Stargate SG-1: Need – recenzja (odcinek 2×05)

Sg-1 trafia na planetę kopalnią Naquadah. Rzecz jasna postanawiają ją zwiedzić i ustalić czy nie można by dobić targu i pozyskać trochę tego surowca. Jedak w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności trójka naszych bohaterów trafia do kopalni jako górnicy (ale bez świadczeń) tylko jednej postaci udało się uniknąć tego losu. Której? No i jak reszta załogi ucieknie z kopalni? Zaraz się dowiecie.               Tą postacią jest niejaki Daniel Jackson w, którym to zakochuje się ichniejsza księżniczka (poderwał ją na staropolski sposób – uratował ją od samobójstwa). A ponieważ został ranny wkłada go ona do sarkofagu, który po raz kolejny go uzdrawia (nasz bohater ma już wprawę). Tym razem jednak sarkofag zostaje użyty na nim kilkakrotnie co sprawia, że Daniel przestaje być sobą. Zaczyna być bezczelny i zapomina o swoich kolegach z zespołu, którzy ciężko harują w kopalni. Gdy w końcu udaje się załodze SG-1 wrócić na Ziemię Daniel wykazuje bardzo mocne objawy odstawienia narkotyku. Po odwyku wraca do normy i SG-1 może dalej ratować świat.

Twórcy postanowili trochę rozszerzyć naszą wiedze o uniwersum, rzucając ochłapy informacji na działanie słynnego sarkofagu. Moim zdaniem jest to wyjątkowo leniwe zagranie scenarzystów. Zamiast wykombinować wyjaśnienie, jak on działa pokazali nam, że sarkofag „kradnie dusze” cokolwiek miałoby to znaczyć. No ipo raz kolejny gdy już mieliśmy w ręku kosmiczną technologię to ktoś z SG- ją po prostu niszczy. Wyjątkowo mi się to nie podoba. Ocena 4/10