„Pierwszy Człowiek” – recenzja filmu

Październikowe spotkanie było nietypowe pod dwoma względami. Nie dość, że zdecydowaliśmy się na mini maraton filmowy i postanowiliśmy obejrzeć w kinie jednego dnia dwa tytuły, to na dodatek jedną z wybranych pozycji nie jest film science-fiction. Jednak tematyka kosmiczna spowodowała, że ostatecznie trafiła ta produkcja do kręgu naszych zainteresowań.

Przyznam, że to ja jestem winowajcą, który zrobił reszcie załogi incepcję na ten film.  Jako że interesuję się astronautyką oraz cenie sobie dobre filmy historyczne, jak tylko zobaczyłem po raz pierwszy trailer „Pierwszego Człowieka” myślałem, że zwieracze mi puszczą z zachwytu. Wiedziałem jedno muszę zobaczyć ten film. Oprócz tematyki, pozytywnie za filmem przemawiała osoba reżysera – Damiena Chazelle’a. Zdobywcy Oscara za „La la land” oraz nominowany do tej samej nagrody za „Whiplash”. Tak, wiem filmy te to nieco inny kaliber niż biografia Neila Armstronga, jednak zwiastuny i casting w mieszance z osobą młodego utalentowanego reżysera bardzo dobrze rokowały. I jak to wypadło? No cóż od razu powiem, że zostałem oszołomiony.

Już pierwsza scena filmu w zasadzie zapowiadaj z jakim filmem będziemy mieć do czynienia. Scena lotu testowego samolotu X-15, którego pilotuje nasz główny bohater, przyszły pierwszy człowiek, który postawił stopę na Księżycu. Nie mamy tu jednak oszałamiających epickich efektów specjalnych. Wręcz przeciwnie dostajemy bardzo ciasne kadry z kabiny samolotu, lub z kamery przyczepionej do maszyny. Oszałamiają dźwięki – metaliczne ruchy elementów samolotu, ryk silnika, ruchy wolanta, zdawkowe komunikaty radiowe, ciężki oddech Neila. Do tego trudna sytuacja w jakiej Armstrong się znalazł – pilotowany przez niego X-15 ma problem z powrotem na Ziemie – mianowicie kąt natarcia jest nieprawidłowy i maszyna odbija się od atmosfery (X-15 to nie był zwykły samolot, był to w zasadzie pierwszy w historii ludzkości załogowy statek kosmiczny, ponieważ był on zdolny do lotów suborbitalnych tylko niewiele niższych niż pierwsze amerykańskie kapsuły Mercury). Automatyczny system nawigacji był tutaj winowajcą i sam pilot musiał ręcznie sprowadzić go na Ziemię. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale scena była tak zrealizowana, że nawet gdy mózg podpowiada, że Neil musi przecież przeżyć, to nadal martwiłem się o jego los. I tak właśnie będzie się działo przez cały film, nie mało znaczenia, że wiem jak ta historia się skończy, nadal emocjonalnie bardzo przeżywałem ten film i ogromny wpływ na to miał właśnie sposób realizacji. Brak patosu, brak oszałamiających widowiskowych scen, a za to ziarnisty obraz nawiązujący do filmów z tamtych czasów, rewelacyjne wręcz genialne operowanie dźwiękiem, ujęcia „z ręki”, ciasne bliskie ujęcia to zabiegu, które powodują, że człowiek totalnie wtapia się w film. Dawno czegoś takiego nie przeżyłem w kinie i jest to ogromny plus tego filmu, jednak na tym nie koniec.

Zacznijmy od samego scenariusza, który jest po prostu fenomenalnie napisany. Możnaby tutaj od razu skontrować, dobra historia, to nie da się tego spieprzyć, jednak doskonale wiemy, że niejeden film został spartaczony złym scenariuszem na podstawie historii samograja(patrzmy chociażby ostatnie filmy o dywizjonie 303). Nie ma tutaj żadnej niepotrzebnej sceny, ba mimo, że film trwa prawie 2,5 godziny, dla mnie był wręcz za krótki. Chciałem więcej. Więcej historii programu Apollo, więcej historii samego Neila Armstronga porostu, wyszedłem z kina z poczuciem, że mógłbym jeszcze spokojnie oglądać tą historię, a raczej ją chłonąć drugie tyle czasu. Postacie są napisane rewelacyjnie. Główny bohater jest zamkniętym w sobie facetem, który rzadko mówi o tym co się dzieje w jego głowie i co w danym momencie przeżywa – dokładnie tak jak zapamiętano własnie Neila Armstronga. Jego żona Janet to bardzo silna i wielopoziomowa postać, która nie jest tylko tłem dla pierwszego człowieka na Księżycu. Co więcej w zasadzie wszelkie postacie nawet te z dalszego planu zdają się być bardzo realne i nie ma poczucia, że oglądamy wydmuszki. Świetnym przykładem jest Buzz Aldrin, który wbrew pozorom jest tutaj bohaterem trzecioplanowym , a i tak była okazja, aby poznać jego osobowość i widzieć, że ma on w zasadzie biegunowo odmienny charakter od Neila. Ale scenariusz jest też mocny dzięki swojej zgodności z faktami historycznymi – rozmowy radiowe, wydarzenia są często przepisane jeden do jednego z zachowanych taśm archiwalnych. Na szczęście nikt nie pokusił się o to, by zmieniać coś w historii by lepiej się to oglądało, czy było bardziej przystępne dla widza. Na dodatek, co bardzo osobiście cenie, nie mamy tutaj przesadzonej pompatyczności, którą Amerykanie wręcz uwielbiają wplatać w filmy historyczne, szczególnie dotyczące ich osiągnięć. Jak widzicie, pod każdym względem scenariusz jest dopracowany i przemyślany i powinien być wzorem dla każdego scenarzysty robiącego film biograficzny lub historyczny.

