Star Trek TNG: Justice – recenzja (1×08)

Kolejny odcinek odcinek przygód załogi Picarda wprawił mnie w osłupienie. Zaraz wytłumaczę dlaczego. Zacznijmy jednak od rysu fabularnego. Zmęczona załoga postanawia odpocząć na pewnej planecie gdzie ludność jest przyjazna i hmm.. seksualnie wyzwolona. Na planetę zostaje wysłany away team w składzie: Riker, Worf, Tasha i Wesley. To jest mój pierwszy i to moim zdaniem dość poważny zarzut do tego odcinka. Jak to załoganci Federacyjnego statku ot tak sobie lądują na nowo odkrytej planecie? A gdzie mityczny Pierwszy Kontakt? Gdzie słynna Pierwsza Dyrektywa, która zabrania ingerowania w cywilizacje przedwarpowe? Czy kontakt, rozmowy i hmm, co by tu dużo mówić seks nie jest ingerencją? To nie może zmienić losów tej rasy? Uderzyło mnie to tak mocno bo zawiązaniem fabuły jest fakt, że Wesley łamie ich prawo i zostaje skazany na śmierć a Picard ma niejako związane ręce, właśnie przez Pierwszą Dyrektywę. Może trzeba było jej użyć wcześniej? Równolegle z wątkiem na planecie mamy historię na orbicie gdzie Picard odkrywa tajemniczą istotę , istniejącą w naszym oraz innym wymiarze. Okazuję się ona „Bogiem” rasy na planecie. Jak dla mnie odcinek beznadziejny. Wspomniałem już wcześniej o Pierwszej Dyrektywie, która mnie tu strasznie zirytowała a na dalszą niekorzyść odcinka przemawia też kilka kolejnych faktów. Picard przez cały odcinek twierdzi, że ma związane ręce a parę odcinków wcześniej widzieliśmy nawet jak nie mógł odbić Tashy Yar a tutaj pod koniec na luzie zabiera Wesleya ze sobą, niczym się nie przejmując. Do tego mistyczna istota, bardzo potężna, która na końcu odpuszcza. No i jest to 8 odcinek a my już dwa razy mieliśmy odcinki z wątkami stricte erotycznymi. Nie żebym był jakimś purystą ale Star Trek to dla mnie trochę więcej niż cycki. Niestety jak dla mnie kiepski epizod.