Stargate SG-1: There But for the Grace of God – recenzja (odcinek 1×20)

Wielokrotnie już wspominałem, że każda seria sci-fi bawi się w alternatywne rzeczywistości. Po prostu dla scenarzystów jest to zbyt kuszące, by pokazać naszych bohaterów w inny sposób. Nie ominęło to także uniwersum Stargate. Tym razem podróżnikiem między wymiarami jest Daniel Jackson i trafia on do świata, gdzie nie zdecydował się pracować przy projekcie wrót.

Generałem jest niejaki Jack O’Neill a Ziemia jest atakowana przez hataki Gouldów. Trochę to dziwne bo wskazuje to na to, że Wrota zahamowały karierę Jacka a rozwinęły Hammonda. Rzecz jasna jest to tradycyjny zabieg scenarzystów, żeby pokazać nam to, co przed serialem „Zagubieni” było nie do pomyślenia – śmierć jednego z głównych bohaterów. Tutaj co prawda giną wszyscy i to bardzo efektownie. Każdy z nich ginie na polu chwały, dzielnie stojąc na swoim stanowisku do samego końca. Ciekawie wypada motyw Tealca, który jako przyboczny Apofisa dowodzi atakiem na Ziemie. Gdy „nasz” Daniel próbuje go przekonać do swojej sprawy ten mu przypomina o wysłaniu atomówki na Chulak co jasno wskazuje na problematyczne używanie broni atomowej.. Najciekawsze jednak jest to, że do jej wysłania doprowadził właśnie „nasz” Daniel Jackson. W tę efektowne historię został też wpleciony wątek przybliżający nas do finału. Nasz dzielny archeolog dowiaduje się, skąd  zaatakują nas najeźdźcy. Sam odcinek ogląda się ciekawie, parę razy można się uśmiechnąć (Jack i Samantha) a i napięcie jest niezgorsze. To wszystko pozwala nam ze spokojem czekać na finał sezonu.