The Orville – „Primal Urges” – sezon 2, odcinek 2, recenzja PIFKOwej załogi

Kolejny odcinek serialu „The Orville” już za nami. Czy przedstawione w nim kłopoty osobiste Bortusa oraz wątek z ratowaniem ginącej planety wystarczą, żeby wydać epizodowi pozytywną opinię? Co mają do powiedzenia członkowie Instytutu?

Recenzja według Śmiecha

Tak, to jest Orville. 🙂 O ile poprzedni odcinek był mniej-lub-bardziej zwyczajną i niewyróżniającą się od innych obyczajówką w kosmosie, o tyle oglądając „Primal Urges” poczułem dokładnie to, co czułem podczas seansów pierwszego sezonu tego serialu.

Fabuła jest dwuwątkowa. Po pierwsze mamy pokaz kosmicznych fajerwerków, czyli spłonięcie w heliosferze czerwonego olbrzyma (ginącej gwiazdy) jednej z obiegających tą gwiazdę planet. Chodzi o coś podobnego, co spotka Ziemię za około 5 miliardów lat. Załoga podziwia widoki, gdy nagle okazuje się, że pod powierzchnią planety skazanej na zagładę znajdują się znaczne pokłady rudy, która jest paliwem dla okrętu. Kapitan zleca wydobycie rudy, póki jeszcze jest to możliwe, ale potem okazuje się, że głębokie jaskinie planety kryją jeszcze jeden, o wiele bardziej mroczny sekret: ostatnich żyjących na planecie przedstawicieli rozumnego, humanoidalnego gatunku, którzy pogodzeni z losem oczekują na śmierć. Pojawienie się okrętu Unii daje im nadzieję na ratunek.

Drugi wątek dotyczy Bortusa, który zamiast spędzać czas z rodziną albo na służbie woli oddawać się wymyślnym cielesnym uciechom w holodeku… tfu! Chciałem napisać: w symulatorze. 🙂 Oczywiście wszystko zaczyna się sypać. Szczególnie, gdy partner Bortusa – Clyden – wnosi o rozwód w typowym, moclańskim stylu, czyli bardzo brutalnie i widowiskowo. Porno-rozrywka oficera wychodzi na jaw, a wtedy robi się jeszcze śmieszniej, szczególnie, gdy do gry wkracza doktor Finn z terapią małżeńską.

Wiecie, dlaczego pisałem o powrocie do odczuć z pierwszego sezonu Orville? Bo ten odcinek to – podobnie jak większość wcześniejszych – pewna specyficzna mieszanka powagi, komentarza do naszej rzeczywistości oraz typowego dla Setha MacFarlane’a humoru.

Ten komizm to kolejne, coraz dziwniejsze sceny… nazwijmy to umownie „erotyczne” w symulatorze oraz typowa dla Bortusa postawa twardziela. Kontrast między idiotycznymi symulacjami oraz śmiertelną powagą, z jaką Bortus się do nich odnosi jest prześmieszna. Podobnie jak pierwsze spotkanie Moclan na terapii małżeńskiej i zderzenie ich sposobu bycia z typowo ludzkim podejściem doktor Finn, której nie można odmówić chęci pomocy. Kilka razy się uśmiałem, kilka uśmiechnąłem, a kilka z zażenowaniem załamałem ręce. 🙂 Czyli jak zwykle na seansach „The Orville”.

Okazuje się jednak – i to też jest chyba typowe dla „The Orville” – że pod przykrywką humoru można odnaleźć całkiem poważne tematy. Tak było podczas sądu na Moclan, gdy Kelly załatwiała Edowi posadę kapitana i tak samo jest tutaj, gdy na jaw wychodzi powód, dla którego Bortus ucieka od życia rodzinnego w te swoje specyficzne fantazje. Okazuje się, że to efekt starych, nie rozwiązanych problemów rodzinnych oraz żalu do partnera i pewnych życiowych wyborów.

Podobnie drugi z wątków, czyli ratowanie ostatnich mieszkańców ginącej planety, też niesie ze sobą spory ładunek emocjonalny. Nie sposób opisać coś więcej bez spoilerów, więc powiem tylko, że choć temat był potraktowany baaaardzo skrótowo i powierzchownie, to implikacje wyboru, przed którym stanęły postaci są niesamowicie poważne i mogą mieć ogromne konsekwencje w przyszłości.

Proporcje między humorem a powagą są chyba znakiem rozpoznawczym i wyróżnikiem „The Orville” na tle innych seriali sci-fi. Zdaję sobie jednak sprawę, że owe proporcje nie wszystkim przypadną do gustu. Część widzów pewnie będzie narzekać, że rozterki moralne zostały potraktowane zbyt powierzchownie i skrótowo i nawet mogę się z tym zgodzić. W końcu śmierć rozumnego gatunku i wiążący się z tym ból widzimy na ekranie przez mniej niż minutę. Z drugiej strony część dowcipów budzi lekkie zażenowanie (patrz: celebracja oddawania moczu, czy sceny moclańskiego porno), więc wielbiciele innego typu komizmu też będą momentami zniesmaczeni. Żonie bym tego nie pokazał. 🙂 Mimo wszystko mam jednak wrażenie, że wspomniane proporcje powagi i śmieszności są ok i choć podstawą merytoryczną i duchową jest tutaj „Star Trek”, szczególnie „The Next Generation”, to poczuciem humoru udało się „Orville’owi” znaleźć własną tożsamość.

