Star Trek TNG: Angel One – recenzja (1×14)

Kolejny odcinek przygód kapitana Picarda i jego wesołej załogi. Co napotkają tym razem? Czy poznają jakąś obcą cywilizację? Odpowiedź brzmi: tak. I to wyjątkową, gdyż jest to kobieca cywilizacja. Jak wypadło spotkanie naszych samców Alfa z kobiecymi rządami? Zapraszam do reszty recenzji.                   Enterprise w poszukiwaniu zaginionych załogantów innego statku trafia na planetę gdzie niepodzielni rządzą kobiety. Oczywiście nasi załoganci szanują obcą cywilizację (Pierwsza Dyrektywa) a Riker jest wręcz oczarowany szefową tamtejszego rządu (zachowuje się jak nie przymierzając, a może właśnie przymierzając niejaki James T. Kirk – powinniście go znać). Sielanka jednak kończy się w momencie gdy okazuję, że zaginieni załoganci nie tylko znajdują się na kobiecej planecie ale zdążyli już tu zapuścić korzenie zamierzają wzniecić bunt przeciw kobiecej dominacji i przywrócić tradycyjny porządek dziejów. Dalej mamy tradycyjny schemat. Riker chce ich uwolnić za wszelka cenę rebeliantów, ci wolą zginąć niż zaprzedać ideały, zastępczyni szefowej okazuję się sprzyjać rebelii a wszystko po to by na końcu szefowa doszła do wniosku, że może warto zmienić zasady.

Zasadniczo nie jest to dobry odcinek. Jego nuda i przeciętność bardzo mocno uderza. W ogóle Star Trek ma chyba jakiś problem z tego typu tematami (feministycznymi). Jak pamiętamy w ostatnim odcinku TOSa mieliśmy paradę stereotypów o kobietach i ich niemożności dowodzenia (ale należy tu mieć na uwadze, że serial powstawał w latach 60). Tu z kolei mamy przesadę w drugą stronę, coś w stylu naszej rodzimej seksmisji. Tu rządzą kobity i trzeba ratować mężczyzn. Jestem w stanie zrozumieć, że być może w latach 90′ miał to być kontrowersyjny odcinek ale wyraźnie coś tu poszło nie tak. Można to było zrobić ciekawiej i bardziej błyskotliwie. Mam też podejrzenie, że jest to jeden z niewykorzystanych scenariuszy TOSa a to bardzo źle działa w TNG. Nie te czasy na takie historie. Odcinek dostaje 4/10.