Star Trek TNG: Too Short a Season – recenzja (1×16)

Enterprise staje przed poważnym kryzysem na planecie Mordan IV. Aby go rozwiązać potrzebna jest legenda Gwiezdnej Floty, admirał Jameson. Przybywa on z pomocą by podobnie jak 45 lat temu uratować sytuację na tej samej planecie.                    Tym razem scenarzyści się postarali. Powoli odkrywają karty, wciągając nas w tę historię. Najpierw widzimy podstarzałego admirała Gwiezdnej Floty, który na naszych oczach odzyskuje siły i witalność. W pewnym momencie, gdy zaczyna się robić już o wiele młodszy, przyznaje się, że zażywa pewien specyfik z planety Cerberus II. Powinien go zażywać powoli ale w skutek kryzysu zaczął brać większe dawki. Gdy zaś przylatujemy na Mordan IV, scenarzyści tworzą kolejny twist. Okazuję się bowiem ,że to wzywający pomocy, niejaki Karnas wziął zakładników tylko po to żeby zemścić się na Jamesonie, który w latach swej młodości postanowił rozwiązać kryzys na Karnasie dozbrajając obie strony (co było jego interpretacją pierwszej dyrektywy). Niestety, końcówka trochę się dłuży a samo rozwiązanie problemu robi się mocno trywialne ale sam odcinek należy oceniać pozytywnie.

Przede wszystkim bardzo mi się podobała postać Jamesona. Jego pogoń za młodością jest jak najbardziej zrozumiała, przez co jego motywacja jest świetna. Staruszek zastanawia się nad błędami młodości i stara się za wszelką cenę je naprawić. Podobnie dobrze rozrysowana jest postać jego wroga Karnasa. Rozumiemy jego ból i dlaczego postanowił na starość zemścić się na swoim dawnym wrogu. Tak wiec na tym polu scenarzyści zdecydowanie dali radę. Podobnie podobać może się tempo historii, która nie nudzi  a zwalnia niepotrzebnie tylko pod koniec. Jeśli miałbym temu odcinkowi coś zarzucić to fakt, że nasza dzielna załoga zasadniczo asystuje Karnasowi i Jamesonowi. Nie zmienia to jednak faktu, że odcinek oceniam wysoko bo 7/10. Polecam.