I bardzo dobrze. To ciągle najlepszy „Trek” od kilku lat. 🙂

Recenzja według Mavisa

Popieram twierdzenie Śmiecha, że to jest odcinek który jest nareszcie pełnią serialu. Nadal nie wiem dlaczego twórcy nie zdecydowali się pościć ten odcinek jako pierwszy, tylko postawili na przegadany epizod. Niemniej mamy odcinek z przytupem. Dwa wątki są ciekawe, jednak dla mnie tym główniejszym wydał mi się motyw uzależnienia od pornografii. Jest to współczesny temat, postrzegany jako choroba cywilizacyjna; za uzależnienie na poziomie narkotyków. Z tego też powodu, przedstawienie przyczyn, niezdolności do odmówienia sobie tej przyjemności, kłopoty rodzinne i pierwsze kroki w leczeniu, jest bardzo dojrzałym tematem. Ma się rozumieć, że Orville przedstawia to w swój typowy sposób, dlatego też głowa obcego, który dostarczył Bortasowi „pakiet dla koneserów” przypominała penis ( przynajmniej ja miałem takie wrażenie ). W serialu poruszony został jeszcze jeden wątek poboczny do pornografii. Mianowice, jeśli szuka się owych materiałów po różnych dziwnych stronach, to w łatwy sposób można zainfekować komputer wirusami, co może mieć bardzo nieprzyjemne skutki.

Od strony wizualnej nareszcie się coś działo. Sekwencja umierającej planety, zdjęcia statku na tle planety, jak i Bortus i Isac przemieszczający się po powierzchni planety. Jest to kawał dobrej roboty. Do tego należy doliczyć wszystkich obcych na statku, których różnorodność z odcinka na odcinek się zwiększa i nie mówię tu tylko o protezach nałożonych na głowę, ale o pełnych strojach, choćby postać Bortusa, czy „diler”, który dodatkowo ma animowany komputerowo język. Tak więc oprócz ciekawej fabuły mamy czym pocieszyć oczy.

Z ciekawostek dodam, że za część CGI w Orville’u jak i Discovery odpowiada firma Pixomodo. Jak widać od twórców serialu zależy jaki efekt końcowy chcą uzyskać.

Recenzja według Wookiego

Wiedziałem, że poprzedni odcinek to był tylko wypadek przy pracy i lekki falstart drugiego sezonu. „Primal Urges” wraca do solidnego standardu tego serialu. Właśnie o taką obyczajówkę chodziło mi mówiąc ostatnio, że nie jestem przeciwnikiem takich tematów w produkcjach science-fiction. Mamy tutaj problem poważny, potraktowany w realiach uniwersum, jakie twórcy wykreowali, a na dodatek dotyka realnego aktualnego problemu. No i oczywiście okraszone wszystko swoistym humorem, który jak już wiecie do mnie jakoś bardzo dobrze trafia. Dobieranie się jednego z symulowanych Maclan z pornoprogramu do Isaca to dla mnie hit odcinka i ze śmiechu prawie spadłem z krzesła.

Na dodatek, scenariusz tego odcinka nie opiera się wyłącznie na temacie obyczajowym. Klasycznie, rodem ze Star Treka, mamy też wątek dotyczący całego statku tudzież misji „Orville’a” w przestrzeni kosmicznej. I warto zwrócić również na niego uwagę. Nie dość, że tak jak wspominają to moi przedmówcy, mamy tutaj powrót do pięknych efektów specjalnych, jakimi raczył nas serial w poprzedniej serii, to na dodatek z pozoru przewidywalna i błaha akcja rozwija się w kolejny powód do rozważań. Tak, wiadomo było od początku, że na umierającej planecie będzie ktoś do uratowania, tak wiadomo, że będą zawirowania podczas operacji ratunkowej, oczywiste też było, że będzie wirus od porno programu. Jednak, podobnie jak w sezonie pierwszym, twórcy „Orville’a” potrafią tak przyprawić przewidywalny i z pozoru oklepany wątek w taki sposób, że wciąga i chce się to oglądać (ok, poprzedni odcinek to akurat wyjątek :P). Tutaj chodzi mi o kwestię ostatecznego rozstrzygnięcia kto do promu kosmicznego z mieszkańców planety się dostanie, a kto będzie musiał umrzeć wraz ze swoim rodzimym światem. Dla mnie to kolejny świetny motyw „Primal Urges”. Niby krótka scena, a dla mnie zrobiła rewelacyjną robotę – nie ma wyraźnego happy endu, jest tutaj pewna gorycz, podobnie jak chociażby w odcinku „Krill” , gdzie zabicie załogi okrętu wroga oznaczał zabicie również niewinnych dzieci na pokładzie. Stary dobry Orville wrócił i niech już tak pozostanie, bo tak jak wspomina Śmiecho, jest to najlepszy Star Trek, jakiego dostajemy w ostatnich latach.