Star Trek TNG: Haven – recenzja (1×11)

Po całkiem nie najgorszych odcinkach nadszedł czas na totalnie beznadziejny 🙂 Cały epizod kręci się wokół Troi jej zaaranżowanego małżeństwa. Przybywa więc przyszły pan młody oraz rodzice obojga oblubieńców. To wiedzie prym matka naszej doradczyni czyli Lwaxana, która, co tu dużo mówić, robi ten odcinek. Jej teksty są zabawne a akcja z Picardem i walizką: mistrzostwo. Niestety, rozmywa się to w nijakiej fabule gdzie widzimy rozdartą Troi, jej narzeczonego i Rikera, którya najwyraźniej sam chciałby wystąpić w roli pana młodego ale z bliżej niejasnych powodów (no dobra, wybrał karierę ale przecież i tak są na tym samym statku, nie? Jak niby ten związek by mu przeszkodził?) Trochę ciekawiej się robi gdy do Enterprise podlatuje statek rasy Tarellian, która to prawie wyginęła z powodu powstałej u nich zarazy. Tu pojawia się całkiem ciekawa kwestia bo chcą oni wylądować na pewnej planecie, na skrawku kontynentu aby ze spokojem dożyć swoich dni. Gdy już się zapowiada na spory dylemat, jako, że władze planety nie chcą Tarellian okazuję się, że tak naprawdę przybyli po przyszłego pana młodego bo wyśniła go jedna z załogantek… Co więcej on też o niej śnił. Co prawda nie ma żadnych parapsychicznych mocy ale co tam. Bohatersko ucieka na statek ogarnięty zarazą i kończy się odcinek. No cóż moi drodzy: nudy. Jest wyjątkowo nudno i słabo. Pomysł na fabułę kiepski a jedyną błyszczącą postacią jest Lwaxana ale to trochę za mało jak na serial tej rangi. Niestety tym razem się nie udało. Ocena 3/10