Star Trek TNG: Where No One Has Gone Before – recenzja (1×06)

W tym odcinku, Enterprise, w skutek modyfikacji napędu leci dosłownie tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek. Dolatuję on bowiem do tak odległej galaktyki, gdzie myśl jest jak najbardziej realna i potrafi się materialna. W skutek tego na mostku pojawia się zwierzątko Worfa a Picard rozmawia ze swoją zmarłą matką.Koniec końców okazuję się, że twórca innowacji wspierał się tajemniczym obcym, tzw. Podróżnikiem , który przybył do naszego świata żeby odnajdywać genialne jednostki. Jedną taką, znalazł właśnie na Enterprise. To nie jest zły epizod. Ogląda się go dobrze a mi osobiście bardzo spodobał się pomysł na zmaterializowanie myśli. No i bardzo ciekawym pomysłem jest pokazanie nam tajemniczej rasy podróżników. Niestety nie obyło się bez zgrzytów. Nie podobała mi się postać inżyniera o swojskim nazwisku Kosiński. Ja rozumiem, że on miał być zarozumiały i zbyt pewny siebie ale jego arogancja była wg mnie przesadzona. Przecież on wiedział, że to nie on przyśpiesza te napędy. W końcu musiało się to wydać… Druga sprawa to niestety Wesley Crusher. Tu spróbuję wam coś wytłumaczyć. Star Trek to nie Gwiezdne Wojny w których koleś okazuje się wybrańcem i nagle niszczy gwiazdę śmierci. To zawsze był dla mnie seria o przekraczaniu granic ale ciężką pracą. A tutaj scenarzyści mi serwują bardzo oklepany motyw wybrańca i wspaniałej jednostki po którą uganiają się nawet istoty z innych wymiarów. Niestety jest ot bardzo trudne do przełknięcia. Sam fakt, że wybitne umysły floty jak i doskonały inżynier LaForge czy sam Picard nie mogli zrozumieć co się dzieje ale Wesleyowi starczyło spojrzeć na konsolę, żeby już wiedzieć co jest grane jest po prostu głupi. Doliczmy do tego absurdalne podejście kapitana Picarda, który nagle stwierdza, że młody chłopak bez przeszkolenia może zastąpić kogoś na mostku. No nie. Tak sie nie bawimy. Dla motywu genialnego Wesleya – stanowcze NIE.