek po odejściu bliskiej osoby. Na prawdę byłem zaskoczony tym, jak ta scena w jej wykonaniu wyglądała.

W ogóle humor jakby bardziej do mnie trafiał, niż w pierwszym sezonie tego serialu. Jako przykład niech posłuży scena, gdy pani sternik i ta druga osoba przy konsolecie są proszone przez Michael o pomoc w uratowaniu kapitana z pękającej bańki, a one nie wiedzą co zrobić. Ich wzrok, który pokazywał jedno („nic nie wiemy„) i kontrast z tym, co mówiły („tak, jasne, nie ma sprawy„) był dość komiczny.

Co jeszcze z plusów? Wiążę pewne nadzieje z postacią wyszczekanej pani inżynier, uratowanej z asteroidy. Poza tym nareszcie znamy imiona wszystkich postaci z mostka. Szkoda tylko, że sposób w jaki zaprezentowano te postaci widzom był słaby i wszystkie nazwy momentalnie wyleciały mi z głowy. Aha! I kapitan Pike ma świetną prezencję.

Z zalet odcinka to by było chyba wszystko. Teraz wady…

…których jest tak dużo, że nawet nie wiem, od czego zacząć. 🙁 Chyba od tego, że odcinek jest po prostu nudny, a treści posuwającej fabułę do przodu jest tu jak na lekarstwo. Zgadzam się, że w dzisiejszych czasach nie robi się już „procedurali”, czyli seriali w których każdy odcinek jest odrębną, zamkniętą historią. Rzecz w tym, że „procedural” miał ogromną zaletę: z racji ograniczonego czasu wymuszał na scenarzystach bardzo rozsądne korzystanie z czasu antenowego, a każda scena i każdy dialog musiały być przemyślane i miały czemuś służyć. Discovery nie jest tak robiony, więc twórcy mogą pozwolić sobie na dowolne rozwlekanie i rozcieńczanie treści, zwiększając po prostu ilość wyprodukowanych odcinków. I to widać! Niech mi ktoś wytłumaczy, jaki był cel dodawania tutaj sceny z czwórką bohaterów w szklanych bąblach, pędzących na złamanie karku przez pole odłamków asteroidy? Co wynikało z tej sceny? Czego się dowiedzieliśmy o bohaterach, czy świecie przedstawionym? Niczego! Całość trwała ponad SZEŚĆ I PÓŁ MINUTY i nie wniosła nic do rozwoju fabuły!

Ok, dowiedzieliśmy się, że w tak niebezpiecznej wyprawie, w tak delikatnych pojazdach piloci nie używają kombinezonów ciśnieniowych, tylko lecą w tych swoich obcisłych pidżamkach, a kombinezon i hełm wkładają dopiero, gdy widzą pęknięcie na szybie, albo mają się katapultować. No genialne!

Jest tu mnóstwo scen głupich i niepotrzebnych, a także łamiących kanon i konwencję. Jeśli Stamets oglądających nagranie ze swoim kochankiem i pieprzący o operach miał nam – widzom – pokazać jak bardzo tęskni, to wyszło to nachalnie. Zresztą… Czy Wolkanie mogą pozwolić, by człowiek został wykładowcą na ich Akademii Nauk? Skąd możliwość odbierania sygnałów z całej galaktyki, skoro sto lat później podróż pomiędzy kwadrantami trwa 70 lat? Młody Spock zachowujący się jak obrażony smarkacz też nie pasuje mi do tego, co widziałem wcześniej.

A skoro już o tym mowa… W przeciwieństwie do Wookiego jestem baaardzo ostrożnie, wręcz niechętnie nastawiony do pokazywania retrospekcji z dzieciństwa Spocka i Michael. Boję się, że będzie to wypełniacz czasu antenowego, służący tylko do wydłużania czasu trwania odcinka, nakręcający tylko szum wokół jakiejś tajemnicy, która okaże się pod koniec sezonu zwykłą bzdurą, albo wydmuszką. Nie lubię takich scen, bo cholernie trudno jest zrobić dobrze i w większości przypadków są niepotrzebne.

Największą jednak wadą według mnie jest fakt, że nie oglądałem Star Treka, tylko ostatnie odsłony Gwiezdnych Wojen. I nie chodzi mi nawet o to, że jest wybuchowo i widowiskowo, a „podążaniem tam, gdzie nikt nie dotarł” można sobie już tylko cztery litery podetrzeć (choć to też). Star Trek Discovery zaczyna w najgorszy możliwy sposób przypominać „Last Jedi” w zakresie Social Justice, wywyższaniu roli kobiet kosztem ról męskich oraz bohaterską, wyidealizowaną i nieomylną pół-boginią Zosią-Samosią (Mary Sue), której imię Michael Burnham.

