Stargate SG-1: In The Line of Duty – recenzja (odcinek 2×02)

Kolejny odcinek po wielkim finale, jest rzecz jasna oszczędny w efektach i akcja dzieje się głównie na Ziemi ale jednocześnie jest intrygujący i kładzie podwaliny pod nową historię w świecie SG.                           Zaczyna się od przysłowiowego trzęsienia ziemi. Nasza dzielna załoga ratuje mieszkańców pewnej planety przed atakiem Goauldów. Gdy jeden z mieszkańców zostaje ranny, urocza kapitan Carter bez wahania, star się mu pomóc i uratować go metodą usta-usta. Co jednak najciekawsze do organizmu dzielnej pani kapitan wchodzi wtedy symbiont Goaulda. Gdy już w bazie Carter i reszta ekipy dowiadują się o tym fakcie, Goauld przedstawia się jako Jolinar Markshar i twierdzi, że jest przedstawicielem grupy o nazwie Tok’Ra przeciwstawiającej się Władcom Systemu. Nasi bohaterowie staja tym samym przed dylematem. Uwierzyć, że istnieją dobrzy z rasy goauld czy nie. Nawet Tealc tu niewiele może pomóc. Niestety zanim podejmą decyzję do bazy wkrada się zabójca Tok’Ra, który z łatwością (zbyt łatwo) dociera do Jolinar aka Carter. I pozbawia ją życia. Znaczy Jolinar, która się poświęca aby Carter mogła przeżyć.

No zaskoczyli mnie scenarzyści. Z prostej historii o łowcy zrobił nam się arcyciekawy odcinek. Przede wszystkim brawa za pomysł innej frakcji Goauld. Daje to świetne wyjście na przyszłe historię. A moralny dylemat co zrobić z zainfekowana Carter – oglądało się świetnie.Epizod poszerza naszą wiedzę na temat uniwersum SG a ci najważniejsze, nie jest tu ani nudno ani głupio (no może trochę). Można się bowiem przyczepić jak łowca tak bezproblemowo dostał się do bazy ale naprawdę nie warto. Ciekawą parabolą jest też fakt, że pierwszy odcinek po pilocie traktował o zainfekowanym Kowalskym a pierwszy odcinek po finale sezonu o zainfekowanej Carter. Moim zdaniem scenarzyści stanęli tu na wysokości zadania. Ocena 7/10