Star Trek TNG: The Battle – recenzja (1×09)

Tym razem bardzo ciekawy odcinek. Załoga Enterprise-D spotyka na swojej drodze statek Ferengich. I to bardzo dziwnych przedstawicieli tej rasy bo tym razem przynoszą prezent i nie chcą nic w zamian. A tym prezentem jest pierwszy statek na, którym służył Picard czyli Stargazer. Dowiadujemy się tu, że nasz kapitan jest sławny z powodu bitwy a jeden z manewrów został nazwany jego imieniem. Jak się dalej okazuję stary statek Picarda ma pułapkę w postaci świetlistej kuli , która wpływa destrukcyjnie na mózg kapitana. Tutaj mały przytyk, że jednak skanery takiego statku powinny coś wykazać ale scenarzystom pasowało akurat coś innego. Tymczasem Jean Luc popada w obłęd i w amoku uznaje Enterprise za wroga i zamierza go zniszczyć swoim słynnym manewrem. Nie powiem jak to się kończy ale muszę przyznać, że trzyma w napięciu. Bardzo dobrze mi się oglądało ten epizod i nie mogłem narzekać na nudę. Fajnie, że pokazali przeszłość Picarda co sprawia, że ta postać przestaje być papierowym idealnym dowódcą. Ciekawy rys również zostawili tutaj Ferengi o których możemy się dowiedzieć, że są mściwi oraz jakie cenią wartości. Dodatkowy plus za pokazanie konfliktu ferengijsko-federacyjnego z dwóch stron. W ferworze walki łatwo zapomnieć, że po drugiej stronie jest też istota myśląca, która również pragnie wygrać. Co dla nas jest zwycięstwem dla innego jest hańbą. bardzo ciekawy odcinek. Oby więcej takich.