Ech, jak mnie ta postać drażni… Nie powinno tak być, bym czuł niechęć do głównej bohaterki serialu, ale niestety dokładnie to ma tu miejsce. Wkurza mnie jej nieomylność, maniera aktorska, brak wad, wszystko! Na każdy problem ma idealną rozwiązanie, na każdą zaczepkę idealną odpowiedź. To ona wpadła na sposób, by przedrzeć się szklanymi bąblami przez niebezpieczne kamienie, to ona pilnowała, by w trakcie tej szaleńczej gonitwy wszyscy trzymali się szyku, a nie słuchanie jej dobrych rad skutkowało śmiercią tego, który je zignorował. To ona zorganizowała ratunek dla chorych z asteroidy i tylko ona po nieudanym swoim teleporcie mogła niczym Usain Bolt zasuwać po wybuchającej powierzchni. Ba! Nawet scena w windzie jest według mnie pokazana tyko po to, by móc zaprezentować jej matczyny stosunek do reszty załogi. Czy zwróciliście uwagę, że wszyscy w windzie zwracają się do chorego kolesia bezosobowo, a tylko ona po imieniu? W dodatku jako jedyna wyraziła zainteresowanie jakąś tam jego infekcją, jakby jako jedyna czuła do reszty załogi empatię.

Przełknąłbym to, gdyby miała skazę, albo co jakiś czas się myliła. Oczywiście najlepiej oczywiście byłoby, gdyby na ekranie POKAZAĆ proces dochodzenia do tych genialnych odpowiedzi i zachowań, gdyby pokazać wysiłek, z jakim ten status osiągnęła, ale cóż… Scenarzyści po prostu idą na skróty i mamy tylko przyjąć, że nieskalana jest genialna i już. Czy nie kojarzy się Wam to z inną postacią w filmach, gdzie „moc jest kobietą„?

Śmiejemy się dziś (pewnie dość słusznie) z bohaterów lat 80-tych, przepełnionych testosteronem jak Rambo, czy dowolna postać kreowana przez Schwarzeneggera. Jakiś czas temu na Pyrkonie byłem na prelekcji, gdzie nabijano się z męskości kapitana Kirka z TOS i jego stosunku do kobiet. Wydaje mi się jednak że z jednej skrajności wpadliśmy w drugą i bardzo jestem ciekaw, czy za kilka, kilkanaście lat tak samo będziemy śmiać się z dzisiejszych przedobrzonych postaci kobiecych.

I masz. Chciałem zacząć optymistycznie, a skończyło się do d…

Recenzja według Mavisa

Aby nie przedłużać i tak już długich wywodów, dodam swoje trzy grosze i postaram się nie być tak wylewny, a raczej sfrustrowany brakiem jakości w serialu jakim jest Star Trek Discovery.

Scena w windzie: chyba najgorsza w historii kina scena która miała być komicznym przerywnikiem – zapewne twórcy pomyśleli: Ta scena w windzie w Orvillu była świetna, my też będziemy mieli takie coś!

Przedstawienie się „Tła” mostku… Hmm… tzn. zdaje się obsady mostka. Nie wiem czy śmiać się, czy płakać, ale żałosny wydaje się zabieg przypomnienia imion widzom osób siedzących na mostku na początku drugiego sezonu! Na dodatek wymienienie samych imion bez podania zajmowanego stanowiska jest bezsensowne dla mnie, bo nadal nie wiem kto za co odpowiada. Oczywiście jedna osoba zaznacza swoją rangę. Ale czy zauważyliście że z obsady mostka zniknął robot? Taki co miał kwadratowaty kask z wyświetlaczem w miejscu oczu.

Robot z pierwszego sezonu

Rozmowa Tilly z Stametsem: rozumiem co twórcy chcieli tu osiągnąć, ale mocno zdenerwowałem się poradą Stametsa, który jasno mówi, że można zapomnieć o całym technobełkocie, bo całym Wszechświatem i tak kieruje miłość – w tym momencie postanowiłem całkowicie wykreślić słowo „science” z oznaczenia gatunku tego serialu…

Myśliwce: z jednej strony rozumiem wykorzystanie mniejszych pojazdów specjalnie przystosowanych do ciężkich/niesprzyjających warunków zewnętrznych (choćby kapsuła badającą koronę słońca widzianą w ST: Enterprise). Jednak gdy widzę szklaną bańkę, to pojawia się u mnie przeświadczenie o kruchości tego obiektu, co też potem widzimy, gdy owa szyba zaczyna pękać… Z drugiej strony nie wiem dlaczego nie wykorzystano statku który ma mocniejsze reaktory, deflektory, osłony…

Podsumowując: nudziłem się na tym odcinku, a jeśli chodzi o fabułę, to o wiele więcej dowiedzieliśmy się ze zwiastuna… Tak raczej nie powinno być.