The Orville – „Nothing Left on Earth Excepting Fishes” – sezon 2, odcinek 4, recenzja PIFKOwej załogi

W ostatnim odcinku „The Orville” kapitan Mercer poznaje okropną tajemnicę, a porucznik Malloy ma ochotę na awanse i własny statek pod komendą. Co o tym wszystkim myśli załoga Pifka? Możecie przeczytać poniżej.


Recenzja według Wookiego

Za nami kolejny bardzo trekowy odcinek. Z początku wyglądał on jak klasyczny odcinek typu „shore leave”, gidze jakaś część załogi udaje się na urlop i cała fabuła kręci się wokół tego motywu. W tym przypadku chodziło o romantyczną wyprawę kapitana Mercera z nową kartografką, którą poznaliśmy w pierwszym odcinku obecnej serii. Historia jednak poszła w kompletnie inną stronę – nowa wybranka serca kapitana okazała się agentem Krillów – dla niektórych mogło być to sporo zaskoczenie. Niestety nasz nadworny spoilerowiec nawet mimowolnie mi i wszystkim, którzy czytali jego recenzję, to zaskoczenie zepsuł „ciekawostką” na temat aktorki grającą panią kartograf. 😛

Akcja w każdym razie mocno przyspieszyła. Mercer został schwytany przez Krillów. Jednak wrogowie Unii długo nie mogli się nacieszyć jeńcem, bo zostali zaatakowani przez Chak’talów – inne imperium, z którym Krillowie prowadzą wojnę. Mercer i Teleya uciekają w kapsule na pobliską planetę, gdzie mamy kolejny klasyczny trekowy motyw, czyli archetypową historię a’la „Mój własny wróg”. Tak, zapewne wielu z Was pomyśli, że wszystko to wtórne i nudnawe. Jednak dla mnie w cale takie nie było. Przede wszystkim dlatego, że mieliśmy rewelacyjne zakończenie odcinka, znowu w klimacie, którego Gene Roddenberry by się nie powstydził – Mercer postanawia przeciąć linię eskalacji konfliktu Unii z Krillami kładąc na szali nawet swoją karierę we flocie. Do tego, bardzo ważna według mnie była rozmowa Telei i kapitana na temat religii. Był to komentarz na temat obecnej sytuacji na świecie a dokładniej do czego doprowadza fanatyzm religijny – jak łatwo można kierować zaślepionego wyznawcę, aby w imię boga czy religii palił, podbijał i mordował. Ceniłem za takie wstawki Star Treka i bardzo cenię teraz za to „Orville’a”. Również na plus dochodzi oczywiście kolejne poszerzanie wiedzy na temat uniwersum, co jak wiecie, ogromnie lubię w produkcjach science-fiction. Tym razem dostaliśmy oczywiście kolejną porcję na temat Krillów i co ważniejsze poznaliśmy nową rasę obcych skonfliktowanych z nimi.

Na czym się zawiodłem natomiast w tym odcinku, to motyw to wątek Gordona Malloya, który chce przejść Shipmaster Qualification Test, czyli de facto dostać uprawnienia na dowodzenie statkiem. Niestety dla mnie cała ta historia była nudna, no może poza analizą psychologiczną i reakcji Gordona na nowoczesną odmianę testu Rorschacha, gdzie parsknąłem śmiechem. Oprócz tego, tym razem od strony humoru nie było w odcinku najlepiej. Postać Tharla niestety swój cały potencjał wykorzystała w poprzednim epizodzie i tym razem już mnie tak nie bawiła, a innych wstawek „z jajem” jakby było niezwykle mało lub nie zwróciłem na nie uwagi. Czy jest to wada odcinka, raczej nie – dla mnie jeśli jest humor w „Orville’u” to dobrze, ale jeśli go na jakimś etapie zabraknie, również będzie dobrze. Jest to miły dodatek, który często fajnie doprawia odcinek.

Podsumowując uważam czwarty epizod drugiej serii za udany. Cieszę się, że ciągle klimatem „Orville” mocno nawiązuje do Star Treka i przede wszystkim również daje do myślenia podnosząc ważne kwestię. Teraz pozostaje mi czekać na kolejny odcinek, w którym mam nadzieje poznamy nowego szefa ochrony na statku.

