Star Trek TNG: Code of Honor – recenzja (1×04)

Kolejny odcinek przygód dzielnej załogi Enterprise-D jest, niestety, nieudany. Picard spotyka przedstawicieli nowo poznanej cywilizacji a ci, znienacka porywają szefa ochrony, niejaką Tashę Yar i zmuszają ją do walki na śmierć i życie. Jedno co mi się podobało w tym odcinku to świeże spojrzenie na pierwszą dyrektywę. W poprzednich serialach mówi ona jasno, że Federacji nie wolno ingerować w losy cywilizacji przedwarpowych. Jednak tutaj mamy do czynienia ze światem, który najwyraźniej podróżuje już w kosmos skoro Jean-Luc się z nimi spotyka. Jednak po porwaniu Tashy nasz kapitan ma związane ręce właśnie przez pierwszą dyrektywę. Oznacza to, że mówi ona nie tylko o nieingerencji w słabej rozwinięte cywilizację ale również o absolutnym uszanowaniu praw danego świata nawet jeśli oznaczałoby to śmierć załoganta. Muszę przyznać, że to rzeczywiście był całkiem interesujący wątek w tym odcinku. Jednak nie zmienia to faktu, że prawdopodobnie był to jedne z niewykorzystanych scenariuszów TOSa co mocno widać w przedstawieniu nowej cywilizacji oraz ich zwyczajów. Niestety ciężko się ogląda obcą rasę  w strojach ludowych z Afryki. Końcowa walka zaś zbyt mocno mi przypominała tę z „Amok Time” żeby nie zgrzytać zębami. Na sam koniec dostajemy jeszcze historię walki o pieniądze, władze niczym w Dynastii. Niestety moi drodzy ale ten odcinek był wyjątkowo słaby.