Star Trek TNG: The Last Outpost – recenzja (1×05)

Scenarzyści TNG próbują znaleźć odrobinę świeżości ale nie do końca im się to udaje. Ten epizod miał zasadniczo jedno zadanie. Przedstawić nam nowych antagonistów w serii czyli rasę Ferengich. Stąd pościg za ich statkiem a potem chwilowa równowaga sił na jednej z orbit. Sam pomysł na dziwne pole, które unieruchomiło oba statki, przy czym obaj kapitanowie byli przekonani, że to działanie przeciwnika uważam za kapitalny. Niestety zawodzą tu sami Ferengi. Nie chodzi mi tu o wygląd bo pomysł żeby ich przedstawić jako, ciężko to inaczej nazwać, neandertalczyków jeszcze ujdzie. Problem w tym, że oni sami nie budzą grozy. Gdzie im do inteligentnej i sprytnej postawy Romulan albo wojowniczości Klingonów. Nawet Xindi z serialu Enterprise byli trudniejszymi przeciwnikami niż oni. Ferengi są tu przedstawieni jako rasa, przekupna i zdradziecka co by mogło się udać gdyby nie dodali im jeszcze totalnego prymitywizmu co sprawia, że są bardziej komiczni niż straszni. Tekst o tym, że ich kobiety nie noszą ubrań może być interesujący z punktu widzenia rasy ale gdy ich poznajemy jako głównych przeciwników Federacji budzi raczej śmiech. Niestety sytuacja od  momentu wylądowania na planecie jeszcze się pogarsza. Rozbił mnie pomysł scenarzystów, żeby ta planeta okazała się posterunkiem tajemniczego Imperium Tkon, które zniknęło na sporo przed powstaniem życia na Ziemi. Jak na tak odległe czasy to mamy całkiem sporo danych o ich rasie. A skoro tak to dlaczego nikt nie wiedział, że na tej planecie jest posterunek. Niestety odcinek zawiódł mnie i jako wprowadzenie rasy Ferengich jak i jako samodzielna opowieść. Czekam aż scenarzyści wreszcie zobaczą jak spory jest potencjał w załodze Enterprise-D.