Recenzja według Śmiecha

Nasz kolega z Instytutu i wieloletni przyjaciel – Mavis – ma rzadki dar. 🙂 Nawet jak nie chce czegoś zepsuć, to mu się to cudem czasami udaje. Ja na prawdę nie wiem, jak on to robi. 😀

Oglądając odcinek miałem chyba podobne myśli co Wookie. Wspominając niewinną uwagę Mavisa o tym, że jedna z aktorek ma podwójną rolę zastanawiałem się na początku tego odcinka nad tym, jak dobrą robotę zrobili w serialu spece od charakteryzacji i odruchowo szukałem wizualnego podobieństwa między postaciami porucznik Tyler i Telei. No więc kiedy na ekranie pokazano, jak w tajemniczy sposób okręty Krill znajdują bez najmniejszych problemów zamaskowany prom z głównymi bohaterami przez głowę przemknęła mi tylko myśl: „Nieeee… To niemożliwe„. 🙂 A kiedy kilka minut później widzowie dowiedzieli się, że jednak piękna Tyler to faktycznie szpieg, dla mnie nie było to absolutnie żadnym zaskoczeniem. 🙂

Dzięki, Mavis. 🙂 Jesteś wielki. 🙂

Chociaż z drugiej strony zastanawiam się, czy Orville świadomie (lub nie) nawiązuje do Star Trek Discovery, z którym jest nieustannie porównywany. W końcu tam też scenarzyści zastosowali identyczny motyw, czyli obcy podszywający się pod człowieka, przyjaźniący się z główną obsadą i będący obiektem miłości głównej bohaterki. Ba! Nawet nazwiska postaci są takie same! W Orville mamy porucznik Janel Tyler, a w Discovery porucznika Asha Tyler’a. Tylko imię ich różni. 🙂 Ciekawe, co nie?

W przeciwieństwie do Wookiego mnie podobał się wątek coraz ambitniejszego Gordona Malloya. Po pierwsze pokazuje to rozwój postaci, która zamiast stać w miejscu i być tylko śmiesznym przerywnikiem pokazuje coś więcej, niż jeden wymiar charakteru. Gordon ma ambicje i chce się zmieniać, a to bardzo pożądana rzecz w serialu skupiającym się na bohaterach.

Po drugie wątek Gordona był – wbrew pozorom – bardzo ściśle powiązany z głównym wątkiem odcinka, czyli perypetiami miłosnymi kapitana. Zwróćcie uwagę, że każdy z nich został postawiony przed bardzo trudnymi decyzjami natury dyplomatycznej: Gordon podczas symulacji, czy też treningu, a kapitan w prawdziwej sytuacji, gdy jego działania miały realny wpływ na stosunki między wrogimi mocarstwami. Porucznik Malloy poniósł porażkę, bo choć jego problemy były tylko szkoleniem, to jednak nie dał sobie rady w sytuacji napięcia i zawiódł jako dyplomata. Z kolei kapitan wbrew sobie zrobił to, co zrobić powinien: poświęcił dużo tylko po to, by pokazać, że jest możliwość porozumienia. To tak „trekowe”, że aż żeby bolą. No i cała sytuacja pokazuje, że Gordon musi się jeszcze dużo nauczyć, w czym będę mu bardzo kibicował.

O wątku nieudanej miłości kapitana i szpiegu podszywającym się pod „naszych” z zemsty trudno napisać coś więcej, niż zrobił to powyżej Wookie. Mnie również ten wątek bardzo się podobał.

Dla mnie „The Orville” ciągle reprezentuje bardzo wysoki poziom i mogę w nim znaleźć dokładnie to, za co lubiłem Star Treki z lat 90-tych. Przekładanie inteligencji i dyplomacji ponad brutalną siłę, skupienie na postaciach, chęć porozumienia, optymizm i nadzieja na przyszłość. A wszystko to okraszone ślicznymi wizualnie scenami i świetnie wyważoną dawką humoru.

Z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki!

Recenzja według Mavisa

Zacznę od tego, że jest mi niezmiernie przykro, że niechcący ujawniłem pewien szczegół fabularny… Jak widać dociekliwość czasami sprawia problemy, a wszystko przez to, że chciałem poznać filmografie nowych osób z drugiego sezonu i napotkałem na dość ciekawe wykorzystanie aktorów. W Star Treku parokrotnie mieliśmy do czynienia z aktorami trzecioplanowymi, gdy grali różne postacie, więc pomyślałem: proszę mamy w Orville’u podobny przypadek… Nawet nie skojarzyłem nazwiska Tyler.

Oglądając odcinek, pomyślałem sobie : Oj, będzie bura.

Przepraszam Wszystkich !

Odcinek podobał mi się, ponieważ kolejny raz pomysłem sobie: o będzie motyw ucieczki z obcego statku. A tu bum i zmiana na motyw „Wróg mojego wroga”. Bardzo mi się podoba, że twórcy czerpią z „oklepanych” motywów, ale potrafią zagmatwać historię w ten sposób, że robi się ciekawie.

Po ostatnim odcinku („Home„) mamy wyraźną kontynuację toku myślenia Gordona, który widząc, iż kapitan Ed zdobywa dziewczynę, kalkuluje, że tylko jako dowódca okrętu może osiągnąć sukces na tym polu. Osobiście test przypominał mi znany ze Star Treka „kobayashi maru” – test nie do przejścia, albo jak w tym wypadku trudny do przejścia.

Dla mnie odcinek kończy się nutką możliwości przyszłego porozumienia, oraz ciężkiej decyzji podjętej przez Mercera, który tą decyzją postawił swoją całą karierę na szwank.

Podsumowując – kolejny dobry odcinek.