Star Trek TNG: The Naked Now – recenzja (1×03)

Tym razem scenarzyści mocno nawiązują do TOSa,a czy to dobry pomysł? I jak sprawdza sie nowa załoga w sytuacji kryzysowej? Sprawdzam.                Ten odcinek, przygód załogi Picarda jest dość dziwny. W zamierzeniu jest to odcinek mocno osadzony w uniwersum, bezpośrednio nawiązujący do odcinka TOSa „Naked Time”. Przyznaję, że to bardzo fajny pomysł tego typu kontynuacja. Podobnie jak załoga Kirka, obecni załoganci przynoszą na swój Enterprise wirus, który doprowadza ich do stanu zbliżonego do upojenia alkoholowego i sprawia, że puszczają im wszystkie hamulce. Podobnie jak w pierwowzorze wirus przenosi się przez dotyk, dzięki czemu możemy spokojnie śledzić jego trasę od Geordiego do kapitana Picarda. Dlaczego więc na początku wspomniałem, że ten epizod jest dziwny? Moim zdaniem jest zbyt szybko po pilocie. Generalnie nie znamy tych postaci więc raczej trudno nam się przejmować ich losem, nieprawdaż? Owszem pozwala to nam poznać hmm, tajemnice niektórych postaci jak na przykład płomienne uczucie (????) pomiędzy Picardem a doktor Crusher. Jednak już na przykład zachowanie jej syna Wesleya w maszynowni było trochę przekombinowane. Chłopak na projekt naukowy stworzył coś co pozwoliło mu przejąć cały statek? Rozumiem, że chcą tu pokazać tego chłopca jako geniusza ale nie tędy droga. Po za tym trochę dziwnie, że poznani w tym odcinku inżynierowie już nigdy się nie pojawią w serialu 🙂 No i scenarzyści moim zdaniem mocno przesadzili z Datą, który jest androidem ale wirus działa na niego jak na człowieka…Co prawda pokazuję to nam jak doskonałym androidem jest Data a raczej jak doskonałe jest jego podobieństwo do ludzi jednak wirus atakujący istotę sztuczną? Do tego informacja, że Data może uprawiać sex, również nie była mi potrzebna do szczęścia i wydaję się naciągana. Jednak o dziwo sam odcinek oglądało mi się bardzo przyjemnie a powyższe zastrzeżenia pojawiły się dopiero po napisach końcowych.