„Zabójcze maszyny” – recenzja filmu

W grudniu przed Świętami mieliśmy w planach oglądanie Aquamana, ale ponieważ data premiery filmu w Polsce wyznaczona została na tydzień po naszym comiesięcznym spotkaniu, więc zamiast na seans w uniwersum DC wybraliśmy się na aktualnie pokazywany na ekranach film post-apo o tytule „Zabójcze Maszyny”.

Recenzja oczami Śmiecha

Nie wiem nic na temat książkowego pierwowzoru – przyznaję bez bicia – więc mogę jedynie opisać wrażenia z seansu kinowego. A te były… różne. 🙂

God save the Queen!

Zacznijmy od tego, że sam tytuł jest bardzo mylący. To nie maszyny są tutaj zabójcze (może poza jedną, ale tym za chwilę). Tytułowe „maszyny”, to po prostu zmechanizowane, ruchome miasta, w których żyje wiele setek osób. Akcja filmu dzieje się za około tysiąc lat, po trzeciej wojnie światowej, która – według twórców – trwała 60 sekund, ale miała wystarczającą siłę niszczącą, by cofnąć ludzkość w rozwoju technologicznym. Aby przetrwać ludzie musieli zmechanizować swoje miasta taką technologią, jaką mieli pod ręką (głównie silniki węglowe i na parę) i w tych ogromnych maszynach ruszyć na podbój innych miast, które należało wchłonąć i wykorzystać.

Słysząc tytuł po raz pierwszy spodziewałem się sztucznej inteligencji, ale owe „zabójcze maszyny” nic takiego nie mają. Są po prostu kierowane przez sztab ludzi. Zresztą cała „zabójczość” jest skierowana przeciw innym miastom-maszynom, a nie ludziom, więc trudno tu w ogóle mówić o jakiejkolwiek „zabójczości”, skoro miast nie można „zabić”. 🙂 Wiem. Czepiam się. 🙂

Osadzenie akcji w dalekiej przyszłości, w dodatku po wojnie, dało twórcom ogromną szansę na wykazanie się pomysłowością pod względem realiów świata oraz jego wyglądu i muszę przyznać, że otoczka graficzna jest na prawdę niezła. Takie połączenie steam-punku i realiów post apokaliptycznych daje ciekawe efekty. Z jednej strony mamy ogromne żelastwo, wielkie buchające dymem piece węglowe i technologię jakby wyjętą z późnej epoki wiktoriańskiej, ale z drugiej co chwilę pojawiają się resztki znanego nam świata, np. w postaci wydobytych przez archeologów telefonów komórkowych, czy figurek Minionków. Dodatkowe smaczki można znaleźć w szczegółach architektury ruchomych miast (Union Jack, znane londyńskie budowle) albo na kostiumach bohaterów (meloniki straży!). Generalnie nie lubię klimatów post-apo i te wszystkie Mad Maxy jakoś do mnie nie przemawiają, ale tutaj było wręcz przeciwnie i łapałem się na tym, że podziwiam te niewielkie szczegóły scenografi.

Gra aktorska jest ok, ale pierwsze skrzypce zdecydowanie gra tutaj Hugo Weaving. Jest przerysowanym do bólu złoczyńcą, ale to przerysowanie nie drażni, ale wręcz odwrotnie – potęguje bajkowość tej postaci. Pan Weaving gra świetnie i należą mu się brawa. Mam tylko problem z resztą postaci, bo nie umiem ocenić, czy aktorzy się nie sprawili, czy też odgrywane przez nich postacie z założenia mają być tak szablonowe.

Skandal! Zamówiliśmy trzy małe hipsterskie Ristretto, a dostaliśmy zwykłe Expresso!

Jak zwykle największe problemy mam z fabułą, bo z jednej strony była przewidywalna, a z drugiej… Mam wrażenie, że scenarzyści chcąc zaadoptować na potrzeby filmu jak najwięcej oryginalnych książkowych wątków, powsadzali do scenariusza jak co się dało, przez co momentami robił się bałagan. Oznaczało to, że było mało czasu, by niektóre z wątków rozwinąć i trzeba było czasami pójść na skróty.

Przykład? Proszę bardzo. Niech mi ktoś powie, po co do filmu wsadzać Terminatora? To jedyna faktycznie zabójcza maszyna w całym filmie, ale według mnie kompletnie niepotrzebna. Nieudolnie gonił główną bohaterkę tylko po to, żeby w pewnym momencie odpuścić i już więcej się nie pojawić. Jego poczynania nie miały żadnych konsekwencji dla pokazanego na ekranie świata. Ok, ja wiem, wychowywał bohaterkę, ale uważam, że można go było spokojnie i bez szkody dla scenariusza wyciąć, a dzieciństwo bohaterki zasugerować.

Czy leci z nami John Woo?

Zresztą film w ogóle cierpi na nadmiar retrospekcji i pokazywania w slow-motion tego, co działo się wcześniej. Dzieciństwo głównej bohaterki, śmierć matki, wychowywanie przez Terminatora, itd. Wszystko było dobitnie i bez żadnych niedomówień tłumaczone i pokazywane, żeby tylko widz nie miał żadnych wątpliwości.

Z mojego punktu widzenia to chyba największa przywara filmu. Po prostu nie jestem w grupie docelowej. 🙂 Prosta konstrukcja scenariusza, w sumie dość jednoznaczny podział na złych i dobrych oraz dobitne tłumaczenie każdej sceny przez dialogi, ekspozycje i retrospekcje oznaczają, że twórcy celowali raczej w nastolatków, a nie człowieka z „ponad podwójną osiemnastką” na karku. Przy najbliższej okazji spróbuję pokazać film moim dzieciakom, które właśnie wchodzą w okres nastoletni – podejrzewam, że im będzie się bardzo podobać.