Jednak nie samym scenariuszem dobry film stoi. Reżyseria to też przejaw artystycznego geniuszu. Damien Chazelle doskonale czuł temat i zrealizował go doskonale. Sceny mimo, że często bardzo statyczne nie dłużą się, co więcej często wiele mówią samym obrazem. Do tego sceny z X-15, czy Gemini 8, gdzie zrezygnowano z może ładniejszych ujęć na rzecz kadrów z wewnątrz kokpitów, dokładając bardzo naturalistyczne dźwięki, które bardzo pomagają widzowi zrozumieć co czują piloci i astronauci w takiej sytuacji. Geniusz reżyserii tkwi jednak w tym, że tak jak już wcześniej wspomniałem, denerwowałem się losami bohaterów mimo, że wiedziałem, że wszystko musi się dobrze skończyć. Do tego dochodzi jeszcze przedstawienie samej już misji Apollo 11, gdzie Chazelle zdecydował się jednak nieco zmienić ton na bardziej poetycki, z pięknymi zdjęciami startu rakiety Saturn V i samej powierzchni Księżyca podczas lądowania modułu Eagle. Po prostu kopara do ziemi i oglądało się te sekwencję z łezką w oku. Brawo, po prostu brawo.

Rewelacyjną robotę reżysera potęguje jeszcze obsada, która nie ma słabych punktów. Ryan Gosling i jego gra jednym grymasem twarzy jest tutaj idealna. Co więcej, robi to tak fenomenalnie, że mimo że gra człowieka bardzo zamkniętego w sobie, który nie pokazuje na zewnątrz swoich emocji i wyraz twarzy Armstronga często wydaje się tak samo niewzruszony, to nadal byłem w stanie czuć emocje jakimi wewnątrz bohater jest targany. Ciężko to w zasadzie opisać słowami i ciężko jest wytłumaczyć jak on to zrobił, ale naprawdę to działa. Równie dobra jest też Claire Foy w roli Janet, żony Neila. Tutaj emocji widać oczywiście na ekranie dużo więcej, ale co ważniejsze doskonale pozwala wczuć się w sytuację żony astronauty w pionierskich czasach podboju kosmosu. Wyszło to nieporównywalnie lepiej moim zdaniem, niż Kathleen Quinlan w słynnym i kultowym „Apollo 13” Rona Howarda, która wcieliła się w żonę Jima Lovella. Inne postacie również zostały bardzo dobrze zagrane. Wspomniany Aldrin, Gus Grissom, Mike Collins, Jim Lovell, Deke Slayton, Ed White i wszelkie inne wielkie ważne nazwiska dla programu kosmicznego NASA obsadzone zostały w punkt. Ba, nawet role dziecięce, co często jest problemem, tym razem nie przeszkadzały.

Jak sami widzicie „Pierwszy Człowiek” to po prostu rewelacyjny film, którego wszystkie składowe są zrealizowane na poziomie wręcz arcydzieła: mamy bardzo dobry scenariusz na podstawie historii samograja, który świetnie zinterpretował reżyser, przy pomocy doskonałych aktorów,a wszystko to okraszone genialnym udźwiękowieniem oraz przyjemnymi dla oka efektami specjalnymi. Jednak co najważniejsze suma tych składowych daje coś o wiele większego niż pojedyncze elementy. Ten fil mnie totalnie pochłonął. Oglądałem „Pierwszego Człowieka” z zapartym tchem, czując emocje bohaterów, ich dramaty, rozterki, a przy okazji doceniając wielkość wydarzenia jakim wszyscy podczas tego filmu byliśmy świadkami. Piszę tą recenzję kilka dni po seansie, a mnie film nadal „trzyma”, siedzi gdzieś w głowie i wracam do niego myślami – bardzo rzadko mi się to zdarza i niech to będzie tez odnośnikiem jak dobry to jest film. W mojej ocenie 9.5/10, pól punktu odbieram jedynie za to, że wydaje mi się, że ta historia byłaby pełniejsza, gdyby film był po prostu dłuższy.