Star Trek TNG: Hide and Q – recenzja (1×10)

Odcinek bardzo interesujący z paru względów. Przede wszystkim wraca nasz ulubiony antagonista czyli Q. Przyznaję się, że odcinki z nim uważam za jedne z najlepszych w całej serii. Tutaj Q przeprowadza dalsze testy na ludzkością. W tym celu porywa część załogi i oferuje moc Q (czyli w zasadzie boską) Rikerowi. Ten mimo, że się początkowo opiera przyjmuje moc i pomału zaczyna się w tym zatracać. Zaczyna się niewinnie od sprzeciwienia się kapitanowi, poprzez zwracanie się do niego po imieniu aż po finał odcinka gdy Riker postanawia spełnić marzenia obsady mostka. Wg mnie jest to bardzo mocna scena gdy La Forge odzyskuje oczy, Wesley staje się dorosły a jednocześnie widać przerażenie załogi przemianą Rikera. Ostatecznie rzecz jasna Riker odrzuca moc Q a nasz Q (wybaczcie powtórzenie) odchodzi w niesławie. Jeśli się nad tym zastanowić to bardzo mądry i dobry odcinek. Pokazuje on, jak łatwo jest dać się ponieść potędze i jak bardzo władza absolutna deprawuje. Gdy widzimy Rikera, który stwierdza, że będzie używał mocy Q tylko w ramach wyższej konieczności zdajemy sobie sprawę, że on w to naprawdę wierzy. Niestety już kolejne sceny pokazują nam jego upadek to jak rośnie w nim zadufanie  i wiara w swoją potęgę. Jednocześnie finał jest bardzo optymistyczny. W przyszłości, po założeniu Federacji ludzkość będzie na tyle mądra, żeby zdawać sobie sprawę z tego co może a co nie. Jednego tylko nie mogę wybaczyć temu epizodowi. Wesley otrzymał śmiertelna ranę i niestety go odratowano. No cóż to już drugi raz jak ta straszna postać ucieka z ramion śmierci. Może do trzech razy sztuka?