The Orville – „Home” – sezon 2, odcinek 3, recenzja PIFKOwej załogi

Nastał czas pożegnania się z jedną z głównych postaci serialu. W jaki stylu zrobili to twórcy Orville’a i jak odebrała to nasza załoga? Zapraszamy do naszej recenzji odcinka „Home”. (S02xE03)

Recenzja według Wookiego

Kolejny odcinek Orvielle’a, który można spokojnie pomylić z epizodem Star Treka z czasów jego złotej ery. Tym razem fabuła skupia się na Alarze, która z powodów zdrowotnych musi wrócić na Xelayę, swoją rodzimą planetę. Jej mięśnie i układ kostny zaczyna zanikać z powodu dużo mniejszej grawitacji panującej na okręcie Unii w porównaniu do tej z jej ojczystego globu. Dzięki temu mamy okazję na poznanie lepiej kultury i zwyczajów Xelayan szczególnie w kontekście stosunków rodzinnych.

Tak, mamy tu do czynienia z kolejnym obyczajowym tematem, który podejmuje najnowszy sezon „The Orville” i tak, jest dosyć standardowy, bo mowa tutaj o braku akceptacji wyborów dziecka przez rodziców. Pod tym względem można powiedzieć, że podobnie jak w „Ja’loja” wieje trochę nudą i wtórnością. Jednak tutaj było to zupełnie inaczej przedstawione. To, że temat przewodni był zanurzony w całej xelajańskiej otoczce robi robotę, bo przez ten pryzmat odkrywamy kolejny kawałek uniwersum Orville’a. Po drugie, mamy jeden wątek skupiający się wyłączeni na Alarze. A po trzecie, mamy tu trochę akcji i smaczków dla fanów Star Treka. Mowa tutaj oczywiście o powracającej w roli ojca Alary Roberta Picardo (doktorek ze Star Trek Voyagera) oraz pojawieniu się Johna Billingsley’a (doktorek ze Star Trek Enterprise) – dla takiego fanboya jak ja, zobaczenie tych dwóch panów w jednym odcinku niemalże Star Treka to istna gratka. Nie można też nie wspomnieć o samej dynamice całego wątku – w porównaniu do odcinka pierwszego mamy tutaj sporo akcji, coś się tutaj po prostu dzieje oprócz samych rozterek rodzinnych Alary.

Jednak to nie wszystko, co „Home” ma do zaoferowania. Podoba mi się w tym sezonie „Orville’a”, że humor jednak zszedł na dalszy plan, ale nadal jest istotną częścią serialu. Jak też wiecie, raczej humor MacFarlane’a do mnie trafia i nie było inaczej też w tym przypadku. Wprowadzenie postaci porucznika Tharla jako zastępcę Alary jest po prostu rewelacyjny. Połączenie dziwacznej rasy, którą reprezentuje z osobowością stereotypowego zblazowanego surfera rodem z Kalifornii znów sprawił, że szeroki uśmiech pojawiał się na mojej twarzy.

Biegunowo odmienne akcenty również występują w „Home” i również zasługują na kilka pozytywnych słów. Chodzi mi przede wszystkim o scenę końcową i pożegnanie Alary przez resztę załogi statku. Oczywiście może ktoś mieć za złe pompatyczność tej sekwencji, ja jednak uważam ją za bardzo udaną. Co więcej, dla mnie była godnym i adekwatnym pożegnaniem się z tak ważną postacią dla serialu, natomiast prezent, jaki Alara zostawiła kapitanowi Mercerowi to już po prostu majstersztyk. Trochę to ukoiło mój żal po tym, że tak sympatyczna bohaterka opuszcza serial prawdopodobnie na dobre.

Reasumując „Home” to bardzo udany odcinek, znów bardzo dobrze wpasowujący się w klimaty Star Treka, ba mi na myśl przyszedł od razu odcinek Deep Space Nine pt. „Shakaar„. Jednak Star Trek jest pełen podobnych odcinków, gdzie fabuła skupia się na pojedynczej postaci i jej pochodzeniu. Nie wiem jak będzie wyglądał Orville bez Alary, jednak mam nadzieję, że twórcy poradzą sobie równie dobrze jak Deep Space Nine z brakiem Jadzii Dax. Trzymam kciuki i czekam na więcej.

Recenzja według Śmiecha

Trudno nie zgodzić mi się z większością uwag Wookiego, ale od siebie chciałbym dodać niewielką łyżkę dziegciu do tej wielkiej beczki miodu.

„The Orville” to najbardziej trekowy serial, jaki obecnie jest tworzony i jaki możemy oglądać na srebrnym ekranie (ewentualnie na płaskim, kilku calowym LCD). 🙂 Są tu prawie wszystkie najlepsze elementy, jakie kojarzę ze złotego okresu powstawania mojego ukochanego ST, czyli skupienie na postaciach, pytania moralne, pokazywanie wyższości inteligencji nad brutalną siłą, ciekawość i odkrywanie świata oraz siebie. A jednak jest jedna rzecz, która spowodowałaby, że byłby to serial idealny, a której tu brakuje.

Star Trek miał ciągotki do przewidywania rozwoju technologicznego, a z nauki czerpał i wizjonersko rozwijał najnowsze odkrycia. Czarna dziura w latach 60-tych, gdy niektórzy naukowcy ciągle negowali jej istnienie, a jej nazwa nie była jeszcze utrwalona? Pojawiła się w odcinku TOS. Sfera Dysona? Był o tym odcinek TNG. Smartfony z płaskim ekranem? Na biurku Picarda. Napęd warp? Jest. Itd.

Wielu naukowców, w tym Neil deGrasse Tyson, Micho Kaku, Stephen Hawking czy Brian Greene jawnie chwaliło Star Treka, a nawet wspominało, że serial był dla nich inspiracją. W chwili obecnej Orwillowi mogę wystawić szkolną ocenę 6-, a gdyby pojawiło się tam coś bardziej umocowanego w nauce, gdyby któryś z prawdziwych uczonych wspomniał, że Orville go inspiruje, to wtedy serial dostałby ode mnie 6 z plusem. 🙂 Wystarczyłoby w tym odcinku rzucić w dialogach co nieco o grawitonach, albo o polu Higgsa i byłbym wniebowzięty. Okazja była…

Przyznaję jednak, że trochę szukam dziury w całym, bo i bez tego serial, a w tym również odcinek „Home”, jest niesamowity. Postacie, które można polubić, wyważenie humoru i powagi, niby znany problem, ale jak zwykle pokazany w interesujący sposób i chemia między bohaterami powodują, że od odcinka nie można się oderwać.

Za dowód niech posłuży to, w jakim towarzystwie oglądałem ten odcinek. 🙂 Zacząłem sam, ale po chwili pojawiła się Żona, coś ją zaciekawiło i już została do końca. Chwilkę później na kolana wsiadły moje dwa chłopaki, które choć nie znają angielskiego dzielnie oglądały wszystko i kazały sobie tłumaczyć. Wychodzi na to, że The Orville, to znakomity serial rodzinny i osoby w wieku od lat 9 to 39 znajdą coś dla siebie. (Ten wiek widzów został sprawdzony w praktyce).

Dla mnie bomba. A smaczek w postaci spotkania dwóch aktorów „lekarzy”, wywołał ogromny nostalgiczny banan na mojej twarzy.

Świetne.

Tylko trochę szkoda, że Alara – dla mnie jedna z top 3 postaci – żegna się z serialem, ale cóż… Zobaczymy, jak poradzi sobie jej następczyni.