The Orville – „Ja’loja” – sezon 2, odcinek 1, recenzja PIFKOwej załogi

Po kilkumiesięcznej przerwie nareszcie wraca na ekrany najbardziej trekowy serial, który nie ma w tytule słów „Star Trek”, czyli nasz ukochany „The Orville”. Pifkowi klubowicze czekali na niego od dawna i z wypiekami na twarzy, a poniżej nasze wrażenia po emisji pierwszego odcinka drugiego sezonu.


Recenzja według Śmiecha

To był dość dziwny odcinek i osobiście na miejscu twórców wcale nie wybrałbym go na start kolejnego sezonu. Mało w nich motywów kosmiczno-fantastycznych, a bardzo dużo obyczajówki, ale – jak zwykle w przypadku „The Orville” – twórcom udaje się w podstępny sposób mnie zainteresować.

Powód tego zainteresowania jest prosty: odcinek poświęcony jest różnorakim problemom emocjonalnym bohaterów, których zdążyłem w całym poprzednim sezonie poznać i polubić. Mamy zatem kłopoty sercowe i żal po rozstaniu kapitana Mercera; mamy Kelly, która na siłę próbuje znaleźć kogoś, kto zastąpi jej poprzedniego lubego; mamy samotną matkę, która z większymi i mniejszymi problemami próbuje zapanować nad nastoletnim dzieckiem; mamy Gordona zalecającego się do nowej załogantki i wreszcie mamy Alarę, która po ciągu porażek sercowych próbuje (też na siłę) znaleźć chłopaka na zasadzie „bo w końcu by wypadało”. Wątków jest dużo, ale dzięki temu, że serial jest ewidentnie skoncentrowany na bohaterach i widz już po kilku odcinkach doskonale mógł wcześniej poznać każdego z załogantów statku wszystko ogląda się bez najmniejszych problemów, a kolejne sceny pozwalają coraz lepiej poznać tą interesującą bandę indywiduów.

Wątków fantastycznych jest tyle, co kot napłakał. W zasadzie poza kolejną informacją o odmiennej fizjologii Moclan i wiążącej się z tym corocznej ceremonii… oddawania moczu (sic!) nie ma tu nic nadzwyczajnego. Tematyka tego wątku powodowała, że trochę się pojawiło niskich lotów żartów na poziomie sedesu, ale nie było tych głupot jakoś zauważalnie dużo. Na pewno mniej niż w typowej głupiej komedii dla amerykańskich nastolatków, za co jestem niezmiernie wdzięczny scenarzystom.

Odcinek nie powalał jakimś porywającym motywem, który „z przytupem” otwierałby nowy sezon. Poza wprowadzeniem nowej postaci skupiał się tylko na znanych bohaterach. Nawet scen CGI pokazujących okręty czy obce światy jest tu bardzo mało (znając Mavisa będzie poruszał ten temat). 🙂 Dlatego nie uważam tego epizodu za arcydzieło, ale bardziej za sympatyczny powrót do miejsc i osób, które z uśmiechem oglądamy na ekranie. Zobaczymy, jak rozwinie się kolejny odcinek.

I jeszcze jedno. 🙂 Po seansie jestem odrobinę przerażony tym, co spotkało doktor Finn. Mam dwójkę chłopaków w wieku tuż-przed-nastoletnim i ten cały okres buntu dopiero przede mną. 🙂

Recenzja według Mavisa

Mam mieszane uczucia co do tego odcinka, bo jako epizod rozpoczynający cały sezon, to nie zaczął się z przytupem, a z drugiej strony… wygląda to jak cisza przed burzą.

