„Venom” – recenzja filmu

Niedawne październikowe spotkanie Instytutu połączyliśmy z dwoma seansami filmowymi, a pierwszym z nich był marvelowski „Venom”. Film wzbudza trochę kontrowersji, a opinie o nim są bardzo skrajne…

Zacznijmy od tego, że samą postać Venoma kojarzę jeszcze z lat 90-tych ubiegłego wieku, kiedy to nieodżałowane wydawnictwo TM-Semic wydawało w Polsce jedne z pierwszych (a na pewno pierwsze, które zdobyły popularność) przedruki amerykańskich komiksów. Poza tym kojarzę jeszcze serial animowany Spider-man, gdzie również ten villain się pojawił. Można zatem powiedzieć, że co nieco o postaci Venoma wiedziałem jeszcze przed seansem i problem w tym, że w tym konkretnym przypadku całą tą spuściznę trzeba odrzucić.

Venom zawsze był związany ze Spider-manem i bez niego nie miał racji bytu. Począwszy od genezy powstania, przez motywację… Wszystko było związane z Peterem Parkerem. A tu? Ani troszkę. To trochę tak, jakby spróbować zrobić ekranizację Iliady bez bogów greckich. Oh… Wait… 🙂

Zaczyna się od sceny powrotu na Ziemię sondy kosmicznej, na pokładzie której znajdują się cztery pojemniki z obcymi organizmami. Sonda niestety rozbija się na Ziemi i tu po raz pierwszy poczułem jak lekko do tematu podchodzą twórcy filmu. Efekt katastrofy przypomina bardziej wypadek samolotu, który spada z wysokości maksymalnie kilku kilometrów, niż czegoś co z pełną prędkością wpada w ziemską atmosferę. Pamiętam, że odwróciłem się wtedy do siedzącego obok Wookiego i wymieniliśmy znaczące „Fuck physics!„. Ale nic to. Lecimy dalej.

Z jednego z pojemników ucieka obcy organizm, a pozostałe trzy udaje się przechwycić pewnym służbom. Można słusznie podejrzewać, że owe służby nie czynią tego dla dobra ludzkości. 🙂 Trzy organizmy trafiają do tajnego laboratorium, gdzie płaski jak karton czarny charakter – Carlton Drake – próbuje przebadać je pod kątem zwiększenia możliwości ludzkiego organizmu. Obcy są organizmami symbiotycznymi i aby przeżyć muszą znaleźć żywiciela. Może to być słodziutki króliczek (w jednym z pierwszych eksperymentów), albo człowiek (w jednym z ostatnich). Próby pokazują jednak, że symbionty o wiele łatwiej łączą się z króliczkami, niż ludźmi, bo ci ostatni prawie za każdym każdym razem umierali, a króliczkowi udało się przeżyć bez problemów. 🙂

Żeby nie przedłużać… O testach dowiaduje się wylany z roboty dziennikarz – Eddie Brock, który podejmuje małe śledztwo i przez przypadek sam łączy się z jednym z obcych symbiontów. I co? Można zrobić genezę Venoma bez Spider-mana, bez tajnych wojen i znamiennej sceny na dzwonnicy, gdzie Peterowi Parkerowi udaje się po raz pierwszy pozbyć kostiumu? Można. Nie będzie się to podobać zatwardziałym fanom Człowieka-Pająka, ale trudno. Ich problem. Mnie akurat brak Spider-Mana nie przeszkadzał.

Powyższe pokazuje już to, co według mnie jest największą wadą filmu: bardzo częste chodzenie na skróty. Co chwilę na ekranie widziałem sceny wynikające nie z logicznego rozwoju wypadków, ale z potrzeby scenariusza, który wymagał, by akcja rozwijała się w konkretnym kierunku. Jeśli scenariusz wymaga, by rozbijający się pojazd kosmiczny wytrzymał upadek, to tak się dzieje. Jeśli mamy zobaczyć, że symbiont nie chce połączyć się z ludźmi to tak się dzieje – choć z innymi ssakami problemu nie było. Później jest jednak o wiele gorzej. W laboratorium symbiontom nie udało się połączyć z prawie żadnym z ludzi, ale czwarty z symbiontów (uciekinier ze statku kosmicznego) przeskakuje sobie między homo sapiens jakby nigdy nic. Venom początkowo chce podbić, czy też podporządkować sobie Ziemię, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów w połowie filmu zmienia zdanie i od pewnego momentu chce jej bronić przez drugim, złym symbiontem. Zresztą zanim jeszcze zmienił strony i skumał się z ludźmi zdążył wyjawić Eddiemu swoje największe słabości i jedyne rzeczy, które mogą mu zaszkodzić. I tak dalej, i tak dalej… Żeby oglądać film, KONIECZNE jest wyłączenie myślenia.

Muszę też wspomnieć o dość dziwnej rzeczy: nie wiem, kto ma być odbiorcą docelowym produkcji. Jeśli to ma być horror, to stanowczo za mało jest tu krwi i zniszczenia. 🙂 Venom nie zabija, tylko ogłusza przeciwników. No… Prawie nie zabija, bo kilka osób żegna się z życiem, ale nie jest to pokazane na ekranie. Bardziej zasugerowane. Jest to tym bardziej dziwne, że przecież bohaterowie sporo mówią o flakach i śmierci. 🙂 Nawet przebite na wylot osoby ronią co najwyżej symboliczną kropelkę czegoś czerwonego, co bardzie sugeruje tylko krew, niż nią jest. A przydałoby się, żeby potraktować film trochę bardziej dorośle.

To nie jedyne wady filmu. Problemem jest też ciemność, a dokładniej czarny Venom walczący z drugim, również ciemnym symbiontem w nocy. Jeszcze tylko deszczu brakowało i mielibyśmy powtórkę z AvP2. Muszę też przyznać, że osobiście średnio podobał mi się projekt wyglądu postaci Venoma, bo głowa przypomina mi bardziej chochlika, niż krwiożerczego obcego. Geigerowski Xenomorph jest pod tym względem niedościgniony.

Film ma jednak też jasne strony, a jedną z nich jest Tom Hardy w roli Eddiego Brocka i jego relacja z symbiontem. Ich wzajemne odzywki i przekomarzanie się są genialne, a do historii z pewnością przejdzie dialog z windą, gdy Venom obraża Eddiego. Dla kilku ich dialogów warto się poświęcić i przebrnąć przez… jakby to ująć… słabszą część filmu. Chociaż z drugiej strony: gdyby wyciąć wszystko poza scenami tych dialogów i zrobić ich kompilację, to oglądanie takiej składanki będzie chyba lepszym pomysłem.

Jak dla mnie film jest raczej średniakiem. W dodatku z tych słabszych. Tom Hardy to za mało, żeby go uratować. Nielogiczny i przewidywalny scenariusz w wkurzającymi skrótami, słaby czarny charakter, o którym nawet nie warto wspominać i średniej jakości efekty specjalne to coś, co najbardziej rzuca się w oczy. Jeszcze kilka lat temu, zanim MCU podbiło świat „Venom” miałby jakieś szanse, ale teraz poprzeczka jest ustawiono bardzo wysoko. Przyznaję, że w kinie uśmiałem się kilka razy, ale nie sądzę, żebym w najbliższym czasie chciał do wracać do tej produkcji.