Tak jak zrecenzował to Śmiecho, odcinek skupia się na relacjach miedzy załogantami. Odebrałem to jako odcinek przegadany, wręcz czułem się zawiedziony, że nie padł ani jeden strzał, nie było bójki, czy jakiegoś pościgu. Z drugiej strony, odcinek niejako podsumował zaistniałe relacje i w pewnym sensie i zarysował co dalej może się z tym dziać. Jest to ciekawy motyw, gdyż w obecnym czasach wielkich wybuchów, gonitw czy niesamowitych efektów specjalnych twórcy pokazali, iż można również pokazać coś innego, stonowanego i zarazem ciekawego.

Taka ciekawostka, aktorka Michaela McManus ( Lt. Tyler), którą widzimy na powyższym zdjęciu (w zielonym uniformie), zagrała również postać Telei w odcinku „Krill”.

Podsumowując, uważam że jest to ciekawy odcinek, ale dla wielu może wydawać się nużący. Z drugiej strony, czułem się jak w domu, w czasach TNG, a sekwencje przelatującego okrętu między ujęciami uruchamiały u mnie nostalgię, której tak bardzo brakowało mi w ostatnim czasie. Stąd właśnie biorą się moje mieszane uczucia. Tak więc wypatruję kolejnego odcinka.

Recenzja według Wookiego

No cóż to mi na koniec zostało niestety trochę ponarzekać. Ja jednak mocno się zawiodłem tym odcinkiem. Dla mnie zdecydowanie za dużo obyczajówki tutaj mieliśmy. Nie byłby to minus, bo nie mam nic do takich klimatów w tematyce science-fiction, jednak tutaj nie dostałem absolutnie nic, ale to nic nowego, odkrywczego, świeżego, co daje mi pole do zastanowienia, rozkminy, itp. Ot po prostu zlepek scen, problemów i tematów, które widziałem w niezliczonej ilości seriali wszelakich. Ok, w przypadku The Orville było to trochę okraszone humorem typowym dla MacFarlane’a, ale to za mało, żeby zmienić mój odbiór odcinka. No bo cóż tu mamy – nastolatek pod wpływem swojego kolegi, któremu bardzo che zaimponować, rozterki miłosne, on kocha ją a ona innego, nieśmiałość przy zaproszeniu nowej koleżanki na imprezę itp. Same stereotypowe sytuacje, które tutaj nie wniosły w zasadzie żadnej wartości dodanej. Mój zawód w tym przypadku potęguje też fakt, że to pierwszy odcinek sezonu, na który trochę się jednak naczekałem.

Zawiodłem się jeszcze jednym motywem, a mianowicie samym rytuałem moclańśkim. Przez prawie cały odcinek liczyłem, że tym tematem się jeszcze „Ja’loja” wybroni. Miałem nadzieję, że chociaż mocno zostanie położony nacisk na samą ceremonię corocznego oddawania moczu, jak i na tradycyjne przyjęcie odbywające się zaraz po rytuale, wokół której większość rozterek emocjonalnych załogi Orville’a się kręciła. Oczekiwałem kolejnego ciekawego wsadu informacji na temat tej ciekawej i egzotycznej rasy, jak to chociaż mieliśmy okazję obserwować w rewelacyjnym odcinku „About the Girl”. A tutaj brakowało mi zarówno głębi samej fabuły odcinka, jak i potraktowana samego nowego aspektu kultury Moclan.

Największym pozytywem odcinka był dla mnie powrót postaci Dann’a – wiecie tego wielkogłowego załoganta z windy z poprzedniego sezonu. Tutaj miał nieco większą rolę i dawał radę, a jego talent poetycki to petarda. Z resztą, jak już wspomniałem na początku, humor starał się ratować sytuację, a że lubię styl Setha MacFarlane’a w tej materii, to kilkukrotnie się uśmiałem. Jednak traktuję to jedynie jako miły dodatek, który nie sprawi, że całkowicie zmienię odbiór epizodu. Mam nadzieję, że miałem do czynienia z najgorszym odcinkiem sezonu (nadal lepszy niż jakikolwiek epizod ST:DISCO) i dalej będzie już tylko